Boniek: Gdyby na tej fladze był napis "Chicago"...

- Gdyby na tej fladze był napis "Chicago", gdzie też mieszka z milion Polaków, to ktoś mógłby uznać, że domagamy się przyłączenia tego miasta do naszego kraju? - mówi w rozmowie z Kacprem Merkiem z RMF FM prezes PZPN-u Zbigniew Boniek o fladze z napisami "Wilno" i "Lwów", którą kibice Legii Warszawa mieli na meczu w Kijowie.

Kacper Merk: Postanowił pan wesprzeć działaczy Legii Warszawa w kolejnym sporze z UEFA. Tym razem chodzi o flagi, zakwestionowane przez organizację przeciwdziałającą rasizmowi w futbolu.

Zbigniew Boniek: - Musiałem interweniować, bo nad Legią cały czas wisi kara zamknięcia stadionu za wydarzenia z ubiegłego sezonu. A w tym przypadku sytuacja była jasna i klarowna - ani ja w telewizji, ani delegat UEFA na stadionie w Kijowie nie dostrzegliśmy niczego niepokojącego. Tymczasem po fakcie okazuje się, że FARE nie spodobała się flaga z napisem "Lwów" i "Wilno". Historii nie da się oszukać, ale trzeba naprawdę złej woli, by sądzić, że w ten sposób wywieramy presję, by te miasta wróciły w granice Polski. Zastanawiam się, czy gdyby na tej fladze był napis "Chicago", gdzie też mieszka z milion Polaków, to ktoś mógłby uznać, że domagamy się przyłączenia tego miasta do naszego kraju? Prawda jest taka, że FARE może znaleźć coś na każdego na każdym meczu, ale chyba nie do końca o to powinno chodzić w działalności tej organizacji. Stąd moje wsparcie dla Legii.

A czy nie łatwiej byłoby wywierać takie naciski, będąc na przykład członkiem Komitetu Wykonawczego UEFA?

- Widzę, że też czytał pan te dziennikarskie prowokacje. Ale ja nie muszę być członkiem egzekutywy, bo mam na tyle dobre stosunki z prezesem Platinim, że doskonale wiem, co dzieje się w piłce i mam też na to jakiś wpływ. Jeśli któregoś dnia dojdę do wniosku, że chcę bawić się w dużą politykę, to pewnie spróbuję dostać się do Komitetu Wykonawczego, ale będzie to tylko i wyłącznie moja decyzja, a nie wpływ nacisków pana Oleszka czy Listkiewicza. Dla mnie najważniejsza jest działalność w polskiej piłce i w tym momencie nie interesują mnie żadne europejskie władze.

Jest pan na półmetku swojej kadencji - szybko zleciały te dwa lata?

- Najpierw powiem, że to chyba jedna z najważniejszych rocznic obchodzonych w Polsce, bo wśród prezesów europejskich federacji mam kilku kolegów i chyba żadnemu z nich nie liczą tak upływającego czasu. A u nas od początku tygodnia czytam podsumowania mojego półmetka i szczerze mówiąc: śmiać mi się z tego chce.

No dobrze, ale czy z któregoś osiągnięcia jest pan szczególnie zadowolony?

- Trudno wymienić jedną rzecz - praktycznie w każdej dziedzinie działalności PZPN-u poszliśmy do przodu. Zrobiliśmy reformę rozgrywek, wprowadziliśmy Centralną Ligę Juniorów i próbujemy odbudowywać prestiż Pucharu Polski, a przy okazji zdjęliśmy z klubów całą masę opłat sędziowskich. Udało się stworzyć znakomity dział internetowy, co w XXI wieku jest moim zdaniem kluczowe. Dziś każdy młody chłopiec po strzeleniu dwóch bramek w nawet najmniejszych rozgrywkach pod naszymi auspicjami znajdzie swoje nazwisko na stronie internetowej i będzie się tym mógł chwalić przed rodziną czy kolegami. My z kolei nie musimy się aż tak bardzo chwalić wszystkimi osiągnięciami, tym bardziej, że czas na podsumowania i weryfikację przyjdzie za dwa lata, przy okazji kolejnych wyborów.

W ostatnich tygodniach najbardziej palącą jest chyba kwestia trenerów, którzy próbując obchodzić przepisy pracują w dwóch klubach w jednej rundzie. Co zamierzacie z tym zrobić?

- Musimy zmienić obowiązujący od 14 lat przepis. Nie zmieniliśmy go od razu i to być może faktycznie był błąd, bo jest on niejasny i skłania kluby do różnego rodzaju kombinacji, za co później obrywa też związek. Zapewniam jednak, że w PZPN-ie trwają już prace nad nowymi przepisami, które ujrzą światło dzienne na początku nowego roku, a które będą obowiązywały w naszych rozgrywkach ze startem nowego sezonu. Znajdzie się w nich zapis, że w jednej rundzie trener będzie mógł pracować tylko w jednym klubie w tej samej klasie rozgrywkowej, bez żadnych obowiązujących obecnie wyjątków. W tej chwili zdarzało się bowiem tak, że w piątek trener prowadził drużynę A, a już w niedzielę drużynę B w meczu z tą A. To prowadzi do znacznych szkód wizerunkowych piłki i spróbujemy temu zapobiec.  Oczywiście jeśli szkoleniowiec zapragnie pracować w jakimś klubie np. jako masażysta, my jako związek nic na to nie poradzimy, ale wówczas zawiesimy mu licencję, co utrudni mu ewentualny powrót do zawodu.

Czytaj cały wywiad na rmf24.pl!

Kacper Merk, RMF FM

Dowiedz się więcej na temat: Zbigniew Boniek | PZPN | Ekstraklasa | Legia Warszawa | UEFA

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje