Kultura nie tylko fizyczna: Łukasz Orbitowski i szczęśliwa ziemia

Grał w siatkówkę, uprawiał boks. Lubi pracę fizyczną, od lat wolne chwile spędza na siłowni, dźwigając ciężary. Zawodowo zajmuje się pisaniem. Jego ostatnia powieść "Szczęśliwa ziemia" została nominowana do nagrody Nike. W pierwszym odcinku cyklu "Kultura nie tylko fizyczna" rozmawiamy z pisarzem i publicystą Łukaszem Orbitowskim.

INTERIA.PL: Oglądał pan mistrzostwa świata?

Reklama

Łukasz Orbitowski: - Muszę panu zepsuć pytanie. W ogóle nie oglądałem. Mistrzostwa poznawałem przez memy. Nagle zrobiło się głośno o Brazylii, najczęściej przewijała się ta ich nieszczęsna siódemka. Nie mam żadnej wiedzy o mistrzostwach. Wiem, że wygrali Niemcy i to właściwie jest całość informacji, jakimi dysponuję na ten temat.

Pół świata oglądało turniej... Co pana odciągnęło od telewizora?

- Akurat jestem na wakacjach z synem, nie bardzo miałem czas na te transmisje. Lubiłem oglądać mecze, sam jestem wiślakiem. Siedzimy na Kazimierzu, w tym miejscu to chyba niezbyt przemyślane wyznanie.

Mocno się pan angażował w kibicowanie?

- Mecze zawsze były dla mnie okazją do wspólnego przeżywania emocji z przyjaciółmi. Piłka sama w sobie niezbyt mnie obchodziła. Mój syn jest za mały, żeby odczuwać podnietę związaną z meczem, więc przeżywaliśmy piłkę w praktyce. Kuśtykam teraz przez to jak dziadunio. Wczoraj na jednej nodze skakałem, tak mnie bolała. No i to są moje całe doświadczenia piłkarskie z tego lata.

A jak to było w przeszłości? Wspomniał pan, że kibicował Wiśle. W Krakowie te podziały na Wisłę i Cracovię są bardzo wyraźne.

- Zawsze miałem do tej lokalizacji pecha, poza tym nie jestem wielkim kibicem. Mój wybór był związany z towarzystwem, w którym się obracałem. Wylądowałem wśród wiślaków, to zostałem wiślakiem. Gdybym wylądował w towarzystwie sprzyjającym Cracovii, to byłbym... jak to mówią? "Żydem"?

Tak, "Żydem".

- To byłbym "Żydem". "Psy" i "Żydzi"... Potem było jeszcze gorzej. Przez dwa lata mieszkałem w Warszawie. Poznałem nowych znajomych, chodziliśmy razem na siłownię, a tam paru gości miało szwabachą wypisane na brzuchach "Legia". Czułem się odrobinkę zagrożony.

Mocno pan wsiąkł w środowisko kibicowskie?

-  W dawnych czasach trochę się trzymałem z kibicami. Obracałem się, powiedzmy, w takim zewnętrznym kręgu krakowskiego chuligaństwa. Nie uczestniczyłem w bójkach, ale byłem obserwatorem. Interesowały mnie zasady prowadzenia tych walk, kodeks z tym związany, metody podejścia przeciwnika. Ale to wszystko minęło lata temu. Chyba zawodzę wszystkich tych, którzy chcieliby ode mnie uzyskać jakieś informacje na temat piłki nożnej.

Świat kibiców to dobry temat na książkę?

- Miałem kiedyś takie plany. Młodzieńcze. Chciałem napisać książkę zatytułowaną "Sprawiedliwe świnie". Zebrałem sporo tematów. Miała to być opowieść o dwóch niewielkich klubach, o chuliganach związanych z tymi klubami. Chciałem w to wprowadzić jakąś ornamentalną fantastykę. Jedna z tych grup chuliganów miała zawezwać na pomoc siły nieczyste, ta walka miała się przenieść na poziom ponadzmysłowy. Z jakichś przyczyn z tego zrezygnowałem.

Dlaczego?

- Wydaje mi się, że nie czułem się pewnie, jeśli idzie o obrazowanie kibicowskich zwyczajów. Tak jak mówiłem, obracałem się w środowisku zewnętrznym, pewne historie, pewne opowieści były przede mną, człowiekiem z zewnątrz, zasłonięte, co doskonale rozumiem, nie mam o to pretensji. Jakiś czas temu chcieliśmy tę ideę wskrzesić razem ze Szczepanem Twardochem w postaci serialu telewizyjnego, ale też odstąpiliśmy od tego pomysłu. Swoją drogą, czy historia, dajmy na to, o Cracovii lejącej Wisłę przy pomocy jakiegoś ducha jest czymś nadzwyczajnym?

Może z jakimś morałem, żeby te strony od siebie odciągnąć?

- Pamiętam, że planując tę książkę chciałem uniknąć dwóch pułapek. Zarówno afirmacji, jak i potępienia. Teraz tak to jakoś w Polsce wygląda. Jedne środowiska, związane z prawicą, wręcz afirmują chuliganów jako sól tej ziemi.

Prawdziwi Polacy.

- Tak, właśnie. Prawdziwi Polacy. To doprowadziło do lansowania Starucha. Dla odmiany środowiska lewicowe odsądzają ich od czci i wiary. Z mojego punktu widzenia są to zupełnie normalne chłopaki, które po prostu lubią przemoc. Mają takie skrzywienie. Dopóki te walki nie rozciągają się na osoby postronne, niech się piorą. Ich sprawa. Dopóki nie krzywdzą innych, dla mnie mogą się okładać siekierami. Nie mam z tym kłopotów.

Zostawmy już kibiców. Przez lata mieszkał pan w Krakowie. Jak teraz, wracając tu co jakiś czas, odbiera pan miasto?

- Ja za Krakowem nigdy nie przepadałem. Wyjechałem z tego miasta w 2010 roku i nie mam zamiaru wracać. Oczywiście, widzę infrastrukturalny postęp, ale z racji tego, że funkcjonuję tu tylko w charakterze gościa, miasto jest przede mną zasłonięte. Nie wiem, jak się żyje na osiedlach, na których kiedyś żyłem. Wydeptałem sobie parę ścieżek do rodziny, przyjaciół i ulubionych knajpek, i odwiedzając dzisiaj Kraków niewiele się różnię od turysty. I to ma swoje dobre i złe strony.

- Z przykrością muszę stwierdzić, że moja niechęć do Krakowa osłabła na tyle, że dzisiaj nie mam o mieście zdania. Mogę natomiast powiedzieć, że tramwaje, mamy sezon letni, jeżdżą bardzo rzadko, a ja się zawsze spieszę. Stoję na przystanku i przeklinam motorniczych.

Na czym polegała ta niechęć do Krakowa?

- Byłem bardzo gniewnym młodym człowiekiem. Miałem taką ogólną niechęć do świata. Niechęć bez jakiegoś desygnatu, bez czegoś, czemu jesteśmy niechętni, nie bardzo funkcjonuje, to padło na Kraków. Przypuszczam, że gdybym się urodził w Rio albo w Warszawie czy gdzieś w Pernambuco, to wyklinałbym odpowiednio Rio, Warszawę i Pernambuco.

Co pana drażniło najbardziej?

- Ten krakowski ciężar. Wizja miasta niesłychanie ważnego, kulturalnej stolicy. Tu Wyspiański, tu Mickiewicz, tu Piwnica pod Baranami, a to nie współgrało z aktualną ofertą kulturalną. I rzeczywiście, większość twórców z mojego pokolenia i trochę starszych z tego miasta wyjechało, uciekło. Wyjechali tam, gdzie mają większe możliwości. Z pokolenia 50-latków i młodszych chyba jedyny Marcin Świetlicki tutaj dzielnie trwa i pije wódę. Bardzo dobrze, niech i pije moje zdrowie.

- Poza tym ja się wywodzę z tzw. dobrej krakowskiej rodziny. Stawałem na uszach, żeby się od dobrej krakowskiej rodziny zdystansować, co było prostym mechanizmem młodzieńczego buntu. Drażniło mnie to, że Kraków jest miastem turystycznym, zwróconym ku przyjezdnym, a nie ku mieszkańcom. To było bardzo widoczne. Złościłem się na władze miasta, nie mając do tej złości większego prawa. Władze miały taki pomysł na miasto, ich sprawa.

Zareagował pan wyjazdem z Krakowa.

- Tak. I teraz sam jestem turystą i zaczęło mi się tutaj trochę bardziej podobać. Może nie powinienem mówić takich rzeczy, bo miasto mnie docenia, dało mi stypendium, zrobiło ławeczkę na Plantach. To jest trochę tak jak z rodziną. Człowiek zapytany szczerze o swoją rodzinę ma do powiedzenia dużo dobrego i dużo złego. I tak jest też z Krakowem.

"Horror show" było próbą rozliczenia się z miastem, pokazania jego drugiego oblicza?

- Tak to wyszło, ale ja nie wiedziałem, co robię. Miałem 24 lata jak to pisałem, nie byłem artystą świadomym. Miałem natomiast świadomość fasadowości miasta. Kraków to nie były dla mnie Sukiennice, Wawel, Planty czy Muzeum Narodowe. Serce tego miasta biło gdzie indziej. Czułem palącą potrzebę opisania tego świata, mojej rzeczywistości. Jeździłem na giełdę na Balice, mieszkałem na osiedlu, siadałem na ławeczce, paliłem lufki i miałem dziwnych kumpli. Żyłem gorącym życiem człowieka młodego. Życiem szalonym, używkowym, rebelianckim. Chciałem o tym napisać.

- Dopiero potem okazało się, że jest to głos osobny, inny. W jakiś sposób burzący pomniki. Nie taka była moja intencja. Sądziłem, że ta mała książeczka żadnego pomnika nie wywróci. Wtedy myślałem, że o Krakowie nie sposób inaczej pisać, niż ja piszę. Że wszyscy piszą tak jak ja, koncentrując się na brudzie, dalszych rejonach miasta, a Turnau śpiewający o deszczu na Brackiej jest jakąś aberracją. Okazało się inaczej i fajnie, dzięki temu ta książeczka jest pamiętana.

Przeczytaj recenzję "Horror show" Łukasza Orbitowskiego

Przyzna pan, że wybrał specyficzny wyraz buntu jak na młodego człowieka

- Widzi pan, może powinienem był dołączyć do moich kolegów chuliganów i bić się z policją? Na pewno lepiej poradziłbym sobie wtedy z rozpierającą mnie energią. Ja nie mam żadnych uzdolnień, a pisać każdy umie, więc zacząłem pisać, bo mi się wydawało, że to najłatwiejsze rozwiązanie na wyrażenie emocji.

- Nie mam uzdolnień technicznych, językowych. Jestem niezgrabny, nie umiem grać i śpiewać. Nic nie potrafię poza pisaniem. To moje młodzieńcze pisanie było sposobem wyróżnienia się z tłumu, wybicia się ponad anonimową masę, której czułem się częścią. Oczywiście wtedy nie zauważałem tego, że jak się wydaje książkę, prosi w ten sposób o uwagę, to trzeba mieć coś ciekawego do powiedzenia. A ja tylko tupałem nóżką i krzyczałem: ja, ja ja, ja!

Kiedy bunt zamienił się w przekonanie, że z pisania można żyć?

- Zawsze chciałem być artystą. Może dlatego, że mój ojciec jest malarzem. Wyniosłem z domu wzorzec, z którego się bardzo cieszę. Nie było kultu chodzenia do roboty od 8 do 16. Widziałem ojca zapieprzającego przy sztalugach i wychodzącego cztery razy w tygodniu na godzinny wykład na Akademii Sztuk Pięknych. W jakiś sposób zawód artysty zaczął mi się kojarzyć z wolnością, której zawsze pożądałem. I tak to się zaczęło, chociaż najbardziej na świecie chciałem mieć zespół rockowy i otwierać koncerty przed Iron Maiden.

- Pisarstwo ma bardzo niski poziom wejścia. Żeby napisać książkę czy opowiadanie trzeba mieć tylko odrobinę cierpliwości i kartkę papieru lub komputer. Nie potrzeba sztalug, farb, itd. Poszedłem drogą, która wydawała się najłatwiejsza. Może nie brzmi to ładnie, ale tak było.

Był jakiś moment przełomowy? Chwila, kiedy powiedział pan sobie "tak, zostanę pisarzem".

- To było dziesięć lat temu. Po studiach wyjechałem do Stanów, do pracy na budowie. Bardzo mi odpowiadało tamto życie. Lubię pracować fizycznie. To jest prosty rodzaj satysfakcji. Postawisz pan ścianę, to ta ściana stoi. Bardzo lubiłem pracować w drewnie przy piłach. Fajne zajęcie, wymagające precyzji i skupienia. Jakaś nutka artyzmu w tym była.

- Na początku pobytu w Ameryce nie miałem jeszcze znajomych. Miałem stary komputer bez internetu, a w pamięci jakieś młodzieńcze teksty. Zacząłem zupełnie spontanicznie, bez żadnego planu pisać powieść, która później otrzymała tytuł "Tracę ciepło". Książeczka trochę spuchła i stanąłem przed wyborem: albo zmierzę się z pisaniem na serio, albo będę budował karierę budowlańca. Za 5-10 lat będę ważniejszym podwykonawcą, będę miał dom, kłótliwą żonę, trójkę dzieci i będę wiódł życie polskiego emigranta w USA, które w tamtym czasie wcale nie było złe, bo człowiek był wolny od przyziemnych trosk, nie martwił się skąd weźmie na czynsz i chleb. W Polsce wciąż wiele osób się tym przejmuje.

Zostawił pan myśl o kłótliwej żonie i zaryzykował karierę pisarza. Dlaczego?

- Popatrzyłem na tę książeczkę, na te pół miliona znaków, które już napisałem. Stwierdziłem, że życie budowlańca jest czymś, co można przerwać i do tego wrócić. Odłożyłem trochę dolarów, wróciłem do Polski i postanowiłem spróbować. Nie uda się? Trudno, wrócę do Bostonu, do swojej roboty ze świadomością, że spróbowałem spełnić swoje marzenie. Okazało się, że szybko wskoczyłem na właściwe tory. Ta kariera literacka przebiegła zupełnie inaczej niż się spodziewałem, ale w bardzo satysfakcjonujący sposób.

Czego się pan spodziewał przed debiutem?

- Miałem takie widełki. Albo, myślałem, moja książka przejdzie zupełnie bez echa, nikt jej nie zauważy, albo zrobię coś na miarę Masłowskiej... albo lepiej! Będę gwiazdą pierwszej wielkości, bo wydawało mi się wtedy, że pisarze są gwiazdami, co jest oczywiście nieprawdą. Myślałem, że sprzedam 200 tysięcy książek, będę prowadził program w telewizji, wianuszek dziewczyn się przede mną ustawi, ludzie będą stawiali mi drogie drinki, będę miał apartament, dom na Teneryfie, prezydent będzie do mnie dzwonił z prośbą o radę i tak dalej, i tak dalej. Oczywiście to były bzdury.

A jaka była rzeczywistość?

- Okazało się, że w pisarstwie jest prosta ścieżka awansu. Każda książka to kolejny schodek. Sprzedaje się trochę lepiej, jest o niej trochę głośniej. I tak ta kariera krok po kroku się rozwija. W życiu nie myślałem, że zostanę publicystą, że znajdę w sobie umiejętność napisania felietonu. Okazało się, że mogę trzaskać jeden dziennie bez wysiłku.

- Życie pozytywnie mnie rozczarowało. Ten wyśniony, nierozsądny obraz pisarza wielkiego sukcesu pchnąłby mnie w jakąś formę demoralizacji, zacząłbym krzywdzić ludzi, wywyższać się i pewnie bym się zapił. Życie by mnie zwyciężyło, a tak ja sobie życie zwyciężam i jestem zadowolony.

Z jakimi lękami się pan mierzy wydając kolejną książkę?

-  Ja i większość pisarzy, których znam, mamy zupełnie nieuzasadnione przekonanie, że książka, którą właśnie udało nam się stworzyć jest najważniejszą rzeczą na świecie. Od niej zależy to, że Ziemia się kręci wokół słońca. W związku z tym zawsze, kiedy kończę książkę jestem przerażony, że straszliwie zawiodłem.

- Boję się, że rzeczywiście ta Ziemia stanie, że ludzie przestaną się do mnie odzywać, pani w sklepie nie sprzeda mi jedzenia, kawy w kawiarni nie podadzą, a na koniec naplują mi w mordę i pobiją na ulicy. Boję się, że popisałem jakieś kompletne głupoty. Ludzie będą się ze mnie śmiali i wytykali palcami. To jest kompletna głupota, jak strach przed klaunami.

- Druga rzecz to kwestia stabilizacji finansowej. Nie mogę w żaden sposób narzekać na swoją sytuację, ale jest lęk, że nagle to wszystko się skończy. Ludzie przestaną zamawiać moje teksty, książki przestaną się sprzedawać, dopływ pieniędzy zostanie odcięty i ja, prawie czterdziestoletni chłop, zostanę na lodzie. Boję się własnego zaniku i nieważności.

Można w Polsce przeżyć wyłącznie z pisania książek?

- Przeżyłbym. Znam wiele osób, które mają wręcz status lordów, książąt, a żyją wyłącznie z pisania. Zaangażowałem się w pisanie publicystyki, trochę też w przemysł filmowy z bardzo prostego powodu. Ja, proszę pana, lubię pieniądze i jednocześnie mam bardzo wysokie koszty życia. Do niedawna mieszkałem za granicą, musiałem ponosić koszty utrzymania w kraju skandynawskim, mam też dziecko na Śląsku. Mam niezwykłe szczęście w życiu, także dzięki ludziom, którzy wielokrotnie podawali mi ręce, mogę robić co lubię i zarabiać pieniądze. Każdemu tego życzę.

Najlepsza książka, dzieło życia, dopiero przed panem?

- Nie dążę do dzieła życia, bo co miałbym ze sobą zrobić, gdybym dzisiaj je napisał? Poza tym wątpię, żebym nagle znalazł w sobie umiejętność napisania cztery razy lepszej książki od poprzedniej. Musiałoby się we mnie coś otworzyć, bo zarówno wyobraźnia jak i IQ nie skoczy mi z dnia na dzień o 40 procent. Natomiast staram się, żeby każda książka była lepsza od poprzedniej. Z reguły wychodzi. Nie lubię wywyższania się ani nadmiernej skromności. Mam mocne przekonanie, że napisałem kilka bardzo dobrych książek, ale te najważniejsze dopiero przede mną.

- Motywuję to nie jakimiś ponadprzeciętnymi talentami literackimi, ale tym, że ja dopiero wczoraj przestałem być gówniarzem. Do niedawna byłem smarkaczem. Prawdziwym pisarzem się z reguły zostaje po czterdziestce. Wierzę, że to co najlepsze dopiero na mnie czeka. Tak w życiu prywatnym, jak zawodowym.

Przyznał pan kiedyś, że czytając to, co wcześniej napisał dziwi się, że to wyszło spod pańskiej ręki.

- Po pierwsze mam słabą pamięć i bardzo szybko zapominam, co napisałem. Byłem niedawno na spotkaniu na Paulińskiej. Słuchałem fragmentów swojej powieści i zdarzyło się nawet, że śmiałem się z własnych dowcipów. Poza tym kiedy piszę jestem trochę mądrzejszy od siebie, niż kiedy nie piszę. Może nie otwiera mi się trzecie oko, ale trochę inaczej mi się głowa ustawia. Ten tunel, którym przelatują myśli się poszerza i one przemieszczają się szybciej. Czasem czuję się zaskoczony tym co zrobiłem. Często też in minus. Wydawało mi się, że popełniłem coś błyskotliwego, odkrywczego, a okazuje się to najzwyklejszą kichą. Trzeba wtedy kreślić i poprawiać.

Zdarza się panu czytać własne książki?

- Nie, nigdy.

Dzieło skończone wędruje na półkę i już?

- Mógłbym sięgnąć po wcześniejszą książkę, ale tylko w jednej intencji. Naniesienia korekt. Nigdy nie jestem z siebie zadowolony. Gdybym się zabrał za poprawianie np. "Horror show", prawdopodobnie musiałbym napisać tę książkę na nowo. W związku z tym pozwólmy jej być aktualną w formie, w jakiej powstała naście lat temu. Inaczej cały czas pisałbym jedną książkę i ją poprawiał.

To dążenie do doskonałości. Bardziej traktuje pan tę cechę jako wadę czy zaletę?

- Stała się zaletą. Znam paru genialnych pisarzy, ale sam nie mam przyjemności się do nich zaliczać, w związku z tym pozostaje mi pracowitość, dokładność, weryfikowanie wcześniejszych pomysłów. Innymi słowy ta praca nad tekstem czemuś służy. Przepisuję parę razy książkę, żeby ona była coraz lepsza. W konsultacji z betaczytaczami poprawiamy to, co się nie zgadza w tekście. Dłubię, zmieniam, poprawiam, zawsze jestem niezadowolony. Na szczęście wydawca ciśnie z terminem, gdyby nie kontrakty, pracowałbym latami nad debiutem i nigdy go nie skończył.

Wiele wysiłku kosztowała pana praca nad bardzo dobrze przyjętą "Szczęśliwą ziemią". W szczególnych warunkach pisał pan powieść. Laptop stał na krześle, krzesło na stole, a w głośnikach leciał ostry metal.

- To musiało być strasznie zabawne dla sąsiadów, bo nie miałem zasłon w oknach. Widzieli łysego chłopa krążącego wokół stołu i machającego łapami i pewnie myśleli, że jakiś wariat obok mieszka. Napisałem tę książkę cztery razy, kupa roboty. Nie mogłem sobie miejsca znaleźć. Nie mogłem siedzieć przy biurku, na kanapie, w kawiarni.

- Przypomniałem sobie, że Hemingway pisał na stojąco. Spróbowałem i nic. Dopiero ta konstrukcja ze stołem pomogła. Zacząłem łazić wokół, obmyślałem kolejne zdania, podchodziłem do laptopa i je zapisywałem. Dziwnie to wyglądało, ale nawet jeśli ośmieszyłem się w oczach sąsiadów, to już się z tego mieszkania wyprowadziłem, więc cóż mnie to interesuje.

Na koniec wróćmy do sportu. Kiedyś grał pan w siatkówkę, trochę boksował, a od lat dźwiga ciężary.   

- Na siłkę rzeczywiście wciąż chodzę. To jest aktywność fizyczna, którą można uprawiać właściwie w każdym mieście. Najwygodniejszy, najbardziej przystępny sport. Dla mnie siłownia jest o tyle ważna, że mam pracę siedzącą. Wszyscy moi koledzy pisarze narzekają na bóle w krzyżu, w pasie lędźwiowym, a ja jestem od tego wolny. Dzięki ćwiczeniom w ogóle nie wiem, co to jest ból kręgosłupa. Chciałbym uprawiać więcej sportu, ale czas na to nie pozwala. Na razie moim sportem jest gonitwa, zdążanie na kolejny lot czy pociąg.

Rozmawiał: Darek Jaroń

***

Łukasz Orbitowski jest pisarzem i publicystą, autorem m.in. powieści "Horror show" (2006), "Tracę ciepło" (2007) i "Szczęśliwa ziemia" (2013). Nominowany do nagrody Nike i Paszportów Polityki, laureat Stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego "Młoda Polska" 2012.

"Kultura nie tylko fizyczna" to nowy cykl tekstów Darka Jaronia, dziennikarza serwisu Sport.interia.pl Dziennikarz rozmawia z osobami z szeroko pojętego świata kultury o sporcie, o ich działalności artystycznej, o życiu i jego meandrach.

Dowiedz się więcej na temat: Łukasz Orbitowski | Dariusz Jaroń

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje