Ekstraklasa. Oto cena ligowych emocji w Polsce

W najmocniejszych ligach Europy sprawa mistrzostwa jest już niemal rozstrzygnięta, tymczasem w Polsce pasjonująca bitwa może trwać jeszcze dwa miesiące. To co jednak cieszy kibiców i wyróżnia Ekstraklasę, często jest utrapieniem dla trenerów i piłkarzy - pisze w najnowszym felietonie Piotr Jawor.

Bayern Monachium już w najbliższej (!) kolejce może zostać mistrzem Niemiec (20 punktów przewagi). Wkrótce zapowiada się też wielkie świętowania kibiców Manchesteru City (16 punktów przewagi) i Paris Saint-Germain (14), a straty tytuły nie wyobrażają sobie w Barcelonie (8 punktów). Z wielkiej piątki europejskich lig emocje ciągle są tylko we Włoszech, gdzie Juventus Turyn ma punkt przewagi nad Napoli (i mecz rozegrany mniej).

Reklama

Od trzech lat do ostatniego gwizdka

A jak to wygląda w Polsce? Legia ma dziś tyle samo punktów co Jagiellonia i o pięć więcej od Lecha Poznań, więc walka może trwać nawet do 20 maja, czyli ostatniej kolejki grupy mistrzowskiej.

Zresztą tak ostra rywalizacja to ostatnio ekstraklasowa norma. W poprzednich sezonach przewaga mistrza nad wicemistrzem wynosiła odpowiednio dwa, trzy i jeden punkt, więc dopiero w ostatniej kolejce rozstrzygały się losy tytułu.

Kibice mieli emocje, Ekstraklasa mocny argument w rozmowach ze sponsorami, a nc+ wysoką oglądalność aż do końca sezonu. Na pierwszy rzut oka idealne rozwiązanie dla ligi, ale nie pod każdym względem.

Drybling z 10 rywalami

Ściągamy kapcie, odkładamy pilota i z kibica stajemy się trenerem lub piłkarzem, a w szczególności młodym piłkarzem, na których to Ekstraklasa powinna się opierać, w myśl zasady: wyszkol, ograj, sprzedaj.

Gdy jednak rywalizacja trwa do samego końca, to tylko najodważniejsi trenerzy postawią na młokosów. Rzadko który posadzi na ławce doświadczonego wyjadacza, a zdecyduje się na być może utalentowanego, ale nieokrzesanego piłkarsko młodziana z wielką fantazją.

Gdy losy tytułu są już rozstrzygnięte, to młodzian może wbić wzrok w ziemię i zacząć drybling z 10 rywalami. Jeśli się nie uda - trudno, zbierze naukę i przekona się, że Ekstraklasa to nie podwórko czy Orlik. Ale gdy taki numer wykręci w meczu decydującym o mistrzostwie, a z tego zrodzi się kontra... Trzeba mieć wiele odwagi, by jako trener zdecydować się na taki manewr.

Właśnie, trenerzy. Można grać trójką obrońców, czwórką, piątką. Można dwoma defensywnymi pomocnikami, jednym lub bez skrzydłowych. Albo grać fałszywym napastnikiem lub nawet trzema - taktyczny wachlarz jest okazały jak ogon pawia. Jest taktyka na mecz u siebie, na wyjeździe, na europejskie puchary i na zaskoczenie rywala. Rozwiązań jest multum, ale kiedy jest sprawdzać? Bo chyba nie wtedy, gdy każda strata piłki jest na wagę mistrzostwa?

Dziś trenerzy Manchesteru City, Bayernu Monachium, czy PSG przy ustalaniu ligowego składu mogliby nawet rzucać monetą, a jedyną konsekwencją nieudanej próby będzie zawód kibiców. W Polsce na szali leży mistrzostwo.

Problem, którego Ekstraklasa nie ma

Polski trener, który do upadłego walczy o tytuł, ma też ograniczone możliwości sprawdzenia zmienników. Jeśli jego drużynie dobrze się wiedzie, to składu często nie zmienia, choć czasem zdarza się, że na ławce siedzi zawodnik, który aktualnie jest lepszy od połowy zespołu. Szkopuł w tym, że nie ma kiedy tego pokazać.

I jeszcze odpoczynek. Skoro nie ma roszad w składzie (a wiosną klub Ekstraklasy nie musi szukać balansu między ligą a europejskimi rozgrywkami), to znaczy, że najlepsi zawodnicy eksploatowaniu są do ostatniego gwiazdka, w imię walki o mistrzostwo.

Weźmy przykład Michała Pazdana czy Krzysztofa Mączyńskiego, którzy mają dużą szansę jechać na mistrzostwa świata. W Ekstraklasie mogą grać pod presją nieprzerwanie do 20 maja, dzień później zaczną przygotowania z reprezentacją, a z Rosji wrócą najwcześniej 24 czerwca (koniec fazy grupowej), ale najpóźniej nawet 15 lipca, czyli... pięć dni przed startem Ekstraklasy oraz kilkanaście przed rozpoczęciem przez gry w eliminacjach europejskich pucharów.

Jedynym (choć marnym) pocieszeniem dla polskiego piłkarza i trenera w tej sytuacji jest fakt, że dwie najlepsze drużyny z Europy stan gotowości muszą utrzymywać aż do 26 maja, gdy zostanie rozegrany finał Ligi Mistrzów. Takie kłopoty klubom Ekstraklasy jednak nie grożą, choć szkoda.

Piotr Jawor

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje