Lekkoatletyczne ME. Polacy cieszyli się z podium w maratonie, którego nie było

Kuriozalną sytuacją zakończył się start polskich maratończyków w mistrzostwach Europy w Berlinie. Biegacze po przekroczeniu mety byli przekonani, że zajęli trzecie miejsce w klasyfikacji drużynowej. Pozowali fotoreporterom z flagami, udzielali wywiadów. Szczęśliwi i radośni. Na chwilę.

Sytuacja na mecie maratonu to mistrzostwa w pigułce. Źle działająca strona internetowa przeszła już do historii i przez większość dziennikarzy zgodnie oceniana jest, jako najgorsza od czasów, gdy internet stał się powszechnym sposobem komunikacji.

Reklama

To ona stała się w niedzielę przyczyną ogromnego zamieszania. I to nie po raz pierwszy, ale tym razem niezwykle bolesnego. Jak bowiem może się czuć sportowiec, który w upale przebiegł ponad 42 kilometry, z uśmiechem na ustach pozował do zdjęć, krzycząc przy tym z radości, który po kilkunastu minutach zostaje z tego brutalnie odarty.

Zawieszenie strony spowodowało, że przez dłuższy czas Polska widniała na trzeciej pozycji w klasyfikacji generalnej. Nie przez minutę, dwie, trzy. Dość powiedzieć, że zdążyli przez ten czas przejść przez strefę mieszaną i udzielić wywiadów.

Mariusz Giżyński był wyraźnie wzruszony. To on przybiegł na metę jako pierwszy z "Biało-Czerwonych". Po kilku minutach dołączyli do niego Henryk Szost i Arkadiusz Gardzielewski. Dziękowali kibicom, których na trasie było wielu. Nikt na miejscu nie był w stanie wyprowadzić ich z błędu...

Ostatecznie w klasyfikacji drużynowej, do której liczy się suma czasów trzech najlepszych zawodników, Polska zajęła piąte miejsce za Włochami, Hiszpanią, Austrią i Szwajcarią.

Dowiedz się więcej na temat: Henryk Szost | Mariusz Giżyński

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje