Wisła: Franz Smuda i jego rosnąca w oczach ławka

Szermowanie hasłem, że dzięki bramce i asystom rezerwowych w meczu z Zawiszą, Wisła ma szeroką ławkę, jest grubą przesadą. Franz Smuda odwrócił losy meczu, kontrolę nad którym jego ekipa oddała po pół godzinie stanowczo zbyt łatwo. Najważniejsze, że powoli krytycy eks-selekcjonera zapinają pasy i wyprawią się na Marsa, bo logicznych argumentów nie mają.

To stary numer Wisły: na początku spotkania, w kwadrans stwarza seryjnie świetne sytuacje, ale marnuje 90 procent z nich. Przy skromnym prowadzeniu 1-0 zmarnowane "setki" o mały włos nie zemściły się w wyjazdowym meczu z Lechem (od 0-2 "Kolejorz" doszedł na 2-2 i dopiero w końcówce szczęśliwego gola zdobył Wilde Donald-Guierrier), a teraz niewiele zabrakło, by knocenia przez wiślaków kolejnych wymarzonych okazji golowych, nie wykorzystał Zawisza.

Reklama

Obydwa mecze łączy osoba trenera Mariusza Rumaka, którego Lech, a teraz Zawisza odrabiał straty w starciu z Wisłą, by ostatecznie polec.

Mity o szerokiej ławce Wisły kompromituje to, co dzieje się z "Białą Gwiazdą" pod nieobecność lidera defensywy - Arkadiusza Głowackiego. W Bydgoszczy, po pół godzinie gry, wiślacy wyglądali w obronie bez "Głowy" jak dzieci we mgle. Zero agresywności, nie wiadomo kiedy wyjść do pressingu, kiedy zagrać krótką, a kiedy długą piłką. To wszystko reguluje Arek.

I wielce krzywdzące jest wieszanie psów na Michale Czekaju, który wskoczył do gry za "Głowę". Owszem, "Czeki" popełniał błędy, ale i tak grał lepiej niż we wszystkich meczach na wiosnę, gdy jego potknięcia kosztowały zespół utratę goli (choćby w meczu z Górnikiem). Teraz Czekaj wygrał nie mniej pojedynków, niż przegrał, tyle że jest stoperem i gdy zostanie ograny, pod bramką jest od razu pożar. Gdy drybling przegrywa na połowie rywala np. Semir Stilić, a w Bydgoszczy zdarzało mu się często, nikogo to w oczy nie kole.

Jeśli sytuację w obronie Wisły unormuje ściągnięty ostatnio reprezentant Węgier Richard Guzmics, Smuda będzie mógł odetchnąć z ulgą.

Co ciekawe, krytycy Franza, którzy ciosali mu kołki na głowie po meczu z Ruchem (2-2), za to, że zdjął z boiska jedynego defensywnego pomocnika - Alana Urygę, dziwnym trafem ucichli, choć w Bydgoszczy eks-selekcjoner zastosował ten sam manewr. Nie dość, że ustrzegł Alana przed ewentualną kartką, która kosztowałaby go pauzę w meczu z Legią, to jeszcze wprowadzeniem Emmanuela Sarkiego wyraźnie ożywił ofensywne poczynania zespołu. Sarki po raz pierwszy w jednym meczu zanotował dwie asysty.

Kluczowym był pomysł Franza, który posłał prawonożnego Nigeryjczyka na lewą flankę, dzięki czemu dośrodkowania z odwrotnej pozycji, Emmanuela ustawionego tyłem do bramki, po których piłka zmierzała w kierunku bramki, okazały się być zabójczymi.

Smuda zagrał va’banque i wygrał. Na dodatek razem z zespołem osiągnął świetny wynik - poprzednio cztery gole w lidze na wyjeździe Wisła strzeliła w sierpniu 2009 r. (4-1 z Zagłębiem Lubin), czyli ponad pięć lat temu. "Biała Gwiazda" miała wówczas stabilizację finansową i takich tuzów w obronie jak Marcelo, który przerastał naszą Ekstraklasę.

Wisła w Bydgoszczy, podobnie jak w spotkaniu z Bełchatowem, gdy obroniła prowadzenie 1-0, grając długo w dziesiątkę, pokazała charakter. Czy on wystarczy, by włączyć się do walki o mistrzostwo Polski, to pokaże konfrontacja z Legią Warszawa, do której dojdzie już za osiem dni.


Godny uwagi jest fakt, że Paweł Brożek piękną "główką" w Bydgoszczy dogonił legendarnego Macieja Żurawskiego - ma już w barwach Wisły 102 gole.Dla polskiej piłki dobrym zjawiskiem jest, że kolejnym talentem, który odbudowuje się pod skrzydłami Smudy jest Mariusz Stępiński. W Bydgoszczy zdobył zwycięską bramkę i wypracował rzut karny, który skończył się trafieniem na 2-4. Jeśli tak dalej pójdzie, może to Stępiński w kadrze Adama Nawałki zastąpi Arkadiusza Milika, który grzejąc ławkę w klubie gaśnie w oczach.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje