Dramat Andrzeja Gołoty, klasa Przemysława Salety

Po kolejnej porażce przychodzi moment w życiu każdego pięściarza, w którym powinien pożegnać się z kibicami i zawiesić rękawice na kołku. Dramat Andrzeja Gołoty polega jednak na tym, że nie wyobraża sobie życia bez boksu.

Jest majętnym człowiekiem, zarobił w ringu miliony i nie roztrwonił ich, jak spora grupa kolegów po fachu, takich jak Mike Tyson, Riddick Bowe czy Evander Holyfield. Walczył z elitą wagi ciężkiej, na szczyt nigdy się nie wdrapał, ale aż czterokrotnie stawał do walki o mistrzostwo świata. W Polsce jest legendą. Mógłby dawno przejść na sportową emeryturę, łowić ryby, lub leżeć do góry brzuchem.

Reklama

Ale tak nie potrafi. Andrzej Gołota nie może pożegnać się boksem, bo to wszystko, co ma oprócz najbliższej rodziny. To boks daje mu szczęście i sprawia, że każdego ranka wstaje bladym świtem i zabiera się za trening. Bez tego w jego życie wkrada się dramatyczna pustka, która nie pozwala mu normalnie funkcjonować.

Ciężko wytłumaczyć fenomen Andrzeja Gołoty komuś, kto nie oglądał z wypiekami na twarzy jego walk w środku nocy. Dla "Endrju" miliony wstawały na dźwięk budzika o absurdalnych porach. Część rodaków chciała zobaczyć jak chłopak z Polski leje czarnoskórych tytanów wagi ciężkiej, inni w osobie atletycznego pięściarza widzieli własne odbicia. Tak jak on, chociaż w mikroskali, marzyli o podboju USA, kiedy Ameryka była dla nas lekiem na całe zło i szansą na lepsze życie.

Te czasy odeszły w niepamięć, tak jak dawno minęły lata świetności Andrzeja Gołoty. Pozostała legenda, chociaż prawdą jest, że pod względem sportowym "Endrju" przegrał prawie wszystko, co miał do wygrania. Swoją prostotą, szczerością i sposobem bycia zyskał jednak sympatię rodaków, którzy przez lata wybaczyli mu wiele bolesnych wpadek.  

Najwidoczniej łatwiej lubić Andrzeja Gołotę i utożsamiać się z nim, niż ze sportowcami nieskazitelnymi, którzy dotarli na szczyt. W końcu nam również w codziennym życiu zdarza się toczyć nierówną walkę z przeciwnościami losu, w której największą sztuką jest powstanie z kolan po kolejnym niespodziewanym ciosie. "Endrju" robił to wielokrotnie.

Dramat pięściarza polega jednak na tym, że nie wie kiedy powiedzieć "dość". Nie może. Widać boks jest jego największą miłością. Nową pasją Przemysława Salety są motocykle, Oscar De La Hoya jest wziętym promotorem, Witalij Kliczko powoli zostawia boks dla polityki, a George Foreman dorobił się fortuny na...grillowaniu. U Andrzeja Gołoty widoków na rozpoczęcie "nowego" życia po czekającym go zakończeniu kariery nie widać. Przynajmniej na razie.

W sobotni wieczór wraz z Przemysławem Saletą był skazany na śmieszność. Ale obydwaj panowie skutecznie obronili się przed wyrokiem wymierzonym przez sporą część społeczeństwa. Oczywiście lepiej wypadł zwycięzca pojedynku. Pokazał, że przez lata był wysokiej klasy sportowcem, a nie celebrytą, za jakiego był uważany i w wymarzony dla siebie sposób zakończył karierę.

Jeszcze bardziej niż w walce Przemysław Saleta zaimponował po jej zakończeniu. Trzeba mieć sporo pokory i szacunku do rywala, żeby tuż po pojedynku przyznać, że heroicznie wywalczone przed momentem zwycięstwo nie ma żadnego znaczenia i Andrzej Gołota wciąż pozostaje numerem jeden polskiej wagi ciężkiej.

To miła kontra do mody na chamstwo, jaka ostatnio zapanowała w polskim boksie za sprawą przeciągającej się wymiany "uprzejmości" na linii Artur Szpilka - Krzysztof Zimnoch. Przytaczanie ostatnich wpisów "Szpili" na popularnym portalu społecznościowym, czy publikowanych przez niego filmików nie ma sensu. Trzeba wreszcie do tej walki doprowadzić, a nie gadać, bo samym ciętym językiem jeszcze nikt kariery w zawodowym boksie nie zrobił.

Autor: Dariusz Jaroń

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje