Marcin Gortat, ojciec chrzestny Gortiego, nakarmił... żyrafę

Marcin Gortat w przeddzień rozpoczęcia dedykowanych młodzieży campów znalazł czas, by w warszawskim ZOO nakarmić żyrafę, której jest ojcem chrzestnym. „Najchętniej małego Gortiego zabrałbym do domu” - powiedział jedyny Polak w zawodowej lidze koszykarzy NBA.

- W lutym trzymiesięczny wówczas samiec dostał na imię Gortat i z tej okazji przesłałem mu 213 litrów mleka, aby mój podopieczny szybko rósł i mierzył wysoko. Dziś okazało się, że to niedawne jeszcze żyrafiątko jest już wyższe ode mnie - wspomniał zawodnik.

Reklama

Środkowy Washington Wizards dodał, że możliwość osobistego nakarmienia zwierzaka to dla niego wielka niespodzianka i miły gest ze strony dyrektora stołecznego ogrodu.

- Nie wiem, czy wypada się przyznać, ale on jest tak milusiński, że miałem ochotę zabrać go dalej ze sobą. W ciągu kilku miesięcy żyrafek stał się potężnym zwierzakiem, więc mógłbym nie nadążać z nakarmieniem go. Na pewno lepiej mu będzie w tym pięknym warszawskim ZOO, które nie odstaje niczym od amerykańskich parków tego typu - zaznaczył.

Gortat wróży żyrafie szansę na... koszykarską karierę. - W jego kojcu ma zaczepioną na specjalnej gumce piłkę i z tego, co opiekunowie mówią, mały Gorti regularnie trenuje. Jeden na jednego nie zagramy - boję się, że stanąłby mi na nogę, a przecież waży już niemało - żartował.

Wychowanek Łódzkiego Klubu Sportowego oficjalnie dołączył opiekunów żyrafy do zespołu Gortat Team. Za to o Washington Wizards, w którym gra od października 2013 roku, uważa, że pod wodzą nowego trenera Scotta Brooksa będzie to inny zespół.

- Trener jeszcze kompletuje załogę asystentów, ale na pewno będzie to zupełnie nowy team. Miniony sezon miałem na dobrym poziomie, jednak nie przełożyło się to na warunki drużyny. To był stracony rok - ocenił.

"Czarodzieje" nie zdołali się bowiem zakwalifikować do fazy play off. Z dorobkiem 41 zwycięstw i 41 porażek zajęli 10. miejsce w Konferencji Wschodniej.

- Pierwszy raz od pięciu lat mam wolne podczas play-off. Może nie jest to dobre, ale z drugiej strony wykorzystam ten czas na odpoczynek i zagojenie pewnych urazów. 82 mecze sezonu regularnego, osiem przedsezonowych spotkań i czasem 10-15 meczów w play-off to już jest ogromny wysiłek dla ciała. Nie mam 18 lat i pewnie niebawem w brodzie pojawiają mi się siwe włosy - mówił 32-latek.

Na pytanie, komu życzy mistrzostwa powiedział, że kciuki trzyma za Golden State Warriors.

- Oni mają dwójkę niesamowitych zawodników, grających ponad wszelkie normy. Stephen Curry i Klay Thompson - to dzięki nim jesteśmy świadkami historii. Rywalizujący w Cleveland Cavaliers LeBron James ma już w dorobku dwa mistrzostwa, więc, choć go lubię i często przed meczami rozmawiamy, to już wystarczy - podsumował.

- Dodał, że wciąż czeka na polskiego kompana w lidze NBA. "Liczyliśmy na Przemysława Karnowskiego. Uważałem, że mimo kontuzji pleców powinien już startować do ligi NBA, ale to oczywiście jego decyzja i sztabu osób, które z nim pracują - wspomniał. 

Gortat chciałby, aby za kilka lat w amerykańskiej lidze zagrał któryś z uczestników rozpoczynającej się w piątek w Toruniu akcji Marcin Gortat Camp. Koszykarz wraz z pomocnikami poprowadzi treningi przeznaczone dla dzieci w wieku 9-13 lat oraz nastolatków mających już kontakt z dyscypliną (14-17 lat, program Klinika Junior NBA) łącznie w pięciu miastach Polski. W każdym z campów weźmie udział 130 dzieci oraz 50 nastoletnich koszykarzy.

- Chłopak, który pięć lat temu był uczestnikiem tej akcji, obecnie dostaje się do college’u w USA. Jeszcze przed nim długa droga do NBA, ale mam nadzieję, że zostanie moim następcą - podkreślił.

Dowiedz się więcej na temat: Marcin Gortat

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje