Marcin Lewandowski: Złoty prezent dla moich kobiet

Marcin Lewandowski 4,5 roku czekał na to, by znowu zagrano na jego cześć Mazurka Dąbrowskiego. W Pradze w halowych mistrzostwach Europy wywalczył złoto w biegu na 800 m i zadedykował je swoim kobietom - żonie oraz córce Mii.

"To idealny prezent na Dzień Kobiet. Myślę, że lepszego nie można było sobie wymarzyć" - powiedział tuż po zwycięskim biegu, w którym uzyskał czas 1.46,67.

Reklama

"Wynik nie jest najważniejszy, ale jak na finał mistrzostw Europy było dość żwawe tempo. Dla mnie nie miało większego znaczenia jak zostanie poprowadzony ten bieg. Jestem idealnie przygotowany do szybkiego, jak i wolnego. Cieszę, że tak wyszło" - ocenił

Sprawdziła się także jego taktyka. Nie zamierzał się "czaić" i czekać, co zrobią rywale. Wręcz przeciwnie - chciał kontrolować, co się dzieje i długo biegł na drugiej pozycji.

"Wiem, że to zawody halowe i jest bardzo dużo przypadkowości. Myślę, że taktyka wykonana była perfekcyjnie. Nie traciłem sił na wyprzedzanie. Prawda jest taka, że to był pierwszy finał takiej imprezy, gdzie mogłem sobie pozwolić na jakiś błąd. Moja przewaga nad rywalami była bardzo duża. To jest różnica poziomów. Na końcowych metrach nikt mi nawet nie zagroził" - zaznaczył.

Zawody pod dachem były dla Lewandowskiego zawsze pechowe. Jak nie dyskwalifikacja, to upadek.

"Nie wiem, czy odczarowałem halę, czy jestem teraz może tak mocny. We wcześniejszych startach już to pokazałem, a ci co mnie znają wiedzą, że rozkręcam się z biegu na bieg" - dodał.

Mimo wszystko uważa, że do najwyższej formy jest mu jeszcze bardzo daleko.

"Bardzo mocno trenowałem ostatnie dwa miesiące. Ciągle podkreślam, że hala nie jest dla mnie najważniejsza. Gdybym nie był mocny, to bym do Pragi nie przyjechał. To dla mnie wyłącznie etap przygotowań do imprezy docelowej, jaką są mistrzostwa świata w Pekinie i tam musi być najwyższa dyspozycja" - podkreślił.

Po raz ostatni Mazurka Dąbrowskiego na swoją cześć słyszał 4,5 roku temu w trakcie mistrzostw Europy w Barcelonie (2010).

"No i w 2011, kiedy ja stałem na drugim stopniu podium, a Adam Kszczot triumfował w Paryżu w halowych mistrzostwach Europy. Od tamtego czasu ciągle rywalizowałem z najlepszymi zawodnikami na świecie i ocierałem się o medale. W końcu go sobie sam wywalczyłem. Mam nadzieję, że limit pecha wyczerpałem i teraz będzie tylko lepiej" - wspomniał.

W tym sezonie najlepszym wynikiem na Starym Kontynencie legitymował się właśnie Kszczot. Ze startu wyeliminowała go infekcja.

"Nawet jeśli byłby tu Adam, to też starałbym się wygrać i pokazać, że jestem najmocniejszy. Trzeba pamiętać o tym, że zwycięża ten, który najlepiej potrafi przygotować się do docelowej imprezy. Potwierdziłem swoją wysoką formę i to ja wyjeżdżam z Pragi ze złotym medalem. Dla mnie to jest najważniejsze" - przyznał.

Z drugiej strony doskonale wie, że gdyby Kszczot był, to na podium mogłoby znaleźć się dwóch Polaków. Złoty krążek na szyi jest dla niego bardzo ważny, ale...

"...nawet gdyby wrócił z Pragi bez medalu, to nic wielkiego by się nie stało. Traktuję te starty jako przygotowania do mistrzostw świata w Pekinie. To dla mnie najważniejsze. Przy okazji bardzo dobrze się tu bawię, szczególnie w takich momentach kiedy zdobywam złoto. Tęskniłem za tym uczuciem triumfu i modliłem się o to codziennie. W końcu to mam i mam nadzieję, że rozwiążę tym mój worek z medalami" - dodał.

Teraz Lewandowski zamierza na tydzień udać się na odpoczynek do Zakopanego. Później ruszą pełną parą przygotowania do sezonu letniego.



Dowiedz się więcej na temat: Marcin Lewandowski

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje