Tomasz Adamek: Jeszcze za wcześnie na emeryturę

- Jeśli człowiekowi coś się nie udaje, to myśli, że chce przejść na emeryturę i skończyć ze sportem. Ziggy Rozalski zawsze mówi, że po karierze trzeba kupić wędkę i jechać na ryby. Ja wędki nie mam... - podkreśla Tomasz Adamek w rozmowie z Interią. Jego walka z Przemysławem Saletą odbędzie się już 26 września.

Interia: Mówi pan, że czuje się dużo lepiej niż po walce z Arturem Szpilką. Nazywa to pan: "walce, której nie było". Co to znaczy?

Reklama

Tomasz Adamek: To przez mój charakter. Wszyscy, którzy mnie znają wiedzą, że potrafię się pobić, pójść na wymianę. Po nokdaunach wstaję i walczę dalej. Gdy tracę swoje atuty, w zasadzie nie ma mnie w ringu, to przegrywam. Tak było w walce ze Szpilką i jeszcze trzy razy w karierze.

Co się stało w Krakowie?

- Nie było szybkości. Dzięki niej zwyciężałem wszystkie walki. Jeżeli jej nie mam, to niestety trzeba przegrać.

Po walce ze Szpilką spotkaliśmy się w sali konferencyjnej i dziennikarze zadawali panu mnóstwo pytań. Ja zadałem tylko jedno - czy tak po ludzku nie będzie panu szkoda kończyć karierę z 49 wygranymi. Zarzekał się pan, że nie. Co się zmieniło?

- Dostałem propozycję z telewizji Polsat, a Mateusz Borek zajął się przygotowaniami. Dlatego dałem się namówić. Żona jest przeciwna, dzieci, Ziggy Rozalski. Mówią: "Nie walcz, swoje już zrobiłeś, zarobiłeś". A ja nie chcę tak kończyć kariery. Chcę wyjść do ringu i pokazać serce do walki. By kibice zapamiętali, że zawsze jak walczyłem, to szedłem na wymianę ciosów, na otwarte wojny. Takim jestem człowiekiem.

Na ile deklaracja o końcu kariery była prawdziwa, a ile było w pana słowach kokieterii?

- To było na gorąco. Pomyślałem, że to koniec, bo nie mam atutów. Nimi zdobywałem mistrzowskie pasy. I tak trochę posiedziałem... Grałem w tenisa, biegałem, a tu pojawiła się ta propozycja. Powiedziałem sobie, że nie mogę zakończyć kariery po przegranej. Wyszedłem naprzeciw żonie i dzieciom. Mówili: "Zostaw to, tata, już nie walcz, stary już jesteś". Ale tata jeszcze pokaże, że potrafi walczyć i dlatego jestem w Łomnicy i ciężko trenuję w "Osadzie Śnieżka".

"Mam dla kogo żyć. Kończę, bo szkoda zdrowia. Na starość nie chcę być taki, jak inni bokserzy" - to pana słowa po walce ze Szpilką.

- Tak mówiłem, ale nie jest jeszcze ze mną tak źle. Zostałem przebadany od A do Z. Profesor Czuba powiedział mi, że moje ciało na papierze ma 38 lat, a w środku 28. Codziennie jestem badany, wszystko zmierza ku dobremu. Ale ring weryfikuje. Nie jestem bokserem, który się cofa. W takich walkach nie biorę udziału, bo nie będę się ośmieszał.

Jest pan zdania, że Przemysław Saleta nie może zrobić panu krzywdy? Że akurat on nie pogorszy pana zdrowia?

- Gdy wchodzisz do ringu, zawsze musisz mieć świadomość, że może się coś stać. Możesz dostać nawet od słabeusza. Wszystko jednak okaże się 26 września. Jeśli będę sobą, być może pokuszę się jeszcze o jakąś walkę. Jeżeli nie, to trzeba będzie zakończyć karierę.

Lekceważy pan Saletę?

- Nie, każdego przeciwnika traktuję poważnie. Przemka znam, lubimy się. W boksie zrobił swoje. Walczył, co walczył, teraz chce sobie dorobić i wchodzi do ringu. Szanuję każdego człowieka.

Przed walką Salety z Gołotą mówił pan, że nie chce się o nich wypowiadać, bo ma większe ambicje. Teraz sam pan walczy z Saletą.

- Nie chodzi o to, że mam wyższy poziom. Znam Andrzeja i Przemka. Jak zakończyli kariery widzieliśmy sami. Każdy ma ostatnie słowo. Mnie do ringu nikt nie wpycha. Sam tam wchodzę i wiem po co tam wchodzę. Najważniejsze, by zejść z niego całym i zdrowym. Niestety zdarzają się różne przypadki, których chcę uniknąć.

Nie obawia się pan, że będzie postrzegany tak jak oni? Kończyli karierę kilka razy, a przylgnęła do nich łatka walczących emerytów.

- Mam 38 lat, więc emerytem nie jestem.

Ale ogłosił pan zakończenie kariery, więc przez jakiś czas był na emeryturze.

- Jeśli człowiekowi coś się nie udaje, to myśli, że chce przejść na emeryturę i skończyć ze sportem. Ziggy zawsze mówi, że po karierze trzeba kupić wędkę i jechać na ryby. Ja wędki nie mam...

A znalazł już pan swoje miejsce w życiu? Zostanie pan w USA?

- Moja córka za rok idzie na studia, druga ma już 15 lat. W Stanach jest moja najbliższa rodzina, więc pewnie będę tam mieszkał na stałe. Jestem zdrowy, szczęśliwy, a w tym roku mija 19 lat odkąd wziąłem ślub. Obyśmy dożyli starości.

Walka z Saletą wcale nie musi być ostatnia?

- Jeżeli będę wojownikiem i pokażę swoje atuty, to jeszcze mogę pokusić się o kolejną. Propozycje z telewizji Polsat pewnie jeszcze będą. Ale poczekajmy z tym do walki z Saletą.

Jeśli ewentualnie wciąż będzie pan walczył, to już tylko w Polsce?

- Jeżeli miałbym kontynuować karierę, to na najwyższym poziomie. Nie sięgam jednak tak daleko. Koncentruję się tylko na Salecie.

Która porażka przekreśliła pana marzenia o podboju wagi ciężkiej? Z Głazkowem? Ze Szpilką?

- Każda bolała. Najbardziej jednak przegrana z Kliczką. Nie byłem... Nie byłem... Nic nie byłem. W zasadzie przyjechałem do Polski na kilka dni i byłem wtedy taki słaby. To najbardziej boli. Do tej walki dobijałem się od 2009 roku. Zasłużyłem na nią i chciałem ją wygrać. Nie udało się i była to dla mnie sromotna porażka.

W "Osadzie Śnieżka" w Łomnicy rozmawiał Łukasz Szpyrka

Dowiedz się więcej na temat: Tomasz Adamek | Mateusz Borek | Przemysław Saleta

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje