Lekkoatletyczne MŚ: Pożegnanie carycy tyczki Isinbajewej

We wtorek o 17.35 czasu polskiego rozpocznie się ostatni rozdział kariery carycy tyczki Jeleny Isinbajewej. W moskiewskim finale mistrzostw świata chce sięgnąć po złoto i pożegnać się z zeskokiem. "To koniec pewnej ery" - twierdzą dziennikarze większości krajów.

Tego samego zdania jest mistrzyni świata z Berlina (2009) Anna Rogowska. Nie zdołała zakwalifikować się do finału na stadionie Łużniki, ale będzie kibicować Rosjance.

Reklama

"To wymagająca przeciwniczka. Zawsze najwyższej klasy. Jeżeli chodzi o bliższe spotkania z Jeleną, to nikt nie miał takiej okazji. Ona zawsze była outsiderem, trzymała pozostałe zawodniczki na dystans. To była jej strategia, takie podejście do zawodów, do rywalek" - oceniła Rogowska (SKLA Sopot).

I właśnie taka była. Na konkursach zawsze z dala od wszystkich. Nierzadko owinięta w koc, ręcznik lub po prostu bluzę. Chowała się za czapką z daszkiem. Nie obserwowała co działo się wokół. Zaczynała od wysokości, do których inne zawodniczki nawet nie dochodziły. Gdy była jej kolej, jakby od niechcenia zdejmowała dresy. Robiła przebieżkę, smarowała dłonie czarnym klejem, powoli brała do ręki tyczkę. Stawała na rozbiegu. Skoncentrowana, patrzyła w jeden punkt. Zawsze coś do siebie mówiła. I skakała... Tak wysoko jak nikt inny w historii tej konkurencji.

Nie przez przypadek, mimo że jest kobietą, była porównywana do legendarnego ukraińskiego tyczkarza Siergieja Bubki. Zresztą szybko stali się także przyjaciółmi oraz... sąsiadami. Przeprowadziła się bowiem do Monako, tam odnalazła swój nowy dom. Pokochała to maleńkie księstwo, gdzie przez cały rok panuje przyjemna pogoda.

Isinbajewa startowała też w Polsce. Jej wielka kariera zaczęła się nawet w Bydgoszczy. W 1999 roku zdobyła tam swój pierwszy złoty medal - mistrzostw świata juniorów młodszych. Do stolicy województwa kujawsko-pomorskiego wracała wielokrotnie, m.in. przy okazji młodzieżowych mistrzostw Europy (2003) czy halowych mityngów Pedro's Cup. Była też w Warszawie i to miejsce szczególnie polubiła.

"Macie Pałac Kultury i Nauki, a jak go mijam, czuję się jak w Moskwie" - mówiła.

Rogowska nie jest zdumiona, że 31-letnia Isinbajewa postanowiła zakończyć karierę. "Ona jest w sporcie o dziesięć lat dłużej ode mnie. To jest kawał czasu i nie dziwię się, że uznała, iż to wystarczy" - powiedziała rekordzistka Polski.

I faktycznie. Profesjonalne treningi rozpoczęła już w wieku 5 lat. Nie znalazła się jednak od razu na skoczni o tyczce. Najpierw rywalizowała w gimnastyce. Wielu ekspertów twierdzi, że to właśnie dało jej później przewagę. Gdy miała 15 lat zdecydowała się spróbować swoich sił w lekkoatletyce. Powód był prosty - była za wysoka (170 cm). Pół roku potrzebowała, by pokonać poprzeczkę na wysokości 4 metrów. Trenerzy przecierali oczy ze zdumienia i zaczęli przepowiadać jej wielką karierę.

Nie pomylili się. Zdominowała całkowicie tyczkarską scenę. Wygrywała wszystko co chciała i śrubowała rekord świata, poprawiając go często po jednym centymetrze, tak jak... Bubka. 17 razy wpisywała się na listę najlepszych w historii wyników na stadionie, 13 razy w hali.

Sięgnęła po dwa tytuły mistrzyni olimpijskiej (2004, 2008) i świata (2005, 2007). Zaliczała jednak też wpadki. Najbardziej spektakularną w 2009 roku, kiedy w Berlinie w mistrzostwach globu zaczęła konkurs od 4,75 i nie zaliczyła żadnej próby. Na spotkanie z dziennikarzami schodziła płacząc. Stanęła w mixed zonie, wzięła mikrofon i... płakała. Nie potrafiła się opanować. Przez łzy wypowiadała słowa przeprosin skierowane do jej trenera, rodziny i kibiców. Obwiniała siebie i gratulowała... Rogowskiej. Bo to właśnie ona wówczas triumfowała.

"Życzę Jelenie, by zakończyła karierę w spektakularny sposób. Nie tylko ze złotem na szyi, ale czymś szczególnym" - powiedział Bubka, ale nie chciał wyjawić, co ma na myśli. Mało prawdopodobne wydaje się, by zdołała jeszcze raz atakować rekord świata - 5,06. Druga zawodniczka w historii Amerykanka Jennifer Suhr skoczyła 14 cm niżej.

Jej kariera w Moskwie zatoczy koło. Bo to właśnie na stadionie Łużniki zdobyła swój pierwszy tytuł - mistrzyni Rosji. Teraz na pewno nie zabraknie jej wsparcia miejscowych kibiców. Organizatorzy liczą, że stadion zapełni się w końcu do ostatniego miejsca. Nawet Bolt nie zdołał sprowadzić na trybuny kompletu.

"Nie myślę w tej chwili o tym, że to mój ostatni start. Jestem zodiakalnym bliźniakiem, a to oznacza, że w ciągu kilku sekund potrafię zmienić swoje myśli i skoncentrować na czymś całkowicie innym" - powiedziała.

Isinbajewa stoi przed szansą zdobycia swojego pierwszego złotego medalu od 2008 roku i w tym celu zaapelowała o wsparcie kibiców.

"Oczywiście oni mogą mnie jedynie dopingować; ja stoję na rozbiegu i to ja muszę skoczyć, ale sama ich obecność wiele dla mnie będzie znaczyć" - przyznała.

Z Moskwy Marta Pietrewicz

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje