Tomasz Majewski: Nie uczymy historii i takie są skutki

- Niektórym ludziom Pomarańczowa Alternatywa myli się z Pomarańczową Rewolucją. Tak to jest, jak się dzieci historii w szkole nie uczą... - mówi dwukrotny mistrz olimpijski Tomasz Majewski.

Tomasz Majewski, dwukrotny mistrz olimpijski w pchnięciu kulą, w sezonie halowym nie będzie startował. 32-letni lekkoatleta przeszedł w listopadzie operację łokcia. Jak zaznaczył, czas wypełniają mu inne zajęcia, gdyż "życie nie kręci się tylko wokół sportu".

Reklama

We wtorek dziewiąta edycja tradycyjnego mityngu w Bydgoszczy. Tym razem Tomasza Majewskiego zabraknie w kole...

Tomasz Majewski: Nie wystartuję i jest mi smutno z tego powodu, zwłaszcza, że w ubiegłym roku wygrałem konkurs. Tym razem sprawdzę się w roli komentatora telewizyjnego. Łokieć co prawda wraca do formy i od połowy stycznia właściwie normalnie trenuję, ale w sezonie halowym będę tylko kibicem. Najważniejszym celem na ten rok są sierpniowe mistrzostwa świata w Moskwie i walka o podium.

Jest pan absolwentem Instytutu Politologii Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego. Czy nadal historia i polityka są w centrum pana uwagi?

- Jak najbardziej, bo moje życie nie kręci się tylko wokół sportu. Oglądam programy publicystyczne, dużo czytam. Staram się zacząć dzień od kanałów informacyjnych lub sprawdzenia wiadomości w internecie, a potem ruszam na trening. Jeśli chodzi o historię to magisterka dotyczyła czasów komunizmu. Aktualnie bliższe jest mi średniowiecze, a to za sprawą książek fantasy, którym lubię poświęcać wolne chwile.

Zdradzi pan temat pracy magisterskiej?

- Pisałem o Pomarańczowej Alternatywnie. Pierwotnie była to grupa, a później ruch, z korzeniami we Wrocławiu, ale działająca w kilku miastach Polski w latach 80. i 90. Najprościej rzecz ujmując organizowała śmieszne, symboliczne happeningi i tak walczyła z komunizmem. To była świetna sprawa. Zachęcam do zapoznania się z tematyką, także dlatego, że niektórym ludziom Pomarańczowa Alternatywa myli się z Pomarańczową Rewolucją. Tak to jest, jak się dzieci historii w szkole nie uczą...

... a zamiast tego np. oglądają seriale telewizyjne?

- Mi też się zdarza. Do ulubionych należą: "Mentalista", "Synowie Anarchii" i "The Office". Oglądam je na zagranicznych kanałach. Chciałbym, by w Polsce było tak, jak w krajach skandynawskich. Tam film czy inny program nadawany jest w oryginalnej, zazwyczaj angielskojęzycznej, wersji, a zamiast lektora pojawiają się napisy z tłumaczeniem. To sprzyja nauce angielskiego, co widać właśnie po takich państwach, jak Islandia czy Finlandia, gdzie wszyscy znają ten język.

Jako ojciec 10-miesięcznego Mikołaja będzie pan stawiał w wychowaniu na sport czy edukację?

- Będziemy z żoną za edukacją. Sport, jak będzie chciał uprawiać, też może liczyć na zielone światło, ale nie będziemy go do niczego zmuszać. Marzy mi się, by coś trenował, bo uważam, że każde dziecko powinno mieć styczność z halą czy stadionem. U nas pewnie wyjdzie to naturalnie, bo ja lekkoatleta, a żona absolwentka AWF, więc Mikołaj aktywności nie uniknie. Nasz syn będzie dużym facetem, więc by normalnie i zdrowo funkcjonować, będzie musiał ćwiczyć. Chciałbym, aby był sprawnym i wykształconym człowiekiem.

Czy Polska to dobre miejsce do życia?

- Marudzącym mówię, że nie jest u nas źle, można się było w gorszym miejscu urodzić. Jesteśmy w fazie przejściowej, mamy młodą demokrację i pewne standardy jeszcze nie funkcjonują, na to trzeba czasu. Musimy dorosnąć i rozwinąć się, a na pewno będzie tylko lepiej. Generalnie Polska sobie radzi, a mi żyje się w niej bardzo dobrze.

Coś na pewno pana denerwuje...

- Bulwersuje mnie przede wszystkim ludzka głupota. Nasza klasa polityczna jest bardzo słaba, nie bardzo mamy się kim pochwalić. Używając sportowych porównań - mamy słabych zawodników. Niewielu z nich można bez wstydu wypuścić za granicę. Ludzie pchają się do tej dziedziny, a są słabo do tego przygotowani.

Czy uczestniczy pan w wyborach?

- Jeśli tylko mogę, a nie jestem np. na zawodach na drugiej półkuli, to zawsze głosuję. Uważam, że świadomy obywatel powinien uczestniczyć w wyborach.

Mówi pan, że w polityce mamy słabych zawodników. A byli sportowcy mają szansę coś zmienić w tej kwestii?

- Są tacy, którzy się sprawdzili i w polityce zaszli bardzo wysoko. Przykładem Leszek Balcerowicz, który w młodości był lekkoatletą czy Marcin Święcicki, niegdyś medalista mistrzostw Europy juniorów w skoku w dal oraz też himalaista Janusz Onyszkiewicz. Aby oceniać czyjąś działalność w polityce potrzeba czasu, więc nie będę recenzował ex-sportowców, którzy teraz są posłami.

Czy pan, absolwent politologii i wybitny zawodnik, chciałby spróbować sił w polityce?

- Nie i mam nadzieję, że życie mnie do tego nie zmusi! Nie chciałbym być politykiem, choć łatwo zaczynać taką karierę, jak się było rozpoznawalnym sportowcem. Znane nazwisko czy buzia działają - ludzie kojarzą i głosują. Tylko potem różnie się to układa.

To gdzie widzi się pan po zakończeniu kariery?

- Będę szukał swojej ścieżki, a mam na to cztery lata, bowiem karierę planuję zakończyć po igrzyskach w Rio de Janeiro. Nie jest oczywiście powiedziane, że w Brazylii uda mi się wystartować, bo to zależy głównie od mojego zdrowia. Jeśli się jednak powiedzie, to po olimpiadzie muszę chwilę odpocząć, a dalej chciałbym robić coś, co sprawiać mi będzie choć połowę radości, którą daje sport.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje