Piotr Lisek: O tym marzy każdy tyczkarz

Piotr Lisek przebywa obecnie w Kalifornii, gdzie przygotowuje się do sezonu letniego. Jedyny na świecie tyczkarz, który w tym roku uzyskał 6 metrów, po hali uwierzył w swoje możliwości. "Już nie zastanawiam się, czy stać mnie na wysokie skakanie" - powiedział.

Lisek w lekkoatletycznym świecie był znany od kilku lat. Po raz pierwszy na podium imprezy mistrzowskiej stanął w 2015 roku, kiedy zdobył brąz halowych mistrzostw Europy, a później też mistrzostw świata w Pekinie. Największy sukces to jednak nie ten związany z medalami, a z osiągnięciem magicznej dla tyczkarza wysokości 6 metrów.

Reklama

"Kiedyś wieszałem sobie poprzeczkę na rozgrzewce na wysokości 6 metrów, żeby się z nią oswoić. Teraz już tego nie robię. Na treningach skaczę nie więcej niż 5,90. Z wielu względów - po pierwsze na treningach jest znacznie mniejsza mobilizacja, a po drugie trzeba się oskakać na tej wysokości. Potem jak przyjeżdża się na zawody, automatycznie robi się to samo" - przyznał podopieczny Marcina Szczepańskiego.

Sezon halowy dał mu też pewność siebie i wiarę, że jest w stanie pokonywać poprzeczki zawieszone bardzo wysoko.

"Nie muszę sobie już niczego udowadniać i zastanawiać się, czy stać mnie na wyższe skakanie, bo wiem, że tak. Dużo od siebie nie oczekuję. W tym roku chcę po prostu ustabilizować się na poziomie 5,90. A co to da? Nie wiem. Na pewno nigdy nie powiem, że do Londynu jadę po złoty medal, bo o tym marzy każdy tyczkarz" - zaznaczył.

W sierpniu na Stadionie Olimpijskim w stolicy Wielkiej Brytanii odbędzie najważniejsza impreza sezonu - mistrzostwa świata. Lisek będzie jednym z kandydatów do medalu, a formę szlifuje teraz w Kalifornii. W amerykańskim ośrodku przygotowań olimpijskich w Chula Viście przebywa wielu polskich lekkoatletów, w tym m.in. skoczkowie wzwyż Kamila Lićwinko i Sylwester Bednarek, kulomiot Konrad Bukowiecki, mistrzyni globu w rzucie młotem Anita Włodarczyk.

"Wiem, że fajnie to brzmi - Stany Zjednoczone, Las Vegas, kolorowo, drinki z palemką. Ale zapewniam, że tak nie jest. To najważniejszy obóz w tym sezonie i nie jest lekko. Od tego zgrupowania zależy wszystko, co wydarzy się latem. A jak już mam dzień wolny, to nie mam ochoty na zwiedzanie. Wtedy odpoczywam, bo przecież mięśnie też potrzebują regeneracji. Dlatego jak jest chwila, to idę na trawkę, żeby się trochę opalić" - przyznał Lisek.

W Kalifornii lekkoatleci nie tylko mają świetną pogodę do treningu, ale także znakomitą infrastrukturę.

"Wprawdzie nie ma hali, ale ona nie jest potrzebna. W trakcie takiego zgrupowania pracujemy nad wszystkim - siłą, szybkością, techniką. Dosłownie wszystko. Wstaję o siódmej rano i dzień zaczynam od rozruchu. Później śniadanie, chwila odpoczynku i pierwszy trening, który trwa od trzech do czterech godzin. Po obiedzie jest drugi, a wieczorem regeneracja" - dodał tyczkarz.

W Kalifornii Lisek zostanie do 8 kwietnia. Tam też mają dotrzeć do niego nowe tyczki. W sezonie halowym aż trzy złamał, w tym dwie najważniejsze - tę, od której zawsze zaczyna konkurs i tę, dzięki której pokonał 6 metrów. W Belgradzie na HME musiał skorzystać ze sprzętu Pawła Wojciechowskiego i to właśnie na jego tyczce skoczył po złoto.

"Paweł był tak uprzejmy, że mi ją pożyczył. Trzeba jednak zaznaczyć, że jest dużo lżejszy ode mnie i te tyczki, które ja biorę na skakanie na 5,80-5,90 to są dla Pawła na rekord świata. On normalnie ich nie używa. Prawda jest jednak taka, że bez Pawła na pewno nie udałoby mi się wywalczyć tego medalu i za to bardzo mu dziękuję. Są między nami zdrowe relacje, typowa walka fair play, bez podkładania sobie kłód pod nogi" - zaznaczył.

Zawodnik OSOT Szczecin nie chce jednak już wracać do sezonu halowego.

"Staram się nie rozwodzić nad tym, co stało się zimą. Mamy postawione swoje cele na lato. Mistrzostwa Europy w Belgradzie fajnie, że się udały, ale były tylko przyjemnym przystankiem do mistrzostw świata w Londynie" - podkreślił i dodał, że różnica między halą a skakaniem na powietrzu jest spora.

Po zgrupowaniu w Kalifornii miał lecieć do Turcji, ale ze względu na napiętą sytuację polityczną wyjazd nie dojdzie do skutku.

"Dlatego teraz nie wiem, co będzie dalej. Mieliśmy lecieć do Turcji, ale zostało to odwołane. Tam jest nowa infrastruktura dla lekkoatletyki, nowe obiekty, chcieliśmy zobaczyć, co tam powstało. Nie ukrywam, że dla nas tyczkarzy trudno znaleźć dogodne miejsce do trenowania. Zeskoki zazwyczaj są stare, niebezpieczne. Dla biegaczy jest łatwiej - tartan zawsze jest, a piaskownicę też można przekopać. Pewnie skończy się na tym, że pojedziemy do Włoch do Formii" - powiedział Lisek.

Marta Pietrewicz


Dowiedz się więcej na temat: Piotr Lisek | Paweł Wojciechowski

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje