• 1 .Śląsk Wrocław (3 pkt.)
  • 2 .Zagłębie Lubin (3 pkt.)
  • 3 .Lech Poznań (3 pkt.)
  • 4 .Lechia Gdańsk (3 pkt.)
  • 5 .Miedź Legnica (3 pkt.)
  • 6 .Górnik Zabrze (1 pkt.)
  • 7 .Korona Kielce (1 pkt.)
  • 8 .Arka Gdynia (1 pkt.)

Zagłębie Lubin. Piotr Stokowiec: W piłce nadchodzi czas specjalistów

- Kierownik biegał z telefonem, żeby zmienić skład i wtedy wyrzuciłem go razem z telefonem. Straciłem po tym pracę, ale zyskałem szacunek u piłkarzy - opowiada w drugiej części rozmowy z eurosport.interia.pl były trener Zagłębia Lubin Piotr Stokowiec, wspominając początki swojej trenerskiej kariery. Szkoleniowiec odnosi się także do trudów budowania drużyny oraz wyjaśnia, dlaczego tak rzadko rozmawia z mediami.

Ekstraklasa: wyniki, terminarz, strzelcy, gole

Reklama

Adrianna Kmak, eurosport.interia.pl: Co pan studiował?

Piotr Stokowiec, były trener Zagłębia Lubin: - AWF, kierunek WF, specjalizacja trenerska. Wyszedłem spod ręki profesora Jerzego Talagi i nieżyjącego już Rudolfa Kapery. Niewielu trenerom udaje się kończyć studia stacjonarne grając profesjonalnie w piłkę. Ja wiedziałem od początku, co chcę robić i cieszę się, że wybrałem taką, a nie inną drogę, trochę kosztem mojej piłkarskiej kariery, kiedy odchodziłem z II ligowej Korony Kielce do IV ligowego AZS AWF Warszawa.

Lepiej się pan czuje w roli trenera czy piłkarza?

- Zdecydowanie jestem lepszym trenerem niż byłem piłkarzem. Byłem zawodnikiem grającym z sercem, znam smak szatni. To mi na pewno pomogło jako trenerowi. Myślę, że byt dużo czasu straciłem będąc średnim piłkarzem, zamiast iść bardziej już w stronę trenerską. Daleki jestem jednak od żałowania czegokolwiek. Trzeba pamiętać, że trener to też jest człowiek. Mam za sobą piękne studia, udało się założyć świetną rodzinę. O tym nikt głośno nie mówi, ale rodzina na pewno w tym zawodzie cierpi. Mam trzy dorastające córki i wiele rzeczy nam uciekło. Jestem im wdzięczny, że zaakceptowały moją pasję, ale na pewno odbyło się to kosztem wielu chwil z dala od rodziny.

Rodzina cały czas mieszka w Warszawie?

- Tak, po studiach osiedliśmy w Warszawie. Kiedy jeszcze byłem piłkarzem, a dzieci nie chodziły do szkoły wszędzie byliśmy razem. Później to już ciągła rozłąka. Trudno byłoby wywracać życie rodziny przy ruchach trenerskich z jakimi mamy do czynienia.

Jak pan zdobywał trenerską wiedzę, żeby umieć połączyć pracę z pierwszą drużyną, akademią i innymi działami klubu? Wydaję mi się, że to nie jest coś ogólnie dostępnego.

- Myślę, że stosunki interpersonalne to moja mocna strona. Trzeba lubić ludzi i pracę z nimi. Umieć nimi zarządzać. Cały czas się tego uczę. Interesuję się tym, jak pracują firmy, jak to się wszystko odbywa. Teraz mam trochę czasu, żeby uzupełnić swoje menedżerskie umiejętności. Dużo czasu poświęcam na dokształcanie, poprawienie swojego angielskiego, bo nie ukrywam, że chciałbym pracować za granicą.

Jakaś konkretna, wymarzona liga?

- Nie. Lubię poznawać nowe miejsca, nowych ludzi. Nie byłoby dla mnie problemu przenieś się do innego kraju czy kontynentu. Ogólnie myślę, że życie to jest przyciąganie.

Siła podświadomości?

- Tak. Myślę, że ktoś, kto mnie potrzebuje, w końcu gdzieś mnie znajdzie. Tak to się w życiu dzieje. Póki co uczę się umiejętności menedżerskich, bo uważam, że to jest ważne. Trener musi rozumieć trochę takich działań korporacyjnych. Teraz uczę się też odpoczywać. Dostałem od mojego asystenta Łukasz Smolarowa książkę "Sztuka leniuchowania".

Zgłębia ją pan?

- Zgłębiam i staram się zastosować, chociaż nie jest to łatwe. Ostatnie siedem lat było bardzo pracowite, ale inne spojrzenie na to wszystko też mi się przyda. Uważam, że to też jest rozwijające. Jak potrzeba dobrej pracy, tak też potrzeba dobrego odpoczynku. Nie mam poczucia przygnębienia czy straty czasu. Myślę, że świetnie go wykorzystuje i moja trenerska kariera rozwija się prawidłowo. Nie można być za bardzo zachłannym. Ja na życie patrzę w perspektywie kolejnych 10 lat, a nie następnego sezonu. Chcę cały czas się rozwijać, iść do przodu i jestem gotowy grać o najwyższe cele. Wypracowałem wysokie standardy w swojej pracy. Jestem wymagający wobec zawodników, współpracowników, wobec samego siebie, ale myślę, że to jest jedyna droga. Wszystko musi być oparte na ciężkiej pracy. W Zagłębiu się udało, bo zawodnicy za tym poszli, mieli bardzo silną motywację wewnętrzną, chcieli być najlepsi, coś osiągnąć. Zawód trenera jest trudnym zawodem, ale bardzo fascynującym. Ta złożoność sprawia, że jest wiele zwrotów akcji, dużo składowych, żeby odnieść sukces.

Co według pana powinno się zmienić w polskiej piłce, żeby to patrzenie na klub przez włodarzy przybrało inną formę? Mówimy o potrzebie zmian od lat, ale tak naprawdę niewiele się w tym kierunku robi. Zwolnionych zostało już dziewięciu na 16 trenerów w tym sezonie.

- Uważam, że teraz nadchodzi czas specjalistów, oni dochodzą do głosu. Budując drużynę, sztab trzeba się nimi otaczać i oddawać konkretne działy w ich ręce. Klub wymaga wysokich kompetencji nie tylko na stanowisku trenera, ale też osób nim zarządzających. Trzeba rozumieć swoją rolę, zacząć od konstrukcji struktury klubu, hierarchii. Trener też potrzebuje specjalistów od przygotowania fizycznego, mentalnego, analityków, lekarzy, dietetyków itd. Największym problemem w polskich klubach jest komunikacja, walka o płaszczyznę do działania. Prezes, dyrektor sportowy, dyrektor marketingu, trener mają inną specyfikę pracy. Na przykład przy złej komunikacji dyrektor sportowy czuje się zagrożony, bo chciałby móc ingerować w proces szkoleniowy albo trener nie rozumie wielu procesów, które zachodzą w klubie, czy to marketingowych, czy finansowych. Wszyscy muszą znać te procesy od zawodników po szkoleniowców.

W Polsce ma się wrażenie, że w wielu klubach tych procesów się nie rozumie.

- Tak naprawdę, kim jest trener w klubie? Jest ważny, mniej ważny? Ja wiem, że jestem aż trenerem i tylko trenerem, częścią przedsiębiorstwa. Mam swój dział produkcji, ale jestem otwarty na współpracę z każdym działem, bo wiem, jak ważny jest na przykład marketing w klubie, żeby mógł on być odpowiednio finansowany. Nie wszyscy muszą znać się na piłce. Często uważa się, że były piłkarz jest odpowiednim kandydatem na każde stanowisko w klubie, bo kiedyś grał w piłkę. To jest trochę ślepa uliczka, bo ważne są kompetencje. Często trener musi powiązać światy ludzi ze sztabu medycznego, marketingu, prezesów czy właścicieli ze światem piłkarzy, 20-letnich chłopców, którzy nie mają doświadczenia życiowego, wiedzy,  wykształcenia. To jest bardzo trudne. Trener ma dużą rolę, bo odpowiada za największy kapitał klubu, czyli zawodników, ich zdrowie i formę. Kupujemy piłkarza za ciężkie miliony, on doznaje kontuzji i klub może popaść w ruinę finansową, bo nie ma wyniku sportowego, inni zawodnicy tracą wartość itd. Dlatego też bardzo ważna jest umiejętność jasnego komunikowania się z kibicami, bo często z klubu nie wychodzą jasne komunikaty odnośnie tego, jaki jest stan finansowy, wizja klubu itp.

Pana rzadka obecność w mediach, to był raczej brak czasu czy niechęć do wypowiadania się?

- Słowa  trenera dużo ważą i trzeba skupić się na tym, co i jak się mówi. To oddziałuje na klub, drużynę, kibiców. Trzeba być tutaj bardzo rozsądnym. Istnieją też te ograniczenia czasowe. Ja nigdy nie zamykałem się na media, ale na wszystko jest odpowiedni moment. Nie lubię tylko zdań wyrwanych z kontekstu.

Pan ogólnie jest człowiekiem, który lubi mieć podobno wszystko dobrze zaplanowane, a w piłce czasami nie da się pewnych rzeczy przewidzieć. Jak pan sobie z tym radzi?

- Generalnie lubię porządek, ale myślę, że trener powinien umieć odnaleźć się  w każdej sytuacji. Ten zawód to nie jest praca w standardowych warunkach, ale cały czas reagowanie na to, co się dzieje na boisku i wokół drużyny. Podstawą jest dyscyplina, zasady. Każdy zawodnik musi znać swoją rolę na boisku, rozumieć zadania w ofensywie, defensywie, ale jest tutaj pole do kreatywności. Nie jestem zwolennikiem sztywnych reguł, bo piłka to kreatywność. Trzeba umieć  szybko i trafnie podejmować decyzje.  Bardzo dużą satysfakcję mam z meczu ze Śląskiem Wrocław, w którym od 44. minuty graliśmy w dziesięciu, w przerwie zdecydowaliśmy się wymienić dwóch zawodników, zmienić systemu gry  i w ostatniej minucie zdobyliśmy bramkę, nie tracąc żadnej. Odnajdywanie się w niestandardowych sytuacjach  powinno być drugim "ja" trenera.

Wspominał pan, że z niektórymi zawodnikami rozstawał się z ciężkim sercem. Był jakiś jeden, najtrudniejszy przypadek?

- Powiem szczerze, że nigdy nie chciałem za bardzo wyróżniać zawodników, żeby nikogo nie urazić, ale Michal Papadopulos, to tak wyjątkowa osoba, profesjonalista, że życzę każdemu, żeby spotkał na swojej drodze tak zaangażowanego i pracowitego zawodnika. Do tego jeszcze z tak świetną osobowością jak Michal.

Lepiej się panu współpracuje z młodymi czy już bardziej doświadczonymi piłkarzami?

- Bardzo cenię sobie osobowość i nie ma znaczenia czy to zawodnik młodszy, starszy. Na pewno bardziej mnie ciągnie w kierunku odkrywania młodych zawodników, którzy są głodni gry. Wprowadzanie ich do dorosłej piłki jest trudne, ale ekscytujące. Ze starszymi też potrafię znaleźć wspólny język. Chociażby Maciek Dąbrowski, który był w wieku pod 30 lat, a potrafiliśmy go odbudować, pokazać potencjał, możliwości. On trochę spuścił z tonu, nie wierzył za bardzo, że coś może jeszcze osiągnąć. Pamiętam, jak mówiłem mu, żeby mi zaufał, zamknął oczy i mocno poświęcił się pracy. W efekcie z nami zdobył medal i po raz pierwszy zagrał w pucharach, później było już mistrzostwo Polski z Legią, występy w Lidze Mistrzów. Może gdyby wcześniej wykorzystał swój potencjał zakończyłoby się to nawet reprezentacją.

Jest to duża satysfakcja widzieć, jak zawodnicy się rozwijają. Podobnie było w Polonii Warszawa, gdzie praktycznie wszyscy  zawodnicy po dobrym sezonie znaleźli  pracę. Tomek Brzyski chociaż miał już 31 lat zdążył, podobnie jak Dąbrowski, zdobyć jeszcze mistrzostwo Polski.

Pamiętam też na początku pracy w Zagłębiu, jakimi samochodami przyjeżdżali piłkarze na klubowy parking, a jakimi odjeżdżają teraz. Nawet pokazując to w trochę ordynarny sposób, widać, że zawodnicy rozwinęli się pod każdym względem. Musiał za tym iść rozwój sportowy.

Jak zmotywować zawodnika, który musi grać w obliczu tak dużych jak w Polonii problemów finansowych?

- Początki było bardzo trudne, bo musiałem wyrzucać zawodników z treningu jak Todorovskiego czy Dwaliszwiliego. Dochodziło do wielu frustracji z powodu niezapłaconych pieniędzy. Jasno postawiłem sprawę, że gramy o swoją przyszłość. Obrazowo przedstawiłem, że to statek pod banderą "Polonia Warszawa" i pracujemy, żeby się wypromować - ja jako trener i oni jako zawodnicy. Ci, którzy weszli na pokład bezwzględnie się temu poddali, grali dla swojego rozwoju, pasji. Potrzebna była motywacja wewnętrzna. Z niektórych może nawet zeszło ciśnienie, że nie muszą dźwigać ciężaru swojego wysokiego kontraktu, tylko grają dla przyjemności. Efekt był taki, że na półmetku rozgrywek byliśmy na trzecim miejscu z punktową stratą dla lidera. W zimie sześciu zawodników wyjechało z obozu, ale nikt na nikogo się nie obrażał. To było bardzo trudne, ale uczciwe. Przybiliśmy takiego mocnego "misia" na pożegnanie i trzeba było patrzeć do przodu. Wiedziałem, że zawodnicy są w trudnej sytuacji, niektórzy już mieli oferty. Nie mogłem ich zmusić, żeby grali za darmo, poprosiłem, aby przyjechali do Turcji, bo liczyłem, że jakoś środki się znajdą. To były świetne więzi trwające do dzisiaj.  

Świetne więzi, ale zbudowane w bardzo trudnym okresie, gdzie nie wszyscy wytrzymują takie napięcie.

- Ja lubię proste i precyzyjne komunikaty. Często jest jednak w życiu tak, że zawodnicy nie doceniają, jak trener jasno mówi, czy kogoś będzie potrzebował, czy nie. To czasami jest bolesne, ale lepsza taka prawda i jasne określenie sytuacji niż mydlenie oczu. Wtedy część wysiadła, przyszli nowi a trener wiedział na czym stoi personalnie. Udało się ten sezon obronić na szóstym miejscu, mimo że drużyna się rozsypała praktycznie całkowicie. Wizerunkowo to był być może najlepszy czas Polonii w ostatniej historii. Chyba cała Polska nam wtedy kibicowała. Piłkarze pokazali, że potrafią fajnie grać w sytuacji chyba niemożliwej do zaakceptowania.

Początki jako trener miał pan niełatwe?

- Pierwszą próbę miałem rok wcześniej w epizodzie w Polonii. Było słynne dzwonienie na ławkę. Nie wiem, czy to nie był kluczowy moment. Debiutowałem w meczu z Widzewem. Przejąłem drużynę, o czym wtedy nie wiedziałem, na jeden mecz. Kierownik biegał z telefonem, żeby zmienić skład i wtedy wyrzuciłem go razem z telefonem. Po dobrym meczu przegraliśmy 0-1, ja straciłem pracę, ale myślę, że zyskałem szacunek w oczach zawodników, bo pokazałem, że nie dam sobą manipulować. Za rok z tymi piłkarzami odniosłem sukces. To było właśnie na bazie tej postawy, gdzie nie dałem się ugiąć. To trudny moment, kiedy trener zaczyna. Niektórym zależałoby być może tylko na utrzymaniu pracy. Ja się postawiłem.

Bronienie własnych zasad, to chyba najtrudniejsze zadanie w każdym zawodzie.

- Wychodząc spod ręki ludzi o tak wysokiej etyce zawodowej, jak Jerzy Talaga, Rudolf Kapera, czy Paweł Janas, zbudowałem  mocny kręgosłup moralny. Jest to fundamentem do tego, żeby być trenerem. To coś co trudno znaleźć w książkach czy na wykładach. Trener powinien mieć mocny kręgosłup i grubą skórę. Dołożyłbym do tego trochę inteligencji, dystansu do siebie , świata i poczucia humoru. Bo jak to mówią: "dobre samopoczucie to połowa sukcesu, a bardzo dobre samopoczucie to pełny sukces".

Rozmawiała: Adrianna Kmak

Tutaj znajdziesz pierwszą część wywiadu z Piotrem Stokowcem, w której podsumowuje pracę w Zagłębiu Lubin.

Dowiedz się więcej na temat: Piotr Stokowiec | Zagłębie Lubin

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama