Zagłębie Lubin. Piotr Stokowiec: Nie było czasu na pożegnania

O odmienieniu oblicza klubu, zaskakującym rozstaniu z Zagłębiem, wprowadzaniu młodych zawodników i pracy na solidnych fundamentach, dzięki której w polskiej piłce też można zarabiać miliony. - Odszedłem trochę z zaskoczenia, ale tak naprawdę z podniesioną głową. Rzadko zdarza się, aby trener zostawiał zespół mogący walczyć o najwyższe cele – mówił w rozmowie z eurosport.interia.pl Piotr Stokowiec były szkoleniowiec Zagłębia Lubin.

Ekstraklasa: wyniki, terminarz, strzelcy, gole

Reklama

Adrianna Kmak, eurosport.interia.pl: Na początek zadam pytanie, które chyba wszyscy chcieliby zadać. Był pan zaskoczony zwolnieniem z Zagłębia?

Piotr Stokowiec, były trener Zagłębia Lubin: - Nie ukrywam, że było to dla mnie zaskakujące. Może jestem zbyt mało doświadczonym trenerem, dlatego mnie to zaskoczyło.

Nie otrzymywał pan żadnych sygnałów, żeby móc się domyślić, że coś jest na rzeczy?

- Spotykaliśmy się sukcesywnie na radach nadzorczych i sygnałów nie było. Nie miałem stawianych celów wynikowych. Przez te 3,5 roku byłem częścią pewnej wizji. Zadań było kilka m.in. wprowadzanie młodych zawodników. Dzisiaj niewiele osób pamięta, jakie było Zagłębie cztery lata temu, co tam się działo, jaka była struktura drużyny i klubu. Budżet był dwa razy większy a trzon zespołu stanowili zawodnicy z zagranicy. Wizerunkowo Zagłębie nie prezentowało się najlepiej, tamten sezon zakończył się spadkiem, a kibice byli sfrustrowani. Klub był postrzegany jako taki bankomat, skąd tylko pobiera się pieniądze. Myślę, że jednym z sukcesów tego projektu było odmienienie Zagłębia wizerunkowo. Od razu odeszło 12-15 zawodników głównie z zagranicy, a zostało sprowadzonych  12 piłkarzy z akademii, trzecioligowych rezerw.

Przychodził pan do Zagłębia w trudnym momencie, to fakt.

- Byli pobici piłkarze, rozbite samochody, walkower na koniec rozgrywek po wrzuconych racach i przerwanym meczu. Sytuacja była naprawdę nieciekawa. Atmosfera w szatni, wokół klubu była fatalna. Zagłębie teraz jest postrzegane jako klub mądrze zarządzany, stabilnie się rozwijający, wprowadzający młodych zawodników, dbający o infrastrukturę i rozwój akademii. Patrząc na czas w Lubinie, przede wszystkim wyróżnia się liczba młodych piłkarzy wprowadzonych do drużyny.

To zauważyli chyba wszyscy.

- Udało się wprowadzić do pierwszego zespołu przez ten okres około 30 zawodników. 13 zadebiutowało na poziomie Ekstraklasy, wielu z nich w reprezentacji Polski w różnych kategoriach wiekowych.  To duża rzecz przeprowadzić zawodnika od poziomu trzeciej ligi przez I ligę, Ekstraklasę, reprezentację młodzieżową do pierwszej reprezentacji Polski.

Kilku wychowanków  odbudowaliśmy, bo nie cieszyli się dobrą sławą w Lubinie: Arkadiusz Woźniak, Adrian Błąd, Adrian Rakowski, Konrad Forenc. Wcześniej byli wypożyczani po różnych klubach lub nie grali zbyt wiele. Okazaliśmy im zaufanie i oni się odpłacili awansem w świetnym stylu do Ekstraklasy. Na wiosnę mieliśmy rekordową liczbę 77 punktów, straciliśmy tylko dwie bramki, były trzy remisy. To było naprawdę świetne osiągnięcie. W kolejnym sezonie był medal, trzy rundy w europejskich pucharach z wyeliminowaniem Partizana Belgrad.

Zagłębie zaskoczyło wszystkich. Przeszło dużą transformację i wypromowało wiele nazwisk.

- Takim pozytywnym aspektem było też odbudowanie zawodników powiedzmy, że po przejściach, którzy przez dłuższy okres nie byli w formie, nie grali - Filip Starzyński, Maciek Dąbrowski czy ostatnio Jakub Świerczok i Bartek Pawłowski.  Pomimo obciętego o połowę budżetu okazało się, że osiągnęliśmy jeden z najlepszych od dziesięciolecia wyników sportowych.

Dlaczego ten budżet został obcięty?

Wiązało się to ze spadkiem do Ekstraklasy. Główny sponsor o połowę obciął dotacje i trzeba było mocno zacisnąć pasa, co nie przeszkodziło zainwestować w akademię. Klub wziął pożyczkę na rozbudowanie bazy treningowej, akademii, postawienie bursy. Cieszę się że mój sztab był częścią tego projektu. Nasza współpraca na wszystkich frontach dobrze się układała.

Co dało panu największa satysfakcję we współpracy z akademią?

- Myślę że rozwinęliśmy zawodników z akademii, jak Jarosław Kubicki, Jarosław Jach, Krzysiek Piątek, Filip Jagiełło czy wielu innych, którzy już zdążyli zagrać w Ekstraklasie, ale nie byli czołowymi postaciami drużyny (Andrzejczak, Żyra, Jończy, Bonecki, Hładun,  Sobków). Na samych transferach klub zarobił już ponad milion euro. Wiemy również, że są potencjalni kupcy na Jacha, Świerczoka i to są kolejne miliony euro. Za występ w pucharach też  zarobiliśmy około trzech milionów. 

Jak pan ocenia swoją pracę w Zagłębiu?

- Zostawiłem ten klub w bardzo dobrym stanie. Ma naprawdę mocne fundamenty, o które dbaliśmy. Mówiąc kolokwialnie, przywróciliśmy normalność.  Mam poczucie bardzo dobrze wykonanej pracy. Odszedłem trochę z zaskoczenia, ale tak naprawdę z podniesioną głową. Rzadko zdarza się, aby odchodził trener zostawiając zespół w miejscu, które umożliwia mu grę o najwyższe cele w lidze i Pucharze Polski. To drużyna dobrze wyselekcjonowana i wytrenowana. Ten zespół ma podstawy do tego, żeby bić się o czołowe miejsca w tym sezonie.

Pana zwolnienie z Zagłębia odbyło się w trochę dziwnych okolicznościach. Pan prowadził jeszcze trening, a media już huczały, że klub się z panem rozstał. Pan się o tym dowiedział zaraz po zajęciach?

- Myślę, że na tym polu mamy jeszcze wiele do poprawy jako polska piłka, dlatego nie chciałbym tego podgrzewać. Wszyscy odpowiadamy za wizerunek naszej dyscypliny i ja nie chciałbym jej psuć dodatkowym znęcaniem się nad tą sytuacją. To są wnioski do wyciągnięcia dla wszystkich, nie tylko dla Zagłębia. Z pracownikiem zawsze można się rozstać, ale trzeba to robić w taki sposób, żeby nie psuć wizerunku polskiej piłki.

Wiedział pan przy rozmowie z zarządem, kto pana zastąpi w Zagłębiu?

- Nie chciałbym wracać do tego, co było i jak to się odbyło. Wiele rzeczy zostaje w gabinetach i to jest postawa fair. Wolę poświęcić czas na dobrą książkę, kino, coś bardziej kreatywnego, co mnie rozwinie, niż na patrzenie w przeszłość. Mam poczucie dobrze wykonanej pracy, a obecny czas też chce maksymalnie wykorzystać. Ostatnio zaczytuje się w książkach Nurowskiej, Grzebałkowskiej czy Myśliwskiego na co nigdy nie było czasu.

Jakieś ciekawe refleksie?

- Pierwsza sentencja z książki Marii Nurowskiej: "lepiej być nieszczęśliwym człowiekiem niż być szczęśliwą świnią".

To prawda. Wracając jeszcze do naszego wcześniejszego tematu, chciałabym zweryfikować u źródła, czy to prawda, że Mariusz Lewandowski uczestniczył w treningach i gdzieś tam podglądał pana pracę?

- Porozmawiajmy o dobrej książce i dobrym kinie.

Dla wielu wybór Mariusza Lewandowskiego na trenera Zagłębia był zaskakujący.

- Nie chcę się na ten temat wypowiadać. Nie chciałbym schodzić do poziomu jakiejś tam narracji, bo szkoda na to energii. Ja mam w sobie dużo entuzjazmu, pasji i jestem gotowy na kolejne wyzwania. Moje życie trenerskie dopiero się zaczyna. Mam mocne fundamenty w postaci dobrego wykształcenia, doświadczenia piłkarskiego i przygotowania merytorycznego. Poza tym mam mocna bazę w postaci życia rodzinnego. Jestem w tym względzie stabilny, co daje mi wewnętrzny spokój, bo mogę się skupić na mojej pasji. Moja rodzina ją podziela i rozumie.

To bardzo ważne.

- Bez tego funkcjonowanie i osiągnięcie sukcesu byłoby niemożliwe. Bez pasji, stuprocentowego zaangażowania, dobrego nastawienia do pracy, sukces jest niemożliwy. Cieszę się, że we mnie jest dużo pozytywnej energii i nie chce się bawić w jakieś dywagacje o tym, co było. Wolę iść do przodu.

Zdradzi pan chociaż jak pożegnali pana zawodnicy w Zagłębiu? Z niektórymi spędził pan sporo czasu.

- Tak, ale nie było czasu na pożegnania. Za dwa dni był już kolejny mecz w Pucharze Polski. Dostałem wiele smsów ze wsparciem, podziękowaniami za pracę. Zresztą są rzeczy, które się czuje. Nie o wszystkim trzeba powiedzieć, żeby coś zrozumieć. Myślę, że nie zamknąłem tam sobie żadnej drogi. Przeżyłem świetne chwile, które zainspirowały mnie do kontynuowania dalszej kariery. Nie chodzi tylko wynik sportowy, ale rozwijanie i wprowadzanie nowych zawodników. Przeprowadzenie piłkarza od najniższych szczebli do reprezentacji, rzadko się zdarza. Pokazuje to jednak, że przy odpowiedniej wizji, komunikacji i zaufaniu, wszystko jest możliwe do osiągnięcia.

Wróćmy jeszcze do samej pracy w Zagłębiu. Od początku miał pan nakreślone te wszystkie cele, o których rozmawiamy czy one się pojawiały stopniowo?

- Kiedy przychodziłem do Zagłębia w 2014 roku, ówczesna rada nadzorcza miała sprecyzowaną wizję funkcjonowania klubu. Następnie, przez te cztery lata miałem czterech szefów w radzie nadzorczej, dwóch prezesów, trzech dyrektorów sportowych, dwóch dyrektorów akademii i dwóch dyrektorów marketingu. Z tymi wszystkimi ludźmi musiałem nawiązać dobrą. Zatrudniając mnie rada nadzorcza razem z zarządem nakreśliła mi pole do działania, wizję. Oczekiwano ode mnie, że będę po części sam ją kreował. Eksponowanie akademii, poprawa wizerunku i rozwój klubu - to są rzeczy niepoliczalne i były one nakreślone od początku. Tego się trzymaliśmy i to wspólnie realizowaliśmy.

Rzeczy niepoliczalne są najtrudniejsze do osiągnięcia, a często wielu ich nie zauważa.

- Kibice nie zawsze wiedzą o długofalowych celach, często od razu chcą sukcesu. Ja jasno wiedziałem, czego chcemy i tego się trzymałem, ale podkreślam to jeszcze raz, to nie była wizja tylko Stokowca, ale grupy ludzi która mnie zatrudniała, a później przedłużała ze mną kontrakt.

Nie jesteśmy w stanie założyć, ilu zawodników z akademii przebije się do pierwszego zespołu, zadebiutuje w reprezentacji itd. Wiele rzeczy wykreowało się przez pracę mojego sztabu, ale ta wizja, rozumienie celów było cały czas jasne i klarowne.

Zagłębie pokazało przede wszystkim, że można wprowadzać swoich zawodników z akademii, co w Polsce delikatnie rzecz ujmując kuleje. Wiem, że początkowo mieliście koordynatora z Holandii. To było takie ważne, żeby pokazać system?

- Zagłębie jest naprawdę dobrym przykładem do naśladowania dla innych klubów. Pokazuje, że ważne jest postawienie na silny fundament akademii, rozbudowanie infrastruktury treningowej, stworzenie godnych warunków do rozwoju. Zagłębie traktowane jest jak jakieś pozytywne wynaturzenie. Tak powinno dziać się w każdym klubie, przynajmniej ekstraklasowym czy pierwszoligowym. Pierwszym dyrektorem akademii był Richard Grootscholten, teraz jest Krzysztof Paluszek. Moja rola polegała na ścisłej współpracy z akademią. Pełniłem też funkcję edukacyjną. Można powiedzieć, że wiedziałem o akademii, każdej grupie, programie szkolenia wszystko. Tworzyliśmy jedność i tutaj nie było żadnych tajemnic. Wiele rzeczy konsultowaliśmy, czy to odnośnie rozwoju indywidualnego zawodników, systemów gry itp. Zagłębie organizowało staże podczas których trenerzy mieli okazję przypatrywać się funkcjonowaniu akademii oraz pracy pierwszego zespołu. Przez ten okres prawie czteroletniej pracy, na stażach trenerskich w klubie było około 300 trenerów.

Dowiedz się więcej na temat: Piotr Stokowiec | Zagłębie Lubin

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje