Lekkoatletyczne HMŚ. Krzewina: Czailiśmy się na srebrny medal i rekord Europy

To był szok – dla zawodników, kibiców, dziennikarzy. Nikt nie spodziewał się w Birmingham, że polska sztafeta 4x400 m mężczyzn będzie w stanie wygrać z Amerykanami i poprawić rekord globu. - Czailiśmy się na srebrny medal halowych mistrzostw świata – przyznał Jakub Krzewina.

To właśnie on na ostatniej zmianie wyprzedził Amerykanina Vernona Norwooda i poprowadził "Biało-Czerwonych" do złota. Czas 3.01,77 to rekord świata.

Reklama

- Na 300. metrze uwierzyłem, że jestem w stanie jeszcze dojść Amerykanina. W tyle głowy przez cały czas miałem tylko myśl, żeby nie dać się wyprzedzić Kevinowi Borlee. On już w Pradze wcisnął mi głowę, w eliminacjach też zrobił ze mną, co chciał, a w niedzielę wiedziałem, że tym razem mu nie dam. Nie ma co ukrywać – czailiśmy się na srebrny medal i rekord Europy. To był nasz cel – przyznał zawodnik WKS-u Śląsk Wrocław.

Opisując swoją zmianę mówił, że cały czas patrzył na telebim. Chciał wiedzieć, co dzieje się za nim. Gdy jednak zauważył, że rywale są daleko, skupił się na zawodniku przed nim.

- A on zaczął słabnąć i... nagle nie wiem, co się stało. Weszły we mnie jakieś dodatkowe moce. Muszę to obejrzeć na powtórce, bo nie pamiętam, co się działo – powiedział Krzewina, który przed tym sezonem wiele zmienił w swojej karierze. Jak się okazało zmiana trenera Józefa Lisowskiego na Marka Rożeja w jego wypadku była strzałem w dziesiątkę.

- Motywacji nigdy mi nie brakowało, mimo tych wszystkich urazów. Jak już idę pod tę górę, to łatwo się nie poddaję. Nieważne jak było ciężko. Może nie jesteśmy na szczycie, bo nie ma co spoczywać na laurach, ale coś tam fajnego osiągnęliśmy – skomentował.

Od razu po biegu Krzewina nie wiedział, co ma robić. - Usiąść? Położyć się? Cieszyć się? Zgłupiałem. Byłem w szoku. To była taka euforia, że trudno to opisać. Była mała łezka. Myślałem, że na podium znowu będzie, ale na szczęście zaczęliśmy śpiewać hymn i się powstrzymałem. Super chwila – przyznał.

Sztafeta zarobiła w Birmingham 90 tys. dolarów – 40 tys. za pierwsze miejsce w finale, a 50 tys. za rekord świata.

- Na razie się cieszymy sukcesem, ale na pewno podzielimy się z rezerwowymi oraz trenerami – zapowiedział Krzewina.

Sztafetę zaczynał Karol Zalewski (AZS UWM Olsztyn). Niedawno jeszcze sprinter, od tego sezonu postanowił przenieść się na 400 m i od razu z sukcesami.

- Myślę, że byłem potrzebny w tym składzie. Wiedzieliśmy, że Amerykanie bardzo mocno zaczną pierwsze 200 m i była potrzebna osoba, która dałaby radę wyjść zaraz za nimi. Udało się, a drugie 200 m to już walka z dystansem i z samym sobą. Myślę, że to był jeden z najlepszych biegów w mojej karierze. Zresztą poprawiając rekord świata to każdy z nas musiał wykonać dobrą robotę - zaznaczył.

Ale – podobnie jak Krzewina – od razu myślami wybiegał w przyszłość.

- Teraz najważniejsze jest, by przygotować się do mistrzostw Europy i tam pokazać jeszcze trochę więcej. Tutaj nawet nie myślałem o rekordzie świata. Miałem tylko chrapkę, żeby utrzeć nosa Amerykanom i żeby im pokazać, że nie tylko oni będą wygrywać sztafetę 4x400. Ale i tak teraz czuję ogromne niedowierzanie - przyznał.

Pałeczkę przejął po nim Rafał Omelko (AZS AWF Wrocław). - Czuć, że dokonaliśmy czegoś wielkiego. Teraz mamy kilku zawodników na równym poziomie, to nas mobilizuje, by być coraz lepszym i to daje wspaniały efekt w sztafecie - ocenił.

Zaapelował także, by w końcu nie nazywać ich „lisowczykami”. Każdy trenuje bowiem u swojego trenera, a z Lisowskim spotykają się jedynie w trakcie konsultacji przed dużymi imprezami. Wówczas jednak też realizują własne plany treningowe. W „złotym” składzie był tylko jeden podopieczny wieloletniego szkoleniowca kadry Łukasz Krawczuk.

- Mam nadzieję, że w końcu nazwa "lisowczycy" trochę ewoluuje i dziennikarze w końcu nie będą tego wałkować. To suma ciężkiej pracy wielu osób. Każdy z nas trenuje osobno i o to chodzi, bo lekkoatletyka jest sportem indywidualnym. Jak przyjeżdżamy na imprezę docelową, jesteśmy wspaniałą drużyną. Atmosfera jest zawsze dobra. Wspieramy się i zawsze się szanujemy, a to jest najważniejsze - podkreślił.

Tak jak i jego koledzy nie wierzył, że są w stanie poprawić rekord świata.

- Nikt z nas nawet przez moment o tym nie pomyślał. Nawet nie wiedziałem, ile wynosi. Jedynie patrzyłem na rekord Europy i byłem pewien, że na takie bieganie nas stać - skomentował.

Krawczuk ocenił, że to zdecydowanie ich największy sukces. On jako pierwszy zauważył, że poprawili najlepszy wynik w historii.

- Byłem w takim szoku, że tylko krzyknąłem. Wpadliśmy w objęcia z radości. Faktycznie zawsze po biegu padam i nie jestem w stanie nic zrobić. Tu udało się wykonać – z małymi przerwami – rundę honorową. Adrenalina zrobiła swoje, zmęczenie odeszło na bok, ale ono było - wyjawił.

Polacy wywalczyli w sumie pięć medali. Impreza trwała od czwartku do niedzieli.

Dowiedz się więcej na temat: Jakub Krzewina | Rafał Omelko | Łukasz Krawczuk | Karol Zalewski

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje