Małachowski: Kryzys w rzucie dyskiem, wyniki to bida

- Przyszedł kryzys, a obecne rezultaty to bida - tak o międzynarodowej rywalizacji w rzucie dyskiem mówi Piotr Małachowski.

- Kiedyś wynik ponad 68 metrów nie zapewniał w Diamentowej Lidze nawet miejsca na podium, a teraz wystarczy rzucić niespełna 64, aby wygrać zawody. Trzeba powiedzieć uczciwie, że te wyniki to prawdziwa bida. Przez ostatnich 10 lat nasza konkurencja stała na wysokim poziomie, ale nadszedł kryzys, czego należało się spodziewać, bo powoli następuje zmiana pokoleniowa. Ja od 2006 roku jestem w czołówce, ale mam 32 lata i do "40", jak Virgilijus Alekna, na pewno nie będę rzucać - powiedział Małachowski.

Reklama

Do Polaka należy najlepszy rezultat w sezonie - 1 sierpnia w Festiwalu Rzutów im. Kamili Skolimowskiej we Władysławowie wicemistrz olimpijski z Pekinu z 2008 roku rzucił 68,29 m. O 10 cm zdystansował Jamajczyka Jasona Morgana, który 6 lipca posłał dysk na odległość 68,19 m.

- Muszę przyznać, że nie spodziewałem i nie nastawiałem się tak znakomity wynik. Przed startem zakładałem, że zadowoli mnie przekroczenie granicy 65 metrów. Kamila zadbała jednak we Władysławowie o znakomitą pogodę, a ja zrewanżowałem się świetnym rezultatem - przyznał.

Wcześniej warunki nie zawsze mu sprzyjały. - W trakcie mityngów Diamentowej Ligi w Londynie i Sztokholmie padał deszcz, a ja tego nie lubię. Koło jest śliskie i metalowy dysk również nie najlepiej trzyma się dłoni - zauważył.

Najlepszy polski dyskobol podczas mistrzostw świata w Pekinie będzie jednym z głównych kandydatów do zwycięstwa. I to niezależenia od tego, czy w stolicy Chin pojawi się jego wielki rywal Niemiec Robert Harting, który triumfował w trzech ostatnich imprezach tej rangi, ale ostatnio zmagał się z kontuzją kolana.

- Nie ma dla mnie znaczenia, czy Harting wystartuje w Pekinie. W ogóle nie zaprzątam sobie tym głowy, nie stresuję się. Jeśli Robert przyjedzie na MŚ, to na pewno będzie dobrze przygotowany, ale ja również będę w wysokiej formie. Jego absencja nie oznacza przecież, że mogę potraktować te zawody ulgowo i rzucać bliżej - podkreślił.

Wicemistrz świata sprzed dwóch lat z Moskwy uważa, że walce o medale raczej nie powinien liczyć się 33-letni Morgan.

- Nie można go oczywiście skreślać, bo w Pekinie wynik w okolicach 65 metrów może zapewnić miejsce na podium. Jamajczyk zaimponował jednym rezultatem, ale trafił na idealne warunki wietrzne. W Europie miałby problemy z przekroczeniem 60 metrów - ocenił.

Zmagania najlepszych polskich miotaczy oglądały we Władysławowie tłumy kibiców. Dla nich ten mityng jest letnią atrakcją, natomiast dla Małachowskiego to czas najbardziej intensywnej pracy.

-Prawdziwe wakacje będą miał, kiedy przejdę na sportową emeryturę. Generalnie trenuję w Spale i startuję za granicą. Po powrocie z wszystkich wojaży chciałoby się trochę pobyć w Polsce, ale w październiku jest już u nas dość zimno. Muszę przyznać, że nie znam za dobrze naszego kraju, bo nad Bałtykiem byłem może 10. razy w życiu. Teraz przyjechałem razem z żoną oraz synkiem Henrykiem, który ma rok i osiem miesięcy. Przy okazji przeraziły nas korki, które zobaczyliśmy w okolicy - powiedział.

W niedzielę Małachowski wystartuje w Szczecinie w 61. edycji Memoriału Janusza Kusocińskiego.

Eliminacje rzutu dyskiem w MŚ w Pekinie zaplanowano na 27 sierpnia, natomiast finał odbędzie dwa dni później. Do Chin mistrz Europy z Barcelony z 2010 roku wyjedzie 20 sierpnia.

Dowiedz się więcej na temat: piotr małachowski | rzut dyskiem | lekkoatletyka

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje