Lekkoatletyczne ME. Matusiński dla RMF FM o kulisach sukcesu polskiej sztafety w Berlinie

Wynajęcie meleksa, transport do namiotu fizjoterapeutów, pół godziny dochodzenia do siebie i delikatna rozgrzewka - tak w skrócie wyglądały kulisy sukcesu polskiej sztafety 4x400 m na mistrzostwach Europy w Berlinie. Nasze panie wywalczyły złoto, choć półtorej godziny wcześniej dwie z nich biegły na tym samym dystansie indywidualnie. O tym, jak dochodziły do siebie i że ich start nie był wcale oczywisty - z trenerem Aleksandrem Matusińskim rozmawiał Paweł Pawłowski.

Paweł Pawłowski, RMF FM: Gratulacje, bo to jest jednak sztuka, żeby powiedzieć "dziewczyny, ruszcie się, albo w tę albo w inną stronę, bo albo wycofujemy się, albo biegniemy". Tam przecież było zaledwie półtorej godziny pomiędzy dwoma wycieńczającymi finałami.

Reklama

Aleksander Matusiński: - Była to bardzo trudna sytuacja, która nas jeszcze nigdy nie spotkała. W zasadzie tylko nasza sztafeta była tak pokrzywdzona, bo dwie zawodniczki biegały w finale indywidualnym. Do tego jeszcze jedna Francuzka i ta sztafeta też była trochę osłabiona. Widzieliśmy ją na ostatniej zmianie w walce z Justyną Święty-Ersetic, ale to Justyna była lepiej przygotowana. Trzeba brać odpowiedzialność za swoje decyzje. My byliśmy przygotowani na wszystko. Załatwiliśmy meleksa, który przewiózł zawodniczki z mety od razu na warm-up (strefa rozgrzewki - przyp. red.) Ja zresztą też miałem przepustkę na metę, żeby z nimi zaraz po biegu porozmawiać.

- Iga Baumgart-Witan - ona nieźle zareagowała i nie była aż tak bardzo "wyjechana". Próbowałem ją wtedy zmotywować. Powiedziałem: Iga, bez ciebie ta sztafeta nie pobiegnie; ty się mobilizuj, wracaj do zdrowia i do życia! Natomiast Justyna podeszła i powiedziała, że nie da rady; że nie wie, jak to zrobić. Justyna była na tej imprezie na bardzo wysokim poziomie, i pobiła jeszcze ten rekord (życiowy na 400 metrów - przyp. red.) Takie rzeczy się nie zdarzają w sporcie, a tutaj się zdarzyły. Ona była bardzo skoncentrowana na złotym medalu. Nie interesowało jej nic innego. Przypuszczam, że gdyby trzeba było jeszcze szybciej pobiec, to ona by to zrobiła. To jest taki charakter. Nie życzę nikomu ścigania się z nią na samej końcówce. Jeśli ona poczuje krew, to będzie walczyć do samego końca. Widzieliśmy przecież, że dopiero dwa metry przed metą wyprzedziła rywalkę i zdobyła złoty medal.

Jak się czują zawodniczki po finale na 400 metrów? One pobiegły na 100 procent jeden finał i już za chwilę miały drugi. 400 metrów - wydaje się, że to jedno okrążenie, ale to naprawdę wyczerpujący dystans.

- To najcięższy dystans, który łączy wytrzymałość, szybkość, siłę i wszystkie zdolności motoryczne. Dziewczyny były skrajnie wycieńczone. Pojechały do namiotu meleksem. Tam przez godzinę leżały i nie były w stanie ruszyć nogą. Poubierały się tam, żeby trzymać ciepło. Na początku to nawet z nimi nie rozmawiałem, bo widziałem, że nie mają siły. Po 30 minutach zobaczyłem, że wzięły telefony, a to znaczyło, że już jest dobrze. Zacząłem wtedy z nimi rozmawiać, żartować i w pewnym momencie Justyna coś odburknęła. Wtedy było już bardzo dobrze. To oznaczało, że wraca do zdrowia. Na sam koniec kazałem już troszeczkę się ruszyć. Generalnie dziewczyny koncentrowały się na tym, żeby się wyciszyć, jakieś żele energetyczne przyjąć lub inne preparaty, które odbudowują energię.

Dwa lata do igrzysk - to dużo?

- To bardzo krótko, bo jesteśmy już dwa lata po igrzyskach, a wydaje mi się, że to było wczoraj. Dlatego ciągle myślimy o igrzyskach i wszystko, co dzieje się w naszym życiu, jest na igrzyska ukierunkowane. Staramy się wybrać te najlepsze ścieżki; przetestować najlepsze rzeczy. Myślę, że ten rok jest już ostatnim rokiem, w którym można coś zaryzykować. Natomiast przed igrzyskami to już będzie coś, co musi być na sto procent gotowe.

Paweł Pawłowski

Czytaj też na rmf24.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje