Dlaczego to akurat Bjelicy przeszkadza VAR?

Wydawać się mogło, że szybkie i coraz bardziej sprawne wprowadzenie VAR-u w Polsce będzie miało samych entuzjastów, a jednak tak nie jest. Liderami w narzekaniu na system powtórek ułatwiający sędziom podjęcie sprawiedliwego werdyktu, są ci, którzy powinni przodować gdzie indziej. Chociażby w ligowej tabeli - pisze w swym najnowszym felietonie Michał Białoński.

Ktoś mądry powiedział: "Przejmuj się tylko tym, co zależy od ciebie". Jeśli ktoś postępuje inaczej, to traci czas, emocje, zatruwa myśli.

Reklama

Wielu ludzi próbuje podnieść Ekstraklasę z kolan, jej poziom sportowy. Tymczasem trener Lecha Poznań Nenad Bjelica, po meczu z Wisłą Kraków, zamiast zająć się tym, co od niego zależy, ponowił atak na VAR. Po spotkaniu, w którym jego drużyna oddała 27 strzałów i miała pięć-sześć świetnych sytuacji. Gdyby ich nie spartaczyła, mogła wygrać wyraźnie, zamiast remisować dzięki golowi w ostatnich sekundach. Diagnoza Bjelicy dotknęła właśnie systemu VAR.

Śpiewkę podchwycili jego piłkarze. Maciej Makuszewski: - Przez system VAR sędziowie przestali wierzyć w siebie - wypalił reprezentacyjny pomocnik "Kolejorza".

Powiedział to człowiek, który będąc w polu karnym, zamiast strzelać na bramkę, za wszelką cenę próbuje wypracować, wymusić rzut karny. Sędziowie tę tendencję rozpoznali już dawno. I przestali reagować na jego upadki, nawet spowodowane kontaktem przeciwnika (jak w starciu z Rafałem Boguskim). Ekspert sędziowski Sławomir Stempniewski, w Canal+ Sport tak podsumował praktyki Makuszewskiego, przy okazji jego upadku po starciu z Boguskim:

- Jestem dziwnie przekonany, że gdyby na miejscu Makuszewskiego był inny zawodnik, to kto wie czy sędzia nie dałby karnego, ale Makuszewski za łatwo się kładzie, rzuca. Musi mieć świadomość, że nie będzie mu łatwo, a wręcz przeciwnie, coraz trudniej, bo sędziowie nie dają się nabrać - mówił Stempniewski.

Mecz z Wisłą łudząco przypominał finał Pucharu Polski z Arką. Wówczas "setka" goniła "setkę" niemal co minutę, na przeszkodzie nie stał VAR, bo go jeszcze nie było. Z przebiegu gry zanosiło się na łatwe 3-0 dla "Kolejorza", a jednak Puchar Polski pojechał do Gdyni.

Minęło pół roku i poznaniacy znowu tracą punkty w meczach, które przez znaczną większość prowadzone są na jedną bramkę. Te dwa spotkania różni jedno. To Nenad Bjelica nie umiał ułożyć sobie stosunków z Marcinem Robakiem, przez co stracił go na korzyść Śląska Wrocław. Grając dzisiaj w słabszym klubie Robak ma osiem goli - o trzy więcej niż sprowadzony na jego miejsce i wyposażony w lukratywne apanaże Chrisitan Gytkjaer.

Zamiast poprawić trening, zmodyfikować taktykę, by zespół oddawał więcej strzałów (na razie pod tym względem słabsza jest tylko Sandecja), trener Bjelica szuka sobie i drużynie taniego alibi: sędziowie w połączeniu z VAR-em to przyczyny nieszczęścia.

Na miejscu chorwackiego szkoleniowca zająłbym się tym, co ode mnie w pełni zależy: skuteczną grą drużyny. Jego Lech ma dziwną przypadłość: nieźle punktuje (1,93 pkt na mecz), ale uciekają mu wszystkie trofea: najpierw Puchar Polski, później mistrzostwo kraju. W wakacje ekipa Bjelicy odpadła w eliminacjach Ligi Europejskiej z Utrechtem, mimo optymistycznego remisu na wyjeździe, a teraz utraciła fotel lidera, przez trzy remisy z rzędu. Nie tylko utraciła lidera, ale dała się wyprzedzić odwiecznemu rywalowi - Legii. Mając takie pasmo porażek w kluczowych momentach, lepiej skoncentrować się na pracy, a nie spiskowej teorii VAR-ów.

Nenad Bjelica i cały klub Lech Poznań powinni być odnowicielami Ekstraklasy, poznańska "Lokomotywa" powinna wyznaczać trendy i podnosić poziom sportowy ligi. Wojną z ViAtRakami nie podołają temu odpowiedzialnemu zadaniu.

Dowiedz się więcej na temat: Nenad Bjelica

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje