Jacek Zieliński: Jeszcze niedawno postawiłbym na Legię

- Sukcesu w piłce nie osiąga się w dwa czy trzy lata. To musi potrwać. Nie jest tak, że wystarczy kupić paru dobrych zawodników, wymienić kilku trenerów. Panu Wojciechowskiemu w Polonii w zabrakło trochę cierpliwości. W Cracovii jest dobry sponsor, są oddani kibice i piękny stadion. Ten klub ma warunki, by osiągnąć sukces - mówi w rozmowie z Interią trener krakowskiej drużyny Jacek Zieliński.

Ekstraklasa: wyniki, tabele i strzelcy - kliknij tutaj!

Reklama

Trener Jacek Zieliński przejmował Cracovię w bardzo trudnym momencie. 20 kwietnia drużyna spod Wawelu miała raptem dwa punkty przewagi nad ostatnim w tabeli Zawiszą Bydgoszcz. Po przyjściu Zielińskiego wszystko zmieniło się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Drużyna "Pasów" potrzebuje dwóch punktów, aby zapewnić sobie utrzymanie.

Interia: Trwa pasjonujący wyścig Lecha z Legią o mistrzostwo Polski, jakiego - poza Hiszpanią, Francją i Belgią - nie było w żadnej poważnej lidze. Pan jako ostatni doprowadził poznaniaków do tytułu. Sentyment pozostał?

Jacek Zieliński, trener Cracovii: - Oczywiście, bo do tej pory to były najpiękniejsze chwile w mojej trenerskiej karierze. Mistrzostwo Polski, potem wielka feta, gra w Lidze Europejskiej... Tego się nie zapomina. Na pewno wspomnienia zostały, ale kiedy w przyszłym sezonie Cracovia zagra z Lechem, to sentymentów już nie będzie.

Lech to dla pana wiele pięknych chwil, ale także bolesne rozstanie. Ledwie jeden dzień przed meczem z Manchesterem City. Bolało?

- To rzeczywiście była bolesna sprawa, ale dziś podchodzę do tego już na spokojnie - czas leczy rany. Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem.

Kto, pana zdaniem, zdobędzie tytuł w tym roku?

- Jeszcze niedawno powiedziałbym, że Legia. Był taki moment, kiedy warszawski klub odjechał Lechowi. Ale teraz? W najlepszej sytuacji jest "Kolejorz", bo ma wszystko w swoich rękach. Zostały trzy piekielnie trudne mecze, a mistrzem będzie ten, kto zdoła unieść presję.

Długo - jak na ekstremalne warunki - pracował pan także w Polonii Warszawa Józefa Wojciechowskiego. Co zadecydowało o tym, że Wojciechowski w futbolu poniósł porażkę?

- Sukcesu w piłce nie osiąga się w dwa czy trzy lata. To musi potrwać. Nie jest tak, że wystarczy kupić paru dobrych zawodników, wymienić kilku trenerów. Panu Wojciechowskiemu zabrakło trochę cierpliwości. Poza tym, wokół Polonii kręciła się wtedy armia podpowiadaczy i doradców różnej maści. Prezes Wojciechowski był dobrym właścicielem, bo wykładał na wszystko pieniądze z własnej kieszeni. Gdyby dołożył do tego cierpliwość i normalną atmosferę w klubie, to pewnie byłyby sukcesy.

Jeśli brać pod uwagę średnią zdobytych punktów w całej karierze w Ekstraklasie, jest pan jednym z najskuteczniejszych szkoleniowców. Co w takim razie się stało, że - po odejściu z Ruchu Chorzów - przez ponad półtora roku pozostawał pan bez pracy?

- Przez ten czas pojawiały się oferty - zarówno z Ekstraklasy, jak i niższych lig - ale żadna z nich nie była na tyle przekonująca, żebym się na nią zdecydował. Nie miałem noża na gardle i potrzeby łapania pierwszej okazji.

Przychodził pan do Cracovii, kiedy widmo spadku mocno zaglądało drużynie w oczy. Minęło sześć kolejek i jesteście o krok od utrzymania. W jaki sposób udało się panu odmienić Cracovię?

- To pytanie słyszę ostatnio dość często. Przychodziłem z jasną wizją tego zespołu i świadomością, że trzeba jak najszybciej zacząć gromadzić punkty, bo robiło się nieciekawie. Postawiłem na kilku zawodników, którzy do tej pory grali mniej, a widziałem w nich potencjał. Kolejna sprawa: trzeba było dotrzeć do głów tych chłopaków. W środku sezonu nie da się zmienić przygotowania motorycznego - zresztą zaznaczam, że ono było bez zarzutu - ale można pracować nad nastawieniem drużyny.

- Najważniejsze, że zawodnicy uwierzyli, że potrafią grać w piłkę, bo ja od pierwszego dnia miałem poczucie, że Cracovia może być zespołem grającym ładny i skuteczny futbol. Ostatnio wyniki są dobre, ale my nie zapominamy, że naszym celem jest dziewiąte, czyli najwyższe, miejsce w grupie spadkowej i tego się trzymamy.

Mateusz Cetnarski przez wielu był już spisany na straty. Tymczasem pan "odkurzył" tego zawodnika i zaczął wystawiać go w przodzie obok Marcina Budzińskiego. Żaden z nich nie jest typowym napastnikiem. Gra z "fałszywą 9-tką" to na dziś optymalne rozwiązanie?

- Odkąd stosujemy ten wariant rozegraliśmy trzy mecze, w których zdobyliśmy siedem bramek tracąc tylko dwie. Zatem można powiedzieć, że pomysł wypalił. Duża w tym zasługa dobrej gry skrzydłowych - Jendriszka i Rakelsa - którzy mają trochę inne zadania niż wcześniej. W kadrze mamy jednego klasycznego napastnika - Zjawińskiego, ale ostatnio najlepiej spisuje się on w roli dżokera.

- Wracając jeszcze do Cetnarskiego i Budzińskiego. Ich zaletą jest to, że obaj potrafią strzelać bramki i z meczu na mecz są coraz lepiej zgrani. Na razie gra z "fałszywą 9-tką" zdaje egzamin, więc będziemy tak grali dalej. Nie ma co przy tym grzebać.

Cracovia pokazuje ostatnio spory wachlarz możliwości w ofensywie. Próbujecie akcji środkiem, sporo wiatru robią skrzydłowi, potraficie też być groźni po stałych fragmentach gry. Dużo czasu poświęcacie na szlifowanie rzutów rożnych i wolnych?

- Tak, szczególnie ostatnio, kiedy rozgrywaliśmy mecze w trzydniowych odstępach, sporo trenowaliśmy rozgrywanie stałych fragmentów. Szlifujemy ten element, a sprawę ułatwia nam to, że nie ma ostatnio wielkich zmian w składzie. Jeśli chodzi o ustawienie, każdy piłkarz wie, co i kiedy ma robić. Poza tym w ofensywie rzeczywiście drużyna wygląda coraz lepiej i dla mnie to duży komfort, że mam zawsze czterech-pięciu piłkarzy, którzy potrafią strzelić gola z gry.

Przejął pan Cracovię 20 kwietnia. W zbiorczej tabeli z tego okresu więcej punktów od "Pasów" zebrał tylko Lech Poznań. Cracovia jest taka mocna jak w ostatnich meczach, czy taka słaba jak choćby na starcie rundy wiosennej?

- Prawda leży pośrodku. Cieszę się, że punktujemy, ale trzeba wstrzymać się z zachwytami, bo przecież nie jesteśmy w grupie spadkowej przez przypadek. Oczywiście mamy satysfakcję z tego, że jesteśmy czołową drużyną wśród zespołów walczących o utrzymanie, ale trochę żałujemy, że nie załapaliśmy się do walki o miejsca 1-8. Do pełni szczęścia trochę nam brakuje.

Cel na te rozgrywki jest już blisko, a jaką ma pan wizję Cracovii w następnym sezonie?

- Najpierw trzeba dostawić parę kroczków w tych rozgrywkach. Potem zabieramy się za planowanie przyszłości. Z pewnością będziemy chcieli podnieść jakość drużyny, czyli sprowadzić niewielu zawodników, ale konkretnych. Nasz cel na przyszły sezon to górna połowa tabeli i będziemy chcieli sprowadzić takich zawodników, którzy pomogą nam ten cel osiągnąć. Już prowadzimy pierwsze rozmowy, obserwujemy, ale to wszystko na razie jest trochę obok, bo mamy przecież ciągle mecze Ekstraklasy.

Cracovia nie zatrudnia obecnie dyrektora sportowego. Czy w związku z tym na pana barki spada odpowiedzialność za obserwowanie i opiniowanie kandydatów do gry w "Pasach"?

- Owszem, tak jak wspomniałem, praca idzie dwutorowo, bo sporo czasu poświęcamy na to, by np. dojeżdżać na mecze obserwowanych zawodników. Nasza ekipa często jest w rozjazdach, ruszamy w Polskę i zagranicę, by szukać piłkarzy do Cracovii. Sądzę, że dla lepszego funkcjonowania klubu przydałby się dyrektor sportowy albo szef skautingu, który mógłby to koordynować w przyszłości. Zresztą rozmawiałem już na ten temat z profesorem Filipiakiem i prezesem Tabiszem.

Nie zadrżała panu ręka, kiedy podpisywał kontrakt z Cracovią? Profesor Filipiak nie patyczkuje się, kiedy trenerzy zawodzą jego oczekiwania...

- Podchodzę do tego na spokojnie. Propozycja Cracovii była konkretna i szybko się dogadaliśmy. Uważam, że to fajny klub do pracy. Jest dobry sponsor, oddani kibice i piękny stadion - są warunki aby osiągnąć sukces. Jeśli profesor Filipiak postawił na mnie, to ja postaram się potwierdzić, że to była dobra decyzja.

Rozmawiał: Bartosz Barnaś

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL