Belinda Snell: Najlepsze są pierogi

Mistrzyni WNBA z Phoenix Mercury, urodzona na antypodach koszykarka Belinda Snell po czterech miesiącach pobytu w Polkowicach polubiła polską kuchnię, ale w Święta Bożego Narodzenia będzie się objadać australijskimi przysmakami.

Polska Agencja Prasowa: Czy przyzwyczaiła się już pani do życia w Polsce, tutejszego jedzenia? Ma pani ulubione potrawy?

Reklama

Belinda Snell: - Tak, bez problemu. W Polkowicach od samego początku spotkałam wielu bardzo miłych ludzi. Klub działa profesjonalnie i nawet powoli zaczynam rozumieć co nieco po polsku! Jeśli chodzi o jedzenie, to uważam, że macie dużo fajnych potraw, szczególnie zup, ale najlepsze są pierogi. Proszę podkreślić, że mówię i piszę to słowo po polsku.

Ale w święta będzie się pani objadać nie pierogami z kapustą tylko przysmakami kuchni australijskiej. Jakimi?

- Najlepsze jest to, co ugotuje moja mama. Bardzo się cieszę, że jest przerwa w rozgrywkach i mogę na święta polecieć do rodziny. Indyk, kurczak mnóstwo sałatek, to podstawowe menu. Nie może zabraknąć specjalnego puddingu przygotowywanego tylko w tym okresie oraz torciku Pavlova - firmowego australijskiego deseru bezowego udekorowanego bitą śmietaną i świeżymi owocami. 

A jaki są pani inne australijskie ulubione potrawy, niekoniecznie świąteczne?

- Pieczone mięso z warzywami, także z rusztu. No i ciasteczka! Jeśli kiedykolwiek przyjedziecie do Australii, musicie spróbować Tim Tams Chocolate Biscuits. Naprawdę są pyszne.

W Polsce nie wyobrażamy sobie Bożego Narodzenia bez śniegu, mrozu, choinki i domowego ciepła. Ale dla Australijki to musi być egzotyka, biorąc pod uwagę klimat na antypodach...

- Tak, śnieg na święta jest nienaturalny! U nas to środek lata. Zawsze spędzamy je na powietrzu, ale oczywiście w rodzinnym gronie. Są rozmowy przy stole, ale i tradycyjna partyjka krykieta lub mecz tenisowy z moimi siostrzenicami i bratankami. Tak czy inaczej zawsze jest dużo śmiechu i radości.

Jak rozpoczęła się pani przygoda z koszykówką?

- Dwaj starsi bracia grali w miejscowym klubie i widziałam, że sprawia im to frajdę. Podpatrywałam ich jako kilkuletnie dziecko i próbowałam naśladować. W końcu jako ośmiolatka zaczęłam treningi "na poważnie". Byłam ruchliwym dzieckiem, grałam też w netball i tenis, ale wybór ostatecznie padł na koszykówkę. Dostałam stypendium Australijskiego Instytutu Sportu w Canberze. Przeprowadziłam się z mojego małego miasteczka do stolicy jako szesnastolatka i tak to się zaczęło.

Co zadecydowało o tym, że trafiła pani do CCC Polkowice? Wcześniej występowała pani w Hiszpanii, Francji, Rosji, czyli ligach, które są uznawane za silniejsze od polskiej, w dodatku w czołowych zespołach takich jak ROS Casares Walencja czy Bourges Basket.

- O Polkowicach słyszałam dużo dobrego od koleżanek z branży, szczególnie od Erin Phillips, która przez lata występowała w Wiśle Kraków. Erin mówiła dobrze nie tylko o grze, ale w ogóle o Polsce, a także o trenerze Jacku Winnickim. Była przecież w jego zespole, gdy pracował w Gdyni. Marzyłam o ponownych występach w Eurolidze, więc kiedy otrzymałam propozycję, nie mogłam z niej nie skorzystać.

Jakiej najcenniejszej rady udzieliła pani Erin?

- Żebym koniecznie zabrała zimowe buty, bo tu jest strasznie zimno. Miała rację!

A jak pani ocenia polską ligę po tych kilku miesiącach rywalizacji?

- Jest wiele dobrych drużyn, te z czołówki są naprawdę mocne. Sama jestem ciekawa, jak ułoży się rywalizacja o medale. Porównując do innych lig uważam, że polska ma coś z hiszpańskiej i francuskiej. Nie żartuję. W lidze francuskiej jest duży nacisk na defensywę i fizyczną rywalizację, a w hiszpańskiej gra się przede wszystkim kontratakiem i fantazją, polotem.

Podczas igrzysk w Londynie wykonała pani niesamowity rzut z ponad połowy boiska w ostatniej sekundzie spotkania z Francją, gdy Australia przegrywała różnicą trzech punktów, doprowadzając do dogrywki. Czy to jest mecz, który najbardziej utkwił pani w pamięci?

- Nie, choć oczywiście zapamiętam go. Najlepsze wspomnienia to finał mistrzostw świata w 2006 roku, gdy zdobyłyśmy złoty medal. W pamięci mam także finał olimpijski z Pekinu, mimo że przegrałyśmy wówczas z USA.

Urodziła się pani w malutkim, kilkutysięcznym miasteczku Mirboo North w stanie Wiktoria leżącym u stóp Strzelecki Hills, czyli łańcuchu wzgórz, które odkrył podczas wyprawy 1840 roku polski badacz Paweł Edmund Strzelecki...

- Wiedziałam kim był Strzelecki, ale żadnych innych kontaktów z waszym krajem wcześniej nie miałam. Co za zbieg okoliczności, że trafiłam w końcu do Polski, o której za sprawą Strzeleckiego słyszałam od dziecka.

Jakie ma pani hobby?

- Lubię tenis - oglądać i grać. Jestem fanką australijskiego futbolu, który nie ma nic wspólnego z amerykańską liga NFL. Australijski mecz toczy się na owalnym polu tą samą piłką, którą używa się w rugby. Nie będę tu wyjaśniać zasad, ale to  naprawdę wspaniały sport i właśnie teraz trwa szczyt sezonu. Moim ulubionym zespołem jest Essendon Bombers.

Czy pani przezwisko Bee (pszczoła - przyp. red) ma coś wspólnego z pracowitością pszczoły, czy raczej z konsekwencjami użądlenia przez nią?

- Podobają mi się obydwie te teorie! Bee to przede wszystkim skrócenie mojego długiego imienia. Mam też inne przezwiska: Snelly lub Snezza.

Pani koszykarskie motto?

- "Shoot for your dreams!", czyli celuj w swoje marzenia. Nie tylko zresztą na parkiecie.

Rozmawiała Olga Miriam Przybyłowicz

Dowiedz się więcej na temat: ccc polkowice | Belinda Snell | PLKK

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje