Pół miliarda w ekstraklasowym rozumie. Legia finansowym liderem

Po zakończeniu sezonu Lotto Ekstraklasy przyszedł czas na jego podsumowania. Dokładnie tego typu wydarzenie to środowa konferencja grupy analitycznej Deloitte, która odbyła się na stadionie Legii i która dotyczyła finansów ligowych klubów. Miejsce nie było przypadkowe, mistrzowie Polski dominowali znów w wynikach nie tylko na boisku, ale także na bankowych kontach.

Dopiero co zakończony rok na ekstraklasowych murawach nie był rekordowy pod względem przychodów. Nie mógł być, portfele najlepszych klubów względem poprzednich lat uszczuplił znacznie brak europejskich pucharów. Najbardziej odczuła to oczywiście Legia Warszawa, która jesienią 2016 roku bawiła się świetnie na meczach Ligi Mistrzów, a w roku kolejnym nie widziała nawet fazy grupowej Ligi Europy.

Legia i jej własna liga. Finansowa

Reklama

Mimo to pozycji warszawian to nie osłabiło. Ci cieszyli się w sezonie 2017-2018 największym w lidze zyskiem, który wyniósł ponad 138 milionów złotych, aż o 70 milionów mniej od sezonu poprzedniego, gdy klubowy budżet wspierały konkretne sumy z UEFA. Ale i tak na krajowym podwórku legioniści grają w ich własnej finansowej lidze. Drugi Lech Poznań, który i tak zyskał o 19 procent w stosunku do roku poprzedniego, odnotował wpływ w wysokości 65 milionów złotych. Ponad dwukrotnie mniejszy od Legii. Trzecia Lechia Gdańsk zarobiła niecałe 40 milionów, od klubu z Łazienkowskiej trzykrotnie mniej. Nie dziwi więc, że ten chce właściwy trend dominacji utrzymać.

- Mówię jako mistrz Polski i zdobywca Pucharu Polski i cieszę się niezmiernie tymi sukcesami, ale z drugiej strony finanse pokazują, że Legia tak grać musi. Musi być najlepsza, bo i ma największe pieniądze. Liczymy na to, że to się nie zmieni, że dalej nasze zyski będą imponowały. Faza grupowa Ligi Europy to dla klubowego budżetu minimum. Awans do Ligi Mistrzów to szczyt marzeń, gdyż pieniądze, a z nimi perspektywy płynące z tych rozgrywek, są ogromne - na środowej konferencji przekonywał Łukasz Sekuła, członek zarządu Legii.

Czas kooperacji

– Na tym jednak się nie zatrzymujemy i myślimy o przyszłości. Chcemy wykonać kolejny finansowy krok do przodu. Ale aby go wykonać, musimy pracować wspólnie, jako jedna wielka ligowa całość. Z miastami, z klubami, z Ekstraklasą samą w sobie. Po to, aby polska piłka była bogatsza – Sekuła zachęcał też rywali do współpracy i wzajemnego nakręcania finansowej spirali.

I jak dotąd współpraca oraz nakręcenie tej spirali prezentuje się całkiem przyzwoicie. Według obliczeń firmy Deloitte w kolejnym już roku przychody ekstraklasowych klubów wyniosły w sumie ponad pół miliarda złotych, dokładnie 550 milionów. Było to pięć procent mniej niż w roku poprzednim, lecz i tutaj jest to wypadkowa braku jakiegokolwiek klubu z naszej ligi w rozgrywkach na Starym Kontynencie. Niemniej Ekstraklasa robi wszystko, aby brak sukcesów na arenie międzynarodowej nie był wyrwą, której nie da się zapełnić.

Iść z duchem czasów

– Przychody ligowe charakteryzuje trend wzrostowy. Systematycznie rosną wpływy na rynku krajowym, już myślimy o latach kolejnych i o tym, jak zwiększać w ich trakcie ligowe przychody. Kluczowa będzie tu kwestia sprzedaży praw do transmisji telewizyjnych, który rusza w tym roku. Dodatkowo planujemy zyskać na projektach świadczących najlepiej o obecnych czasach, naszej autorskiej aplikacji mobilnej, a także rozgrywkach e-sportowych Ekstraklasy, nad startem których intensywnie pracujemy – zapewniał podczas konferencji prezes Ekstraklasy Marcin Amunicki.

Lech przykładem pracy u podstaw

Pieniądze zarabiane przez najlepsze polskie zespoły to nie tylko zyski komercyjne czy ze sprzedaży biletów. Dzięki odpowiedniej pracy oraz dysponowania żywym złotem, jakim są przecież piłkarze, także można zarobić. I to bardzo dobrze. Najlepszym tego potwierdzeniem Lech Poznań, który na transferach m.in. Dawida Kownackiego, Jana Bednarka czy Tomasza Kędziory zyskał aż 56 mln złotych.

Pod względem zarobków transferowych konkurencję zdystansował. Kolejną w zestawieniu Legię przebił o 22 miliony złotych. Ogólny zysk ligowych klubów ze sprzedaży zawodników to 156 milionów, z czego 145 mln, które na konta zespołów Ekstraklasy wpłaciły drużyny zagraniczne. Pokazuje to, jaką drogą może pójść futbol nad Wisłą i jak wielkie znaczenie miewa odpowiednie oszlifowanie piłkarskich diamencików.

W pogoni za Europą

Zawodowa piłka nożna to jednak przede wszystkim sport istniejący po to, aby zabawiać publikę. A ta pomimo problemów z niskim poziomem rozgrywek czy wybrykami pseudokibiców chętnie na stadiony zagląda. Jeżeli porównać przychody ze sprzedaży biletów, które w roku 2017 w całej lidze wyniosły około 129 mln euro, to zbliżamy się powoli do państw zamożniejszych. Tu przykładem liga szkocka - 149 mln euro zarobione na biletach – czy austriacka, która dwa lata temu dzięki fanom wzbogaciła się o 161 mln euro.

Ekstraklasa jednak europejskich średniaków potrafi zdystansować. Wpływy z dnia meczowego przebijają ligę duńską, a z transmisji szkocką, austriacką czy szwedzką. Średnia frekwencji na stadionach wyniosła natomiast 9,4 tys. kibiców, więcej niż w wysoko notowanych w rankingu UEFA lidze ukraińskiej czy lidze czeskiej.

Otwarcie bram możliwości

Jak Ekstraklasa sama podkreśla, stoją przed nią możliwości pozyskania dodatkowych środków dzięki większemu promowaniu marek poprzez sponsoringowi klubów piłkarskich. Większe, wciąż niewykorzystane pieniądze mają znajdować się także w stadionach, które mają być wykorzystywane nie tylko jako miejsca rywalizacji ligowych drużyn, ale obiekty komercyjne, na których organizowane są dziesiątki wydarzeń pozasportowych.

Finansowych szans i nadziei przed najwyższą klasą rozgrywkową w Polsce rysuje się mnóstwo. Teraz wypada mieć nadzieję, że – co przecież obiecują działacze - zostaną one w odpowiedni sposób wykorzystane. Aby za kilka lat podobny tekst miał tytuł „Miliard w ekstraklasowym rozumie”.

Dowiedz się więcej na temat: Lotto Ekstraklasa | Legia Warszawa

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje