Wołowski: Przesilenie w Barcelonie

Ligowe Gran Derbi na Camp Nou wpisuje się w scenariusz rosnącego w siłę Realu i słabnącej Barcelony. Czy ten proces jest nieuchronny?

Reklama

Jose Mourinho musiał być zadowolony. Mimo iż z poprzedniego ligowego meczu na Camp Nou, w kwietniu Real przywiózł trzy punkty, a w ostatnią niedzielę osiągnął gorszy wynik, grał jednak znacznie lepiej. Nie minęły nawet dwa lata od historycznego lania 0-5, jakie portugalski trener zebrał z drużyną w Katalonii, łatwo mu więc doceniać drogę, którą przebył. "Królewscy" są dziś co najmniej równym rywalem dla Barcelony, a wielu komentatorów niedzielnego spotkania uważa, że lepszym. Zmiana warty się dokonała: pytanie, czy to Barca tak osłabła, czy Real się tak wzmocnił? Odpowiedź przyniesie rywalizacja w Champions League.

Niedzielny remis na Camp Nou to było pierwsze spotkanie od lat rozegrane w Katalonii, w którym "Królewscy" zagrali jak równy z równym. Wcześniej dobry wynik z Barceloną bywał efektem heroicznej obrony i błyskotliwej gry z kontry. W niedzielę goście pozwolili sobie na wysoki pressing, który przyniósł im gola na 2-2. Gracze Mourinho potrafili odrzucić Barcę od własnego pola karnego, zamknąć ją na jej połowie, ustawić atak pozycyjny, po takiej właśnie akcji Ronaldo zdobył bramkę na 1-0.

Bariera lęku, została złamana. Gracze Realu czują, że są w stanie toczyć bój z największym rywalem na całej długości boiska i na każdych warunkach. W walce wręcz są lepsi, górują w powietrzu, szybciej biegają do kontry, a nawet ich gra kombinacyjna jest skuteczna. Tak odważnie jak w niedzielę Real nie grał na Camp Nou nawet w ostatniej edycji Superpucharu, wtedy przez 45 minut wyłącznie się bronił.

Forum: Koniec panowania Barcelony?

Mourinho może uznać, że dopadł Barcelonę. Właśnie dziś, choć tytuł mistrza kraju odebrał jej już wcześniej. Jeśli ta tendencja wzrostowa w Madrycie, spadkowa w Barcelonie się nie zatrzyma, wiosną faworytem w tej rywalizacji będą "Królewscy". Katalończycy wyprzedzają Real w lidze wciąż o osiem punktów, ale wiadomo, o czym marzy Madryt. Ponad wszystko o 10. Pucharze Europy. Dziś, potrafiąc wreszcie grać bezpośrednie starcia z Katalończykami, Real ma na to realniejsze widoki.

Barcelona schodzi na ziemię. Tylko Leo Messi przenosi ją czasem w obszary, w których zamieszkiwała przez ostatnie lata. Najłatwiej postawić tezę, że jest to efektem katastrofalnej sytuacji w defensywie. Bez Puyola, Pique i Abidala Barca traci na mięśniach, centymetrach i rozmiarach serca do walki. To zły znak, że w Gran Derbi Tito Vilanova wolał wystawić na środku obrony Adriano, niż sprowadzonego za 19 mln euro Songa. Informacje o szybkiej aklimatyzacji Kameruńczyka są mocno naciągane?

Dziwnym zbiegiem okoliczności za defensywą dziurawą jak ser, Victor Valdes zaczął grać o klasę gorzej. W pojedynku z Realem ani razu nie popisał się interwencją godną człowieka, który tyle razy uchodził za rękę opatrznościową drużyny z Camp Nou. Gol na 0-1 obciąża jego konto, usprawiedliwieniem nie jest nawet to, że Cristiano Ronaldo kopie piłkę z nadludzką siłą.

Kłopoty Barcy nie kończą się jednak w defensywie. Gdyby nie Leo Messi najlepszym graczem Katalończyków w niedzielnym Gran Derbi byłby Sergio Busquets. To wystawia świadectwo graczom ofensywnym. Andres Iniesta i Xavi Hernandez tym razem nie zdominowali środka boiska, atak Katalończyków redukuje się czasem do jednego człowieka.

Pedro i Alexis Sanchez to typowi skrzydłowi, bez instynktu łowcy goli. Obok Messiego przydałby się urodzony "goleador", taki jak kiedyś Samuel Eto’o, lub David Villa. Ktoś, kto umie wykończyć akcje Argentyńczyka, gdy ten cofa się do drugiej linii. Kolejna zła wiadomość dla Barcy, to ta, że Villa nie powąchał w niedzielę trawy. Nie szybko Barca znajdzie gracza zdolnego odciążyć swoją największą gwiazdę.



Szczęście Katalończyków polegało na tym, że po drugiej stronie także tylko jeden człowiek dźwigał na sobie ciężar zdobywania goli. Karim Benzema pokpił sprawę, Gonzalo Higuain tym razem grał krótko. Nie ma jednak wątpliwości, że pod względem efektywności Real przewyższa Barcelonę. Tymczasem w niedzielę Katalończycy zdobyli dwie bramki, ale niełatwo przypomnieć sobie kolejną sytuację, w której Iker Casillas zmuszony byłby dokonywać rzeczy niemożliwych. A przecież jeszcze w Superpucharze na Camp Nou bronił w sytuacji sam na sam z Messim przy stanie 1-3.

Oczywiście nie musi być tak, że Real będzie już wyłącznie silniejszy niż w niedzielę, a Barcelona tylko słabsza. Przesilenie bezwzględnie się jednak dokonało. W następnym meczu to Katalończycy będą startowali z pozycji goniącego, choćby ich przewaga w Primera Division jeszcze wzrosła. W ubiegłym sezonie, gdy Real maszerował na czele tabeli, fani Barcy dowodzili, że można zdobyć mistrzostwo będąc gorszą drużyną. Dopiero mecz na Camp Nou w kwietniu uciął dyskusję pod hasłem: "kto zasłużył na tytuł?".

Tito Vilanovę czeka trudny czas. Barca przestaje być grupą piłkarzy, która prowadzi się sama od zwycięstwa do zwycięstwa. Może powrót Pique, Puyol, a potem Abidala odbuduje drużynę? Może Sanchez dorośnie do roli strzelca, a Fabregas do roli jednego z liderów? Może do formy wróci Villa? Najbardziej prawdopodobne wydaje się jednak to, że Barca pozostanie drużyną jedną z kilku, obok Realu, Bayernu, Chelsea, czy obu Manchesterów.

Autor: Dariusz Wołowski

Porozmawiaj o artykule na blogu Darka Wołowskiego

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje