Justyna Kowalczyk w Nowej Zelandii - z pełni lata, do mroźnej zimy

Po przebyciu 17 tys. kilometrów mistrzyni olimpijska Justyna Kowalczyk biega już na nartach w dobrych warunkach śniegowych. Ze środka lata przeniosła się w środek zimy. W Nowej Zelandii trenować będzie do końca sierpnia. Ma też w planach start w maratonie.

Tak samo jak rok temu, do sezonu Kowalczyk będzie się przygotowywała w położonej na poziomie 1500 m stacji narciarskiej Snow Farm w pobliżu Quennstown (oddalone o 55 km). To największe miasto w okolicy - ok. 11 tys. mieszkańców. Cały ten region jest popularnym w Nowej Zelandii ośrodkiem, gdzie poza narciarstwem biegowym (55 km tras) uprawia się narciarstwo alpejskie oraz snowboard.

Reklama

- Gdy wylatywaliśmy z Polski, było gorące lato. Teraz jesteśmy w krańcowo odmiennych warunkach atmosferycznych. Temperatura waha się między minus pięć a zerem stopni Celsjusza, świeci słońce, ale było też, że termometr wskazał nieco większy mróz. W porównaniu z krajem różnica wynosi sporo, jednak przyzwyczailiśmy się już do takich pogodowych kontrastów - powiedział trener Aleksander Wierietielny.

Jak przypomniał, to już piąte zgrupowanie przed nowym sezonem. - Poprzednie, w estońskim Otepaeae, oceniam jako bardzo udane. Justyna wytrzymywała duże obciążenia. Na przykład cross z imitacją skakaną czyli imitacją kroku klasycznego z biegu na nartach. To jedno z najtrudniejszych i najcięższych zajęć treningowych w czasie letnich przygotowań. 400-500 metrów i trzeba to pokonać skokami. Jest to ćwiczenie o bardzo wysokiej intensywności, wykonywane na bardzo wysokim tętnie - wspomniał szkoleniowiec.

Wierietielny ma nadzieję, że równie efektywnie spędzi z Kowalczyk, jak również z Maciejem Kreczmerem (LKS Poronin Poroniec), miesiąc w Nowej Zelandii, zwłaszcza, że panują tam znakomite warunki narciarskie.

- Zimowa sceneria ukierunkowuje nam pracę. Leży sporo śniegu, a więc treningi będą przede wszystkim na nartach. Po nich przenosić się będziemy na siłownię - poinformował.

Kowalczyk, podobnie jak rok temu, zamierza wziąć udział w zawodach. Uważa, że starty to zawsze atrakcyjny przerywnik, a będąc na miejscu, gdzie są one organizowane, żal byłoby nie skorzystać z takiej okazji. - Musiałoby się ze mną dziać coś bardzo złego w czasie pobytu w Nowej Zelandii bym nie wystartowała. Zawody mamy pod nosem, dwa metry od hotelu, tym bardziej szkoda byłoby nie wystąpić - podkreśliła  absolwentka katowickiej AWF im. Jerzego Kukuczki.

Pochodząca z Kasiny Wielkiej i tam też mieszkająca zawodniczka AZS AWF Katowice zamierza wystartować 18 sierpnia w narciarskim maratonie Merino Muster (42 km), który rok temu wygrała, oraz w zimowym triatlonie składającym się z biegu, jazdy na rowerze i biegu na nartach. - Tak ułożyłam wyjazd do Nowej Zelandii by wziąć udział w tych zawodach; mam nadzieję, że te plany uda mi się zrealizować - zaznaczyła.

Jak przyznała, jest wielką fanką igrzysk olimpijskich. - Od dziecka uwielbiam je oglądać. I to wszystko, łącznie z powtórkami.

Wierietielny dodał, że na razie nie wygląda to najlepiej. - Trudno jest natknąć się na relacje z występów naszych reprezentantów. Wiem, że dotychczas więcej jest niepowodzeń aniżeli sukcesów. Ale z natury jestem optymistą i także w tym przypadku wierzę, że lada moment sypną się Biało-czerwonym medale. Taki już jest sport, często nieprzewidywalny. Bywa, że po paśmie porażek nadchodzi czas radości.

Niedawno szkoleniowiec wraz z żoną, Barbarą Piątkowską, przeprowadził się z Wałbrzycha, gdzie mieszkali przez 28 lat, do Poronina.

Rozmawiał Andrzej Basiński

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje