„W Polsce trenować mogłaby nawet moja żona”

"Już zasmakowałem trenerki w Polsce. W minionym sezonie byłem grającym trenerem. Ale poziom hokeja jest tam trochę inny niż u nas, w Czechach. Może trochę przesadzam, ale z tym (trenowaniem w Polsce) poradziłaby sobie moja żona. Teraz czeka mnie coś zupełnie nowego" - powiedział słynny czeski napastnik Roman Szimiczek, który właśnie zakończył karierę w GKS-ie Tychy.

42-letni Szimiczek udzielił długiego wywiadu portalowi hokej.cz z okazji końca kariery i objęcia posady drugiego trenera w zespole czeskiej ekstraklasy HC Vitkowice. Przytoczony wyżej fragment wywiadu z Romanem obudził kontrowersje. Jedna z gwiazd Polskiej Ligi Hokejowej powiedziała mi: - Gdyby nawet to była prawda, takich słów nie mówi się publicznie. Przecież w przyszłości może szukać pracy w Polsce i jak wtedy będzie wyglądał?

Reklama

Pewnie jest w tym trochę racji, ale Roman przynajmniej jest szczery. Szimiczek był jednym z najlepszych obcokrajowców, jacy kiedykolwiek grali w Polsce. Mistrz świata z 1999 roku, brązowy medalista z czempionatu w 1999 r. Na zakończenie kariery przez trzy lata cieszył kibiców GKS-u Tychy, ale lata świetności przeżywał 22 lata temu, gdy został najlepszym asystentem w ekstraklasie ówczesnej Czechosłowacji!

Roman zaliczył epizod w NHL. Był członkiem "czeskiej mafii" w Pittsburgh Penguins, gdzie w sezonie 2000/2001 rozegrał 29 meczów u boku: Jaromira Jagra, Martina Straki, Roberta Langa, Josefa Beranka, Jirziego Hrdiny, Jirziego Szlegra, Milana Krafta, Michala Rozsivala i Frantiszka Kuczery. Szimiczkowi udało się zagrać także razem z legendarnym Mario Lemieux.

Co ciekawe, Szimiczek nigdy nie został mistrzem swojego kraju. W 1997 roku z Vitkowicami wywalczył srebro, a rok później brąz. W 2003 i 2004 roku w barwach Sparty Praga musiał zadowolić się trzecim miejscem. Dwukrotnie był za to mistrzem Finlandii, reprezentując HPK Haemeenlinnę. Ostatnim trofeum Romana jest brązowy medal wywalczony w tym roku z GKS-em Tychy.

Niemal natychmiast po zakończeniu kariery Szimiczek przyjął ofertę Vitkovice Steel, gdzie pełni rolę asystenta trenera.

- Już w połowie sezonu podjąłem decyzję o zakończeniu kariery. W Polsce długo mnie namawiali, bym został na kolejny rok, ale postanowiłem skorzystać z propozycji Vitkovic. Hokej przestał mnie cieszyć tak jak dawniej - opowiadał portalowi hokej.cz Roman Szimiczek.

Do przyjęcia oferty Vitkovic Szimiczka namawiał jego przyjaciel, znakomity przed laty hokeista Vladimir Vujtek. Teraz byłego gracza tyskiego GKS-u czeka ... nauka. Ma na razie trenerską licencję B. - Muszę wyrobić tę A, będę musiał się zapisać na kurs, ale na razie nie wiem, jakie muszę spełnić formalności - dodaje.

W kończącym się sezonie hokejowym miałem przyjemność podróżowania po czeskich i słowackich lodowiskach. Zwłaszcza w Czechach extraliga osiąga poziom spotykany jedynie w czterech-pięciu miejscach na świecie. Choćby wczorajszy pojedynek w półfinale mistrzostw Czech Ocelarzi Trzyniec - PSG Zlin (3-4). W ekipie spod polskiej granicy (Trzyniec) prym wiedzie stary wyjadacz z lodowisk NHL Radek Bonk, w Zlinie różnicę robi jeszcze większa gwiazda - Petr Czajanek, który w wieku 38 lat potrafi tak się rozpędzić na lodzie, że od samego patrzenia kręci się w głowie, współczuję jeżdżącym za nim obrońcom.

Trzyniec miał przewagę, ale marnował niemal wszystkie sytuacje. Zlin groźnie kontrował. Wyszedł na prowadzenie już po 25 sekundach gry, a gdy strzelił na 1-4 niedowiarki zaczęły opuszczać lodowisko. Ocelarzi nie poddali się, zmienili bramkarza i złapali kontakt bramkowy, by w ostatnich sekundach stworzyć dwie-trzy "setki". Nie udało się wyrównać, zespół odpadł i wespół ze Slavią Praga zajął trzecie miejsce. O mistrzostwo Zlin zagra ze Skodą Pilzno. Czesi nie organizują szopki, jaką jest granie o niższe lokaty. W PLH walczymy nie tylko o trzecie miejsce (to zrozumiałe o tyle, że dają za nie medale), ale nawet o piąte.

Pięć tysięcy ludzi, żadnych PESEL-i przy zakupie tanich biletów (od 120 koron, około 20 zł), na trybuny można wejść z plastikowym kuflem piwa, w budkach nabyć pyszną kiełbaskę (30 koron, ok. 5 zł), żadnego chamstwa, bluzgów, nienawiści - tak wygląda hokej w Trzyńcu. Zaledwie sześć km od granicy z Polską. Na trybunie dla gości stuosobowa grupa fanów ze Zlina (wśród bębniarzy kobiety i dzieci) i nie musi ich pilnować armia ochroniarzy, czy policjantów. Jest normalnie. Wyobrażacie sobie, co by się u nas działo, gdyby gospodarze ważny mecz przegrywali 1-4? "Nie chcecie grać, to spier...", itp., itd. Bielsko-Biała, Ustroń, Cieszyn i ich mieszkańcy, to szczęściarze. Na wyciągniecie ręki mają hokejowe niebo i korzystają z niego.

- Mieszkam w Andrychowie, a hokej w Trzyńcu tak mi się spodobał, że kupiłem sobie karnet i jestem na każdym meczu - powiedział mi Paweł, którego poznałem na meczu Ocelarzi - Zlin. Karnety na cały sezon są w cenie od 160 do 400 zł. To naprawdę niewiele.

Na trybunach Polaków jest sporo. Będzie pewnie jeszcze więcej, gdy Ocelarzi za rok-dwa przeniosą się do nowoczesnej hali. Obecna trąci myszką, ale jest stosunkowo ciepła i jasna. Mieści 5,5 tys. widzów.

W Trzyńcu mają Bonka, w Zlinie - Czajanka, a w PLH, w Tychach mieliśmy Szimiczka. Każdego z nich warto było obejrzeć w akcji.

Autor: Michał Białoński

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje