Właśnie dlatego tradycyjne narciarstwo umiera

- ​Ponad 100 milionów ludzi śmigających na deskach, wielkie stacje narciarskie na wszystkich kontynentach, hale ze śniegiem na pustyniach Arabii Saudyjskiej. Choć za tym wszystkim stoi olbrzymi przemysł, gigantyczne pieniądze ten model narciarstwa już umiera! - uważa Tomasz Krzyżanowski - prezes Stowarzyszenia Miłośników Narciarstwa Wysokogórskiego w rozmowie z Interią.

Interia: Twierdzi pan, że w umiera jedyna zimowa dyscyplina sportu, jaką nasi rodacy uprawiają masowo, czyli narciarstwo zjazdowe. To stwierdzenie zakrawa na anarchię.

Reklama

Tomasz Krzyżanowski, skialpinista, prezes Stowarzyszenia Miłośników Narciarstwa Wysokogórskiego: Ale tak jest, wspomni pan moje słowa. O tym, że tradycyjne narciarstwo zjazdowe umarło, świat dowie się w chwili, gdy decydenci związani z całym tym cyrkiem wykombinują, jak suchą nogą z zyskami przejść w ten inny,  lepszy obszar narciarstwa. Narciarstwa wysokogórskiego,  bez tego całego zadęcia, bez żelastwa, zrujnowanych przez wyciągi i koleje  wspaniałych górskich krajobrazów. W tym umierającym narciarstwie musisz kupować takie, a nie inne  narty, takie, a nie inne buty, gogle i odzież,  jakie ci wskażą światowe firmy producenckie. Ten cały chłam  ma ograniczoną ważność, powiedzmy jeden rok.  Na następny sezon żeby być na topie musisz wyrzucić sprzęt z ubiegłego roku  i zastąpić go nowym, bo przecież każdy chce być modny, trendy i cool.

- Ten model spędzania wolnego czasu w górach, który zaproponowano ludziom i co najgorsze - ludzie to kupili - faktycznie nie ma nic wspólnego z prawdziwym aktywnym wypoczynkiem. Na dłuższą metę stajesz się niewolnikiem producentów sprzętu, niewolnikiem właścicieli stacji narciarskich, niewolnikiem kreatorów mody itp. Itp. Itp. Ale na całe szczęście jest wspaniała alternatywa dla tych wszystkich, którzy kochają narty, przyrodę i lubią się ruszać. To właśnie narciarstwo wysokogórskie, zwane popularnie skitouringiem.

Ile osób uprawia ten rodzaj sportu? Nie boi się pan, że jesteście sportem niszowym?

- W porównaniu z narciarzami, jak ich nazywam, przywyciągowymi, jest nas mało, pewnie kilkanaście tysięcy w naszym kraju, ale w krajach alpejskich ta liczba idzie w dziesiątki tysięcy. Liczby są ważne, ale tylko do pewnego momentu, przecież jeszcze kilka lat temu biegających było niewielu - dziś mamy ich eksplozję. To samo dzieje się z kolarstwem, więc skokowy rozwój narciarstwa wysokogórskiego jest tylko kwestią czasu,

- Być może już w połowie XXI wieku widok narciarza na wyciągu będzie bardzo rzadki. Oczywiście nie mówię, że wszyscy narciarze nagle przerzucą się na lekki sprzęt, ale gdy obserwuję dynamikę przyrostu skitourowców w Tatrach, z którymi jestem związany zawodowo pracując w rejonie Kasprowego Wierchu, widzę rozwój tej dyscypliny. Wiem,  że foki wygrają.

- Jeszcze dziesięć lat temu, w ładny słoneczny dzień, przez Goryczkową przechodziło 10-15 osób dziennie, aby wejść na szczyt Kasprowego Wierchu. Dzisiaj, przy dobrej pogodzie jest ich 80 do 100, a sądząc z zainteresowania będzie ich o wiele, wiele więcej.

"Królestwo fok" - mawia się o was. Skąd te "foki"?

- Chodzi o specjalne paski z moheru, które nalepiamy na spody nart, abyśmy mogli podchodzić do góry. Te paski rewolucjonizują tradycyjne uprawianie narciarstwa. Kończy się bowiem na całym świecie era wygodnictwa narciarskiego, które kojarzy się z takim modelem wypoczynku zimowego, który oparty jest na narciarstwie przywyciągowym.

Rozumiem, że w narciarstwie wysokogórskim nie ma mody i wyciągania pieniędzy z kieszenie zapaleńców, a sprzęt dostajecie za półdarmo?

- Niestety, tak nie jest. Narty z wiązaniami skiturowymi to wydatek rzędu 1200 zł, buty 700 zł, kask, łopata, sonda i detektor lawinowy ok. 1000. zł Czyli daje nam to sumę ok. 3000 zł, ale tylko buty trzeba wymienić po ok. 4 latach. Reszta może służyć bardzo długo. Na skitouring można wyskoczyć z całą rodziną  w Karkonosze, Gorce, Góry Stołowe, w Beskidy  i w Bieszczady,  dosłownie wszędzie tam gdzie mamy jakąkolwiek różnicę poziomów. Nasze rodziny poprzez wspólny skitouring stają się lepsze i my  stajemy się lepsi.  Czy to mało? Pieniądze, które zainwestujemy w sprzęt, zwrócą się z naddatkiem i może być to dla każdego inwestycja życia.

Siła, kondycja, wytrzymałość, odwaga, ale też pewnie rozwaga. Co musi cechować narciarza wysokogórskiego?

- Wymagania są naprawdę ambitne - dłuższe i trudniejsze trasy, o zmiennym profilu, no i przewyższenie jako kategoria główna. Tu już liczy się na kilometry różnica poziomów między startem a metą. Dla przykładu możemy porównać typową trasę skitourową i trasę wysokogórską. Cały odcinek drogi Pod Reglami czy też Nad Reglami w Tatrach to trasy skitourowe, tam suma przewyższeń nie przekracza 300 m. Natomiast klasyczne wyjście na fokach Kuźnice - Kasprowy Wierch już jest narciarstwem wysokogórskim, bo różnica poziomów przekracza 900 m, no i trasa jest trudniejsza technicznie. Z tym, że to dopiero wstęp do prawdziwego narciarstwa wysokogórskiego.

Trasy w rejonie Kasprowego Wierchu są sztucznie utrzymywane i przygotowane przez ratraki i jeżdżą tam setki zwykłych zjazdowiczów, a narciarz wysokogórski szuka spokoju i ciszy, kontaktu z przyrodą?

- I tu właśnie zaczyna się prawdziwe narciarstwo wysokogórskie. Na przykład wczesnym rankiem zabieramy do plecaka prowiant, napoje dla uzupełniania płynów, harszle, czyli noże na narty do zmrożonego śniegu, detektor lawinowy, sondę, łopatkę, kask i w towarzystwie co najmniej jednej osoby startujemy na przykład z Bukowiny Tatrzańskiej do Morskiego Oka. Tam ubieramy narty z fokami i rozpoczynamy naszą przygodę lekkim podejściem szlakiem do Dolinki za Mnichem, a stamtąd na Szpiglasową Przełęcz.

- Po drodze rozkoszujemy się wspaniałymi widokami wysokich gór. Gdy staniemy na Szpiglasowej Przełęczy, mając z tyłu Mnicha z Wrotami Chałubińskiego, a z przodu rozległą Dolinę Pięciu Stawów Polskich, mamy już w nogach około 700 metrów przewyższenia i jakieś cztery kilometry trasy. To dla przeciętnie sprawnego narciarza około 2500 kalorii wydatku energetycznego. Teraz ściągamy  z nart foki bo czeka nas kapitalny zjazd po naturalnym śniegu, którego nigdy nie tknęła gąsienica ratraka. Krótkimi obskokami pokonujemy górną część żlebu, a następnie - wydłużając skręty - zjeżdżamy do Wielkiego Stawu. Rewelacyjne doznania, adrenalina w żyłach i wielka radość, gdy już staniemy na progu stawu.

- Gdy odwrócimy się i spojrzymy skąd udało się nam zjechać, miejsce adrenaliny zajmie  rozpierająca nas duma. Niemożliwe -  zapytacie samych siebie -  udało mi się zjechać z tej małej przełęczy tam wysoko w chmurach?

Jak długo trzeba trenować, by - będąc przy zdrowych zmysłach - zdecydować się na takie zjazdy w puchu, w szreniu czy w zalodzonych żlebach?

- Narciarz wysokogórski nigdy nie może powiedzieć , że wszystko już umie, bo ryzyko w tym sporcie jest zwiększone. Ale każdy może dopasować do swoich umiejętności wyzwania, jakie sobie stawia, więc   ustalmy, że uczymy się cały czas, a jeździmy zgodnie z zasadą minimalizacji ryzyka.

- Umiejętność zjazdu jest  ważna, jak każdy element tego sportu, ale nie przesadzałbym. Kiedy nie ma zagrożenia lawinowego lub silnego zalodzenia można zjechać prawie z każdego miejsca. Każda góra z dołu wygląda groźnie, ściany się spiętrzają i wejście, a tym bardziej zjazd,  wydają się być niemożliwe. Oczywiście, nikt nie każe nikomu zjeżdżać na przykład Zachodem Grońskiego czy lewym Abgarowiczem, czy też coraz bardziej popularnym żlebem z Hińczowej Przełęczy na wprost. Gdy jednak staniesz na górze, widzisz niuanse - zachody, wypłaszczenia, "przechody". To wszystko wskazuje nam naturalną drogę zjazdu.

- Takie zjazdy budują zaufanie do samego siebie, pokazują, że przy dobrym przygotowaniu stać nas na więcej niż myślimy. To bardzo ważny bonus psychologiczny, który otrzymujemy uprawiając narciarstwo wysokogórskie - przekraczamy kolejne bariery naszego organizmu i naszej psychiki. Po kilku latach uprawiania tej dyscypliny będziemy śmiać się z samych siebie, pamiętając trzęsące się ze strachu nogi przed każdym, nawet łatwym zjazdem.

Najwyższy stopień wtajemniczenia w narciarstwie wysokogórskim, to skialpinizm.

- Zdecydowanie tak. Skialpinizm to szpica w tym sporcie. To ekstremalne wysiłki, trudne zjazdy, szreń, lód, wiszące śnieżne nawisy nad tobą, to wspinaczka, graniówki z nartami na plecach z obustronnymi lufami (przepaściami przyp. red.), pot zalewający oczy, ekstremalny wysiłek, gile wiszące z nosa i ślina, która wisi do brody na mecie zawodów. Skiaplinizm to prawdziwe wyzwanie. Skialpinizm uprawiają profesjonaliści i w sumie niewielka grupa zapaleńców. W Polsce jest ich może w granicach setki.

Kto  zajmuje się w Polsce skialpinizmem i organizacją zawodów?

 - Generalnie na świecie sport skialpinistyczny organizują związki alpinistyczne, w Polsce jest to Polski Związek Alpinizmu. Tam działa czteroosobowa Komisja Narciarstwa Wysokogórskiego, która ma pilnować aby skituring, narciarstwo wysokogórskie i skialpinizm zajaśniały w przyszłości na firmamencie polskiego narciarstwa.

- Skialpinizm nie jest jeszcze konkurencją olimpijską, ale dynamika rozwoju tej dyscypliny jest tak duża, że MKOl musi w niedługim czasie zająć stanowisko czy  przyjmuje nas do rodziny olimpijskiej czy też nie. Moim zdaniem MKOl nie ma wyjścia, bo wartości sportowe i medialne tego sportu są nie do przecenienia. Zresztą bardzo aktywnie i mądrze działa na tym polu International Ski Mountaineering Federation czyli Mięzynarodowa Federacja Narciarstwa Wysokogórskiego, która umiejętnie wykorzystuje światowy trend wzrostu popularności konkurencji wytrzymałościowych.

- Proszę zauważyć ilu ludzi zaczęło w Polsce biegać, a ilu pedałuje na swoich rowerach górskich, szosowych, miejskich czy też kolarkach po szosach Polski, Europy i świata! Narciarstwo wysokogórskie mieści się idealnie w tej układance. Ktoś może biegać i jeździć na rowerze, a w zimie, gdy nie można już korzystać z roweru można wpiąć się w narty z fokami i dalej aktywnie utrzymywać się w znakomitej kondycji. W MKOl  siedzą może i skorumpowani urzędnicy, ale oni też myślą i widzą. Moim zdaniem, za osiem lat będziemy mieli na zimowej olimpiadzie konkurencję skialpinistyczną.


Zapewne brak wam pieniędzy? Na to chorują prawie wszystkie związki sportowe w Polsce.

- Komisja Narciarstwa Wysokogórskiego otrzymuje z Ministerstwa Sportu na cały krajowy skitouring, narciarstwo wysokogórskie i skialpinizm kwotę około 95 tysięcy złotych, i są to sumy malejące, bo kilka lat temu przekraczały znacznie 100 tys. złotych, co też było kroplą w morzu potrzeb. A więc trzy panie i jeden pan przewodniczący otrzymują tę zawrotną sumę, siadają i ...wyrywają włosy z głów, myśląc, jak tę nędzne grosze podzielić, aby starczyło na młodzież, na starszych i na kadrę, na szkolenia lawinowe, szkolenia sędziów i instruktorów, na wyjazdy - a samych zawodów w Europie jest organizowanych ponad 500 w sezonie. Słowem, siedzą i w ich oczach widać przerażenie, i coraz większe zniechęcenie. Oni mają dobre chęci, ale gospodarują na upadającej gazdówce, mówiąc po góralsku.

- Komisja nie potrafi przyciągnąć sponsorów. Nie widziałem ani jednego działacza KNW, który powiedziałby młodzieży w małych miejscowościach, że Polska ma mistrza świata w skialpinizmie, a jest nią Anna Figura z Łysej Polany, która wygrała MŚ w 2013 roku. Mamy świetnego skialpinistę - Andrzeja Bargiela z Łętowni, który właśnie dzisiaj pobił rekord samotnego wejścia na Manaslu w Himalajach i zaliczył zjazd życia na lekkich nartach z wysokości 8125 m n.p.m. do bazy na wys. 4 600 m n.p.m. Mamy diamenty, ale nie mamy systemu i tu jest problem.

W takim razie, co trzeba zrobić, aby za osiem lat na zimowej olimpiadzie być w światowej szpicy, w narciarstwie zawodowym skialpinizmie?

- Potrzebny jest pomysł i pieniądze do jego realizacji. Ja mam i jedno i drugie. Napisałem program rozwoju naszej dyscypliny, jest to mapa drogowa ze szczegółami. Znalazłem też sponsora, bardzo dużą firmę, która jest zainteresowana wyłożeniem sporych pieniędzy na skialpinizm.

To w czym problem?

- Komisja Narciarstwa Wysokogórskiego nie chce tych pieniędzy i nie chce współpracować ze mną. Sprawa ciągnie się od kwietnia. Po długich rozmowach z przedstawicielami sponsora ustaliliśmy, że oni dadzą środki na ten sport, ale ktoś tych środków musi pilnować. Wiadomo jak jest, Polski Związek Alpinizmu  ma wielkie potrzeby na inne formy działalności górskiej - wspinaczka skałkowa, himalaizm, speleologia itd. itp. Zawsze może na coś braknąć, wtedy chwilowo można przerzucić część środków z puli przeznaczonej na szkolenie narciarskie młodzieży a odda się później. A ja mówię: odda się albo nie, bo sponsor już nad tymi pieniędzmi władzy miał nie będzie. Ustaliłem z nim, że będę pilnował tej kasy i zaproponowałem Komisji, aby dokooptowała mnie do swojego składu na piątego członka  ze zwykłym prawem głosu.

- Zrobiłem to w obecności przedstawiciela zawodników kadry narodowej, który  mnie w 100 procentach poparł i stwierdził, że kadrowicze ufają mi i proszą, aby Komisja przyjęła mnie do swego grona. Po sześciu tygodniach otrzymałem od Komisji maila, w którym odrzucono moją wizję współpracy i zaproponowano taką, która nie spełnia wymagań sponsora. W luźnym rozumieniu powiedziano mi: dawaj kasę i odwal się. Odpowiedź szefa Komisji znajdziesz TU!

 - W moim planie zawarłem bagaż 20-letnich doświadczeń kontaktu ze skitouringiem. Chcę, aby na najwyższym podium w konkurencji narciarstwo wysokogórskie podczas igrzysk stał Polak. To wcale nie mrzonki tylko realna ocena sytuacji. Mogą Włosi, mogą Niemcy, mogą Francuzi i Hiszpanie. Mogą Amerykanie, więc dlaczego nie mielibyśmy ich pokonać? Są na to, przy wielkiej pracy i mądrym inwestowaniu,  duże szanse. Przykład Anny FiguryAndrzeja Bargiela pokazuje, że mamy wybitnie utalentowaną młodzież, której pomagają rodzice i towarzyszenie Miłośników Narciarstwa Wysokogórskiego. Nasz młodzież zasługuje na to, aby dać jej prawdziwą szansę!

Rozmawiał: Michał Białoński

Dowiedz się więcej na temat: narciarstwo wysokogórskie | Anna Figura

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje