Przemysław Saleta dla INTERIA.PL: Na nadmiar czasu nie narzekam

Przemysław Saleta pokonał niedawno przed czasem Andrzeja Gołotę w walce wieczoru Polsat Boxing Night. Starciem z inną ikoną polskich sportów walki teoretycznie zakończył karierę, ale woli nigdy nie mówić nigdy, bo - jak sam podkreśla w rozmowie z INTERIA.PL - w sporcie zawodowym nie ma ludzi nie do kupienia.

7 marca Przemysław Saleta obchodził 45. urodziny. Z tej okazji poprosiliśmy byłego mistrza świata w kick-boxingu i mistrza Europy w boksie o podsumowanie kariery i zapytaliśmy o plany na przyszłość.

Reklama

INTERIA.PL: Trochę spóźnione, ale najlepsze życzenia urodzinowe!

Przemysław Saleta: - Dziękuję bardzo.

Czego można panu życzyć z tej okazji?

- Żeby moje życie dalej układało się tak jak do tej pory.

45. urodziny to dobry moment na podsumowania?

- Nie myślę o wieku w takich kategoriach. Każdy moment jest dobry, żeby zrobić podsumowanie. Myślę, że nie tyle wiek, co jakieś przełomowe wydarzenia są lepsze do tego, żeby podsumować to, co się zrobiło, lub czego się nie zrobiło.

Podtrzymuje pan deklarację, że walka z Andrzejem Gołotą była ostatnią w pańskiej karierze?

- Ja tak naprawdę karierę zawodowego sportowca zakończyłem w 2007 roku. Walki, które stoczyłem w międzyczasie, były szczerze mówiąc dla zabawy lub były jakimś tam wyzwaniem, natomiast w mojej karierze nic nie zmieniały - ani na gorsze, ani na lepsze. Tak samo było zresztą z walką z Andrzejem Gołotą. Pod względem sportowym ta walka nie miała dla mnie i dla Andrzeja znaczenia. Biorąc pod uwagę mój wiek i to, co w życiu robię, i jak mało mam czasu, nie widzę nic, co by mnie w sportach walki jeszcze interesowało. Ale lepiej nigdy nie mówić "nigdy",  bo w sporcie zawodowym nie ma ludzi nie do kupienia.

No właśnie, co pan zrobi, jak trafi się jakaś lukratywna oferta? Już pojawili się pierwsi chętni do stoczenia walki z panem. Do rewanżu pali się Oliver McCall...

- To mnie nie interesuje. Taka walka nic mi nie daje. Nie jest to dla mnie ani wyzwanie, ani okazja do zarobienia dużych pieniędzy. To raczej Oliver McCall szuka w ten sposób pieniędzy i czeka, żeby ktoś mu taką walkę zorganizował w Polsce. Pomijam fakt, że McCall miał walczyć jakiś czas temu z Mariuszem Wachem i nie przeszedł badań zdrowotnych, co wiele mówi o jego dyspozycji.

Podsumujmy pańską karierę. Z czego jest pan dumny, a o czym chciałby zapomnieć?

- Zacznę od drugiej części. Właściwie nie ma epizodów, o których chciałbym zapomnieć. Porażki, które się zdarzały, nawet te, które zdarzyć się nie powinny, czegoś mnie uczyły i summa summarum składają się na całe moje doświadczenie życiowe - na to, jaki jestem, i w jakim miejscu obecnie się znajduję. Dlatego porażek nie rozpatruję w kategoriach żalu.

- Natomiast ze sportowego punktu widzenia były dwa, może nawet trzy szczególne momenty w mojej karierze. Pierwszym było wywalczenie tytułu zawodowego mistrza świata w kick-boxingu, w czerwcu 1990 roku, drugim mistrzostwo Europy w boksie, zdobyte w lipcu 2002 roku, i ta ostatnia walka sprzed dwóch tygodni, z racji przeciwnika i wielkości gali. Na pewno ze wszystkich walk, jakie stoczyłem w Polsce, ta była największego kalibru.

Odczuwa pan jeszcze skutki walki z Andrzejem Gołotą?

- Już nie. Na początku trzeciej rundy naciągnąłem sobie mięsień naramienny. Leczyłem ten uraz tydzień. Dzień po walce bolały mnie łokcie, no i trochę szczęka. W środę, w tygodniu po walce z Andrzejem mogłem już normalnie trenować.

Śledziłem, na ile było to możliwe, pana przygotowania do walki z Andrzejem Gołotą. Były ciężkie. Nie przeszło panu kiedyś przez myśl, żeby odpuścić? Nie pojawiło się pytanie: "Po co mi to wszystko?"...

- Nie, czegoś takiego nie miałem. Miałem inne przemyślenia i te przygotowania mnie w nich utwierdziły. Super było wrócić do przeszłości, zrobić sobie taki obóz przygotowawczy i poświęcić dwa miesiące tylko na trening. Ale utwierdziło mnie to w przekonaniu, że nie jest to już coś, czym chciałbym się zajmować non stop. Pomijam kwestię wieku. Po prostu życie potoczyło się dalej, mam inne plany i zainteresowania. Sport wyczynowy może być dla mnie na pierwszym miejscu, ale góra na dwa miesiące, a nie przez cały czas.

Chciałbym jeszcze na moment wrócić do czasów, kiedy regularnie pan boksował. Waga ciężka była wtedy wizytówką boksu zawodowego, dzisiaj przeżywa kryzys. Nie żal panu, że walczył wtedy, kiedy mieliśmy prawdziwy wysyp gwiazd w wadze ciężkiej, a nie dzisiaj, gdy oprócz braci Kliczko nie widać wielu pięściarzy nie do pokonania?

- Nie żałuję tego, na na co nie mam wpływu. Jest jak jest. Rzeczywiście, patrząc na ostatnie dekady, to jak był Mike Tyson, Lennox Lewis i Evander Holyfield, można było tęsknić za latami, kiedy byli Muhammad Ali, George Foreman, Joe Frazier czy Ken Norton, ale dzisiaj, kiedy bracia Kliczkowie zdominowali wagę ciężką i tak naprawdę cała reszta jest dla nich tylko tłem, to tęskni się za czasami Holyfielda i spółki.

Zostawia pan na dobre boks, ale na pewno nie sport. Jakimi ekstremalnymi zajęciami będzie się pan zajmował? W to, że usiedzi pan w miejscu, nie uwierzę...

- Jak już powiedziałem, przestałem traktować sport jako zawód w 2007 roku. Adrenaliny dostarczają mi wyścigi motocyklowe. Od czterech lat ścigam się w mistrzostwach Polski w wyścigach na torze, brałem też udział w innych zawodach. To jest to, co dostarcza mi adrenaliny. Robię też wiele innych rzeczy, które są związane ze sportem lub wykorzystują moje doświadczenia sportowe albo te związane z motocyklami.

- Organizuję wyprawy motocyklowe, z których powstają programy telewizyjne, komentuję walki bokserskie, oprócz tego spore jest zainteresowanie szkoleniami z moim udziałem, przenoszącymi moje doświadczenia sportowe na grunt biznesu. Nie narzekam na nadmiar wolnego czasu.

W wywiadzie udzielonym "Przeglądowi Sportowemu" przyznał pan, że planuje jeszcze start w Rajdzie Dakar.

- Dostałem propozycję startu w Dakarze samochodem lub ciężarówką. Jestem zainteresowany, ale wszystko zależy od tego, jak to będzie poukładane. Jadąc w zespole 2-3 osobowym można się za kierownicą zmieniać, natomiast nie wyobrażam sobie sytuacji, w której miałbym przejechać cały Dakar jako pasażer. To się z kolei wiąże z umiejętnością jazdy w takich warunkach i treningami. Trzeba poświęcić na to sporo czasu i pieniędzy. Zobaczymy, jak to wypali. Rafał Sonik złożył mi taką propozycję, jestem zainteresowany. Decyzja o starcie zależeć będzie od dalszych szczegółów.

Załóżmy, że weźmie pan udział w Rajdzie Dakar. Co uzna pan za sukces w debiucie?

- Chyba dojechanie do mety. Tu nie ma specjalnie wyjątków, chyba że ktoś ma doświadczenie rajdowe, tak jak "Hołek". Dla niego pewnie dojechanie do mety za pierwszym razem nie byłoby sukcesem, ale miejsce w czołowej dziesiątce już tak. Apetyt rośnie w miarę jedzenia i teraz celuje w podium. Dla mnie niewątpliwie sukcesem byłoby dojechanie do mety w jednym kawałku.

Można porównać, pod względem emocji, rajdy do walki bokserskiej?

- Nie da się tego porównać. W ringu stres, który trzeba kontrolować, jest dużo większy. Pamiętam, że jak cztery lata temu wystartowałem pierwszy raz w wyścigach motocyklowych, naprawdę nie odczuwałem żadnego stresu. Żadnego spięcia nie było. W sportach walki każdą walkę przeżywa się bardziej, więc porównawczo nie mogłem odczuć podobnego stresu na motocyklu.

Co jest najtrudniejsze do opanowania, pomijając umiejętności bokserskie, kiedy wchodzi się do ringu?

- Szczególnie ważne w sportach walki jest, żeby to,  czego człowiek nauczył się na treningach, był w stanie wykorzystać w walce. To się bardzo często sprowadza do "głowy", czyli odporności psychicznej.

Przygotowywał się pan mentalnie do ostatniej walki w jakiś szczególny sposób?

- Nie, w pewnym momencie nawet przestałem się niepokoić nadchodzącą walką. To wynikało z doświadczenia i świadomości takiego luzu, że od jej wyniku nic nie zależy. Jak zawodnik wspina się po szczeblach kariery, to każda przegrana walka oddala go bardzo od jakiegoś tytułu. Teraz chciałem jak najlepiej wypaść, ale nie było ciśnienia. Szczerze mówiąc, nigdy nie korzystałem z niczyjej pomocy. Potrafię się sam motywować i nastawić psychicznie do walki.

Ma pan spore doświadczenie w szeroko pojętym show-biznesie. Występował pan w filmach i programach telewizyjnych, kilka z nich sam prowadził. Po walce z Andrzejem Gołotą pojawiły się jakieś nowe, podobne propozycje?

-  Na razie nie, nawet nie liczę na to specjalnie. Zasadniczą różnicę in plus widzę natomiast w odbiorze ludzi. Tytuł mistrza świata w kick-boxingu zdobywałem 23 lata temu, mistrza Europy w boksie zawodowym 11 lat temu i nie pokazywała tego telewizja, więc młodzi ludzie albo tego nie pamiętają, albo pamiętają bardzo słabo. Kojarzą mnie najczęściej z nieszczęsnych walk z Najmanem.

- Po walce z Andrzejem widzę różnicę w odbiorze mojej osoby przez młodych ludzi. Ta walka odświeżyła pamięć o mnie i o Andrzeju, bo on był w podobnej sytuacji. Walk z Riddickiem Bowe’em młodzi ludzie nie mają prawa pamiętać.

Czy wobec tej zmiany nastawienia opinii publicznej czuje pan większą satysfakcję po zwycięstwie nad Andrzejem Gołotą? Wiele osób dość krzywdząco pana dotąd oceniało, nie patrząc na pańskie dokonania w sportach walki.

- Nie przejmowałem się takimi opiniami. Dla mnie liczy się to, co sam o sobie myślę i co myślą najbliższe mi osoby. Natomiast odbiór jest inny. Bardzo sportowy i ciepły.

Wspomniał pan o Marcinie Najmanie. Nie chciałbym za dużo miejsca poświęcać tamtym walkom, ale nie żałuje pan, że do nich doszło? W końcu mocno odbiły się na pańskim wizerunku.

- Czy żałuję? I tak, i nie. Nie żałuję, bo wiedziałem z kim walczę i za jakie pieniądze. Widziały gały co brały. Miałem natomiast nadzieję, że on przestanie non stop gadać na mój temat, ale nadzieja okazała się złudna. Trzeba na to machnąć ręką i tyle.

Nie ma pan do siebie pretensji, że do walk z Najmanem nie przygotował się tak sumiennie jak na Gołotę? Mogłyby nie potrwać długo...

- No, ale co ja mogłem przy okazji drugiej walki zrobić?

Rzeczywiście, nie mógł pan wiele pokazać, bo Najman przegrał z ogrodzeniem.

- Zasymulował złamanie nogi, ale to nieistotne. Wracając do pierwszej walki, istotnie, miałem między wyścigami tylko cztery tygodnie przerwy na treningi. W pierwszym tygodniu Antek Chmielewski uszkodził mi żebro, przez co przed walką nie miałem ani jednej rundy sparingu. Przez pozostałe trzy tygodnie trenowałem tak, żeby sobie krzywdy nie zrobić. Od strony kondycyjnej nie musiałem trenować, bo zawsze trenuję, więc tyle wystarczyło. Początek walki był, jaki był. Źle kopnąłem, tracąc równowagę, no i nie sparowałem, więc to się musiało odbić. Swoje zrobiła kontuzja. Walczyłem z blokadą, żeby nie odczuwać bólu, ale wiadomo, że świadomość urazu była.

Rozmawiał: Dariusz Jaroń

Wywiad został autoryzowany.

Dowiedz się więcej na temat: Przemysław Saleta | Andrzej Gołota | Rafał Sonik | Marcin Najman

Reklama

Reklama

Reklama