Maja Włoszczowska: Jestem na etapie zabawy rowerowej

Maja Włoszczowska z optymizmem patrzy na swoje starty w sezonie 2018. "Jestem na etapie zabawy rowerowej, nie odczuwam presji, czuję się spełnioną zawodniczką" - powiedziała dwukrotna srebrna medalistka olimpijska i była mistrzyni świata w kolarstwie górskim.

Po srebrnych medalach olimpijskich w Pekinie (2008) i Rio de Janeiro (2016), mistrzostwie świata, wielu innych tytułach - w jakim momencie swojej kariery dziś się pani znajduje?

Reklama

Maja Włoszczowska: - Powiedziałabym, że jest to obecnie zabawa rowerowa. Czuję się już absolutnie spełnioną zawodniczką, dlatego teraz mogę bez presji cieszyć się tym, co robię i mieć wielką radość ze startów, absolutnie bez żadnego ciśnienia na wynik. Nie stawiając sobie przy tym żadnego horyzontu czasowego, choć oczywiście sportowe cele ciągle przed sobą stawiam.

Jakie są zatem te najważniejsze w rozpoczynającym się sezonie?

- Przede wszystkim mistrzostwa świata. Aczkolwiek dobrze zaczęłam też cykl Pucharu Świata - od piątego miejsca w inauguracyjnych zawodach w RPA, więc mam nadzieję, że teraz będzie jeszcze lepiej. Czuję się dobrze, więc patrzę z optymizmem na zbliżające się kolejne starty.

17 marca przypomniała pani na Facebooku, że minęła czwarta rocznica śmierci trenera i byłego znakomitego zawodnika Marka Galińskiego. To dla pani bardzo ważna osoba...

- Tak - największy autorytet i bardzo dobry człowiek.

Którego z trenerów, który panią prowadził, uważa pani za najlepszego - takiego, którego teraz warto wspomnieć?

- Nie chciałabym porównywać. Każdy trener jest inny. Natomiast Marek Galiński bez dwóch zdań nauczył mnie najwięcej, był największym autorytetem. Natomiast bardzo dobrze pracuje mi się też w tej chwili z byłym partnerem mojej mamy Krzysztofem Zalewskim, który też ma wielką wiedzę. Świetnie mi się też współpracowało z Michałem Krawczykiem, z którym przygotowywałam się do igrzysk w Rio.

Nie wymieniła pani nazwiska Andrzeja Piątka, który doprowadził panią do srebrnego medalu igrzysk w Pekinie?

- Długo pracowałam z panem Andrzejem Piątkiem i też mamy na koncie wspólne sukcesy, więc jasne, że czegoś mnie nauczył.

W ekipie Kross jeździcie teraz razem ze Szwajcarką Jolandą Neff. Czy to za pani sprawą do polskiej grupy trafiła aktualna mistrzyni świata w kolarstwie górskim?

- To wielka zasługa także naszego menedżera Tomka Swierczyńskiego. Natomiast bez dwóch zdań pomógł w tym fakt, że w przeszłości jeździłyśmy z Jolandą w holenderskiej drużynie. Dzięki temu, znając mnie i moje rekomendacje, miała gwarancje, że w polskiej ekipie trafi naprawdę na świetnych fachowców, profesjonalny sprzęt i opiekę. No i nie zawiodła się.

Dla wyników w kolarstwie górskim zawsze ważna była waga - sprzętu i jego użytkownika. Pani zdrapywała lakier z ramy, byle tylko rower był lżejszy, nie mówiąc o reżimie dietetycznym. Czy nadal w przygotowaniach tak ważne jest minimalizowanie tych parametrów?

- W obu tych kwestiach trendy ostatnio się mocno zmieniły. Owszem, cały czas chcemy mieć rower jak najlżejszy, ale teraz bardziej niż jego waga liczy się komfort jazdy, przyczepność, prawidłowe działanie. Od zeszłego roku doszła w rowerze sztyca regulowana, co zwiększyło jego wagę o ponad 200 gramów, ale daje mi tak duży komfort zjazdu, że czuję, iż bardziej się na tych zjazdach regeneruję. Dzięki temu mam potem więcej sił na podjazdach. Podobnie jest w przypadku opon. Można zyskać bardzo dużo, jeśli chodzi o wagę, ale wtedy tracimy na przyczepności i ryzykujemy przebicie gumy. Tak więc w tej chwili bardziej stawia się na komfort jazdy, czasem kosztem wagi.

A kwestie odżywiania?

- Na pewno nie szukam w diecie tych 200 gramów, o które cięższy jest rower... Kiedyś był bardzo silny trend, żeby być jak najlżejszym, "wycieniowanym". Czasem szło to w kierunku nie do końca zdrowym. W tej chwili zdecydowanie wolę ważyć pół kilograma więcej i naprawdę czuć, że mam energię do każdego treningu. Bo jeżeli czegoś w jedzeniu zabraknie, czy to węglowodanów, czy mikroelementów, to natychmiast daje się to odczuć w kolejnych treningach. Oczywiście cały czas dbamy bardzo o dietę, natomiast absolutnie unikam skrajności. Jeżeli czuję, że energii mi brakuje, to szukam jej na talerzu.

Co jest dla pani kulinarną nagrodą za dobry występ w zawodach?

- Kiedyś tradycją było, że niemalże po każdym wyścigu obowiązkowo szłam do pewnej dużej "sieciówki" na lody z polewą czekoladową i drobnymi dodatkami, które były właśnie taką nagrodą za wysiłek fizyczny w trakcie zawodów. Z biegiem lat mój gust się zmieniły. Teraz jest to wieczorem mały kufel dobrego piwa bezalkoholowego. Oczywiście, jeżeli mam ochotę na ciastko, to jak najbardziej - przed zawodami czy po zawodach mogę sobie na nie pozwolić. Chociaż jeśli jestem naprawdę w reżimie, gdyż chcę zgubić trochę gramów, to potrafię sobie tego odmówić.

Rozmawiał Marek Cegliński

Dowiedz się więcej na temat: Maja Włoszczowska | Jolanda Neff

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje