Mateusz Borek: Wasilewski chce zafundować sportowy pochówek Adamkowi

- Boks to biznes, w którym jest wielu hochsztaplerów, udających kogoś innego niż są w rzeczywistości. Udają bogatych, a tak naprawdę tylko patrzą, żeby coś urwać promotorowi lub zawodnikowi. Tu każdy o każdym gada, temu zawsze towarzyszy polityka, kulisy, gierki, intrygi i drugie dno - mówi w bezkompromisowej rozmowie z serwisem eurosport.interia.pl dziennikarz Mateusz Borek, od niedawna promotor w boksie zawodowym.

Artur Gac, eurosport.interia.pl: Co, od pewnego czasu, w największym stopniu poróżnia pana z promotorem Andrzejem Wasilewskim? Innymi słowy, co jest osią niezgody, która momentami mocno przybiera na sile?

Reklama

Mateusz Borek, dziennikarz Polsatu i promotor bokserski: - Myślę, że ludziom czasami jest bardzo ciężko przyzwyczaić się, że zmienia się sytuacja w płaszczyźnie ich działania. Andrzej Wasilewski zrobił bardzo dużo dobrego dla polskiego boksu, na tej dyscyplinie sportu się wychował, kocha ją i się zna. Tego mu nigdy nie odmówię, z tym że przez lata był "królem lwem" na polskim rynku. Nie wiem, czy nie przyzwyczaił się do braku konkurencji, czy wcześniej tych, którzy pojawiali się na rynku, nie traktował w kategorii poważnego zagrożenia.

A panu jaki przyświeca zamiar?

- Na pewno nie taki, by robić zamach na biznes Andrzeja. Natomiast nikt mi nie może odmówić prawa do tego, że jeśli mam ochotę realizować swoje zainteresowania i pasję, to chcę się w tym sprawdzić. Używam do tego swoje zdolności promowania oraz umiejętności pozyskania partnerów biznesowych, co niewątpliwie robię trochę inaczej od niego. Nikt nie ma prawa się wtrącać, a jeśli już ktokolwiek, to na pewno nie Andrzej Wasilewski.

Co chce pan przez to powiedzieć?

- Uważam, że na każdym rynku jest miejsce dla wielu promotorów, na gale mniejsze i większe, o różnym kształcie biznesowym. Jeden woli od początku wychowywać zawodników i wystawiać ich na małych galach, by następnie wchodzić w kooperację z istotnym graczem. Drugi woli przyjść na gotowe, trzeci odkurzyć stare gwiazdy, a czwarty ma prawo mieć przeświadczenie, że można zebrać z rynku zawodników z różnych grup promotorskich i sprawdzić się w roli dobrego organizatora, dobrego matchmakera, człowieka wiarygodnego oraz osoby, która stworzy niestandardową promocję swojej gali.

Pan chce hołdować ostatniemu modelowi?

- Owszem, to najbliższy mi wariant. Niemniej z pewnym zdziwieniem czytam wypowiedzi Andrzeja. Pamiętam pierwszą sondę w polskich mediach, gdy stało się jasne, że to ja organizuję galę Polsat Boxing Night w Gdańsku. Zapoznając się z opinią polskich promotorów poczułem się fajnie, w wypowiedziach panował jednogłos i wydawało się, że wszystko zmierza we właściwą stronę. Teraz sytuacja jest inna, zaczęły padać niepotrzebna słowa...

Zgoda, ale absolutnie nie można powiedzieć, że w gorących dyskusjach i zaciekłych polemikach pan jest barankiem.

- Nie jestem, bo na pewne rzeczy sobie nie pozwolę. Jeśli pracy nad galą poświęcam cztery miesiące, co kosztuje mnie mnóstwo nieprzespanych nocy i walczę o budżet, a na koniec i tak podejmuję ryzyko finansowe, to nie życzę sobie, by ktoś dezawuował mój wysiłek. Do tej pory przez wiele lat bardziej pomagałem polskim promotorom niż im przeszkadzałem, choć nie zgadzałem się z wszystkimi zasadami funkcjonowania ich biznesu.

Z czym się pan nie zgadzał?

- Nie podobało mi się nabijanie rekordów oraz to, że za dużo w tym wszystkim jest polityki i dyplomacji przy doprowadzaniu zawodników do walk o mistrzostwo świata bez poważnych przetarć. Przecież Andrzej Wawrzyk, zanim zmierzył się z Aleksandrem Powietkinem, boksował co najwyżej z przeciętnymi rywalami. To samo stało się z Pawłem Kołodziejem. Nawet Artur Szpilka nie przeszedł modelowej drogi do najlepszej w swoim życiu walki z Deontayem Wilderem. Najbliżej właściwej drogi był Krzysztof Głowacki, którego zawsze ceniłem jako sportowca. Podobał mi się jego charakter i zawziętość, czego efektem było znokautowanie po niesamowitej walce Marco Hucka. Za to pełen szacunek.

Dlaczego tak zdecydowanie nie uderzył pan w te tony wcześniej, gdy jako dziennikarz był pan blisko tych decyzji i wydarzeń? Pewne rzeczy się panu nie podobały, ale koniec końców swoim nazwiskiem na antenie stacji stemplował pan owe wybory.

- Wiele tego typu kwestii wypowiadałem na antenie. Przecież nieraz iskrzyło w studiu telewizyjnym, m.in. w programie "Puncher". Po prostu wtedy nie chciałem nikogo w sposób agresywny atakować, bo sam uczyłem się tego sportu od innej strony, obcując z największymi galami na świecie i w Polsce. Oceniam, że Andrzej na pewno zgrabnie porusza się w świecie dyplomacji bokserskiej, bo przez lata jako jedyny z Polski jeździł na niemal wszystkie konwencje i kongresy. Przyznam, że kiedyś sam miałem okazję być na takim zjeździe federacji WBC w Chengdu w Chinach, przy okazji walki Andrzeja Gołoty z Rayem Austinem. Tam zobaczyłem, jak to wszystko się odbywa.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje