Lekkoatletyczne ME. Bukowiecki uwielbia mazurskie jeziora i ceni włoską kuchnię

Chciałby spotkać Megan Fox, zrobić zdjęcie z LeBronem Jamesem, uwielbia mazurskie jeziora i nie wyobraża sobie życia poza Polską - tak sam siebie przedstawia wicemistrz Europy w pchnięciu kulą z Berlina Konrad Bukowiecki. Jest niezłym kucharzem i miłośnikiem włoskiego jedzenia.

We wtorek na Stadionie Olimpijskim w Berlinie Bukowiecki zdobył srebrny medal. Po złoto sięgnął inny Polak Michał Haratyk.

Reklama

"Bardzo się cieszę, że w końcu mam ten seniorski medal na stadionie. Powinienem go zdobyć już dwa lata temu. Dostałem bardzo dużo sms-ów z gratulacjami. Jeszcze nie odpisałem na 23 wiadomości. Czytam wszystko, ale nie mam czasu, żeby każdemu odpisywać indywidualnie. Wklejam więc najczęściej 'dziękuję', ale jestem bardzo wdzięczny za każde miłe i ciepłe słowa. Tego jest jednak tyle, że płyta główna w telefonie zaczyna nie ogarniać, a co dopiero mój mózg" - podkreślił kulomiot.

Wiadomość dostał m.in. od amerykańskiego specjalisty od pchnięcia kulą Ryana Whitinga, która żartuje zawsze, że po słabym konkursie, gdy Bukowiecki osiąga 19 metrów - potem przychodzi bardzo dobry w jego wykonaniu.

"Napisał mi, że gratuluje, ale pewnie następnym razem będzie 19,50. Napisali do mnie także m.in. Tomas Walsh i Marcin Gortat. Dzięki temu, że jestem sportowcem, mogłem i wciąż mogę poznawać wielu bardzo ciekawych i znanych ludzi.

"Większość 'gwiazd', które poznaję, okazuje się normalnymi, bardzo w porządku ludźmi. To jest fajne, że oni potrafią normalnie porozmawiać z takim gościem jak ja. Chciałbym zrobić sobie zdjęcie z koszykarzem LeBronem Jamesem, przybić piątkę i powiedzieć mu, że też jestem sportowcem. Mam nadzieję, że mi się to uda. Taki jest plan. Udało się z Marcinem Gortatem, więc i to się powinno ziścić. Marzę też o spotkaniu z aktorką Megan Fox" - przyznał nieco żartobliwie lekkoatleta.

Wicemistrz Europy ma starszego brata i zawsze patrzył na to, co on robi, komu kibicuje w sporcie.

"Gdy zdawał na AWF, to przychodził do mnie na treningi pchnięcia kulą. Na naszych ścianach wisiały plakaty Realu Madryt czy Cristiano Ronaldo, gdy jeszcze grał w Manchesterze United. Bardzo dużo było u nas piłki nożnej, bo mój brat jest jej wielkim fanem i sam grał. Na topie był także swego czasu u nas David Beckham czy Brazylijczyk Ronaldo" - przyznał Bukowiecki.

Lekkoatleta wskazał, że bardzo docenia srebrny medal z Berlina, szczególnie biorąc pod uwagę rosnący poziom tej konkurencji w Europie. Jego kolega z reprezentacji Haratyk twierdzi, że Bukowieckiego stać na pchanie w okolicach 22,5 m.

"Nie wiem, czy jestem przygotowany na takie odległości, ale wiem, że mogę się pomylić i kula może mi wypaść na 22,5 m. U mnie raczej liczy się jeden +strzał+ i on musi przyjść w odpowiednim momencie. Tak jak było wczoraj, również w Belgradzie czy Toruniu. Nie mam takiej stabilizacji jak Michał, bo on w każdym pchnięciu wygląda podobnie technicznie. Ja kombinuję, szarpię się" - dodał.

Trenerem wicemistrza Europy jest jego ojciec Ireneusz. Bukowiecki junior przyznaje, że czasami któryś z nich powie o jedno słowo za dużo i najczęściej jest to on.

"Mam 21 lat. Przeszedłem już okres buntu. Jestem poważnym facetem i inaczej teraz patrzę na różne sprawy. Wiem, że nie warto kłócić się o głupoty, ale czasami moja natura mi nie pozwala na to, żeby ustąpić. Bardzo przypominam ojca. Jesteśmy identyczni. Gdybym spotkał go 30 lat temu, to pewnie zobaczyłbym siebie. Nie wyprę się go ani on mnie. Wzrost ten sam, budowa podobna. Nawet zakola mam identyczne. Nikt nie jest idealny. Mamy bardzo dużo wad. Z charakteru jestem troszeczkę inny" - ocenił lekkoatleta.

Przypomniał, że jego mama też uprawiała sport i dlatego dobrze go rozumie.

"Teraz jest już na emeryturze i może z nami więcej jeździć. Mnie nie ma bardzo często w domu. Dlatego mama podróżuje też z nami na obozy. Jest ze mnie dumna. Wie, jak smakuje zwycięstwo i porażka" - stwierdził Bukowiecki.

Do "Tańca z gwiazdami" by nie poszedł, bo jest tancerzem "klubowym", raczej trzymającym się boku sali, bliżej ściany. Inne propozycje udziału w programach telewizyjnych musiałby rozważyć.

"Z gotowaniem u mnie dużo lepiej. Nie jestem super kucharzem, ale wychodzą mi smaczne rzeczy. Gdy wyjeżdżam, to mam wszystko podane, więc nie musiałem się tego uczyć, ale to lubię. Smak jedzenia jest dla mnie ważny. Lubię kuchnię włoską, a także amerykańską. Zjem również chętnie sushi, ale reszta wschodniej kuchni, azjatyckiej, mnie nie interesuje i nie przepadam za nią" - powiedział kulomiot ze Szczytna.

Lekkoatleta nie wyobraża sobie, że miałby zamieszkać poza Polską, bo to jego zdaniem piękny kraj.

"Mieszkam na Mazurach, gdzie wszędzie mamy jeziora, lasy i czyste powietrze. Nie ma hałasu, korków. Nie wybieram się nigdzie ze Szczytna. To miasto, gdzie mieszka dwadzieścia parę tysięcy osób. Wszyscy raczej o mnie słyszeli, ale nie jest tak, że nie mogę wyjść nigdzie normalnie. To nie ten poziom i mam nadzieję, że tak nigdy nie będzie" - ocenił.

Przypomniał, że się tam wychował, a na Mazurach pytanie nie brzmiało - czy jechać nad jezioro - tylko nad które.

"Sześć lat pływałem. Szczytno jest tak położone, że w promieniu 15 km jest 30 bądź 40 jezior. Miasto słynie ze szkoły policyjnej. To moja uczelnia. U nas było normalne, że rodzice znajomych są policjantami. Wielu ludzi po prostu tam pracuje. Każdy mój kolega ma w rodzinie policjanta i to jest normalne" - powiedział Bukowiecki.

Z Berlina Tomasz Więcławski

Dowiedz się więcej na temat: Lekkoatletyczne ME | Konrad Bukowiecki

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje