Tomasz Frankowski: Kalendarz i trener atutami Lecha Poznań

W weekend start rundy finałowej LOTTO Ekstraklasy. O mistrzostwo walczą Jagiellonia Białystok, Legia Warszawa i Lech Poznań. Tomasz Frankowski, pięciokrotny mistrz Polski z Wisłą Kraków i czterokrotny król strzelców ligi, ocenił, że to poznaniacy mają dwa atuty, które mogą zrobić różnicę w walce o tytuł.

Po 28. kolejce Jagiellonia Białystok prowadziła w tabeli z trzema punktami przewagi nad drugą Legią Warszawa i pięcioma nad trzecim Lechem Poznań. Wystarczyły jednak dwie porażki z Zagłębiem Lubin oraz Wisłą Płock na koniec rundy zasadniczej, by białostoczanie stracili całą przewagę. Trener Ireneusz Mamrot mówił po ostatnim meczu, że niektórzy piłkarze najwyraźniej nie wytrzymali presji.

Reklama

- Każdy gra w piłkę, żeby być mistrzem swojego kraju albo tam gdzie akurat gra. Ciężko mi sobie wyobrazić, że pojedynczy zawodnik nie utrzyma presji - mówi nam Tomasz Frankowski, urodzony w Białymstoku wychowanek Jagiellonii. - Piłka nożna to gra zespołowa i cała w tym odpowiednia rola trenera, żeby umiał zawodników nastawić - dodaje.

- Ale nie ulega wątpliwości, że te mecze Jagiellonii w Lubinie i z Wisłą Płock nie były złe. Zabrakło jedynie tego, z czego Jagiellonia dotychczas słynęła, czyli skuteczności. Łut szczęścia odwrócił się na ten moment. Spodziewam się, że w spotkaniu z Górnikiem Zabrze białostoczanie właściwie nastawią celownik, bo gdyby zdarzyła się kolejna porażka albo remis, to wtedy by znaczyło, że presja faktycznie znacznie się zwiększyła - mówi.

Frankowski, jakiego pamiętamy z ekstraklasowych boisk, to napastnik, dla którego presja nie istniała. „Franek Łowca Bramek” strzelał gole z niezwykłą łatwością i finezją. Dobrą ilustracją było np. trafienie z 1998 roku i oszukanie Macieja Szczęsnego w spotkaniu z Polonią Warszawa.

- Inaczej wszystko przeżywa obrońca, bramkarz i napastnik, który np. po dwóch meczach bez trafienia też czuje presję na sobie i nie chodzi tylko o mistrzostwo, ale również o kwestię nieskuteczności. Ja miałem to szczęście, że tytuły mistrzowskie w Krakowie zdobywałem wspólnie z trenerami, którzy od początku wiedzieli, czego chcą. Smuda, Lenczyk, Nawałka czy Kasperczak. Ci trenerzy, wchodząc do szatni, mówili: „tylko tytuł i nic nas więcej nie interesuje”, więc sytuacja Jagiellonii i trenera Mamrota jest nieco inna. Miesiąc temu powiedziałem, że powinni głośno wyrażać to, że są lepsi od Legii po tym zwycięstwie w Warszawie i tytuł także chcą osiągnąć - przyznaje.

Władze Jagiellonii starały się uspokoić sytuację po dwóch niespodziewanych porażkach, ogłosiwszy, że trener Mamrot przedłużył kontrakt z klubem. Zdaniem Frankowskiego w ten sposób próbowano uspokoić sytuację wokół drużyny przed decydującymi meczami.

- Tak to odbieram, że działacze chcieli dać do zrozumienia piłkarzom, że nic się nie dzieje, jesteśmy z wami, trener przedłuża kontrakt i wszystko przed wami, wszystko w waszych nogach - ocenia.

W poprzednim sezonie Jagiellonia kończyła rundę zasadniczą na pierwszym miejscu, ale wyścig o tytuł przegrała z Legią Warszawa w dramatycznej ostatniej kolejce sezonu. Wtedy zespół prowadził Michał Probierz, a do mistrzostwa Polski zabrakło jednego gola w ostatnim meczu z Lechem Poznań u siebie.

Teraz sytuacja w tabeli jest podobna, różnice punktowe także są niewielkie, ale w przypadku Legii i Jagiellonii kto inny prowadzi drużyny. Nie zmienił się natomiast trener Lecha Nenad Bjelica, który ma większe doświadczenie od dwóch konkurentów, gdy mowa o kluczowych dla mistrzostwa spotkaniach sezonu.

- Wiemy doskonale, że tak jak trener Mamrot nie miał do czynienia z tym poziomem, czyli nie był mistrzem, tak samo trener Legii Warszawa Romeo Jozak nie wiem, czy kiedykolwiek jakieś mistrzostwo osiągnął. Natomiast Bjelica z Lechem już w okolicach tego pierwszego miejsca był - stwierdził Frankowski.

Lechici do rundy finałowej podchodzą jako lider i dzięki temu grają kolejno u siebie z: Koroną Kielce, Górnikiem Zabrze, Jagiellonią i Legią. Drużyna Bjelicy na swoim terenie nie przegrała od kwietnia ubiegłego roku, w tym zaledwie czterokrotnie remisowała.

- To jest ten bonus Lecha, bo zawsze uważałem, że granie przed własną publicznością, tym bardziej że w Poznaniu przychodzi pod 40 tysięcy, jest zdecydowanie korzystniejsze niż wyjazd do Białegostoku czy do Legii Warszawa na Łazienkowską i szukanie tam zwycięstwa. To jest przewaga i jeśli miałbym typować coś w tym momencie, to bym powiedział, że Lech jest o krok przed tymi rywalami i nie chodzi tylko o różnicę punktową, ale o spotkania, które ma rozegrać u siebie - podkreśla.

Wielkim rozczarowaniem pozostaje obrońca tytułu, który ma punkt straty do Lecha. Jeśli jednak stołeczny zespół w jakiś cudowny sposób odmieni albo w ogóle znajdzie swój styl, to może zostać mistrzem z dziesięcioma porażkami w sezonie, co byłoby ewenementem w europejskiej skali.

- Nie ma co ukrywać, że Legia od mniej więcej roku, czyli od czasu rozstania się właścicieli, rozstania się z Michałem Żewłakowem szuka swojej tożsamości. Te porażki są pokłosiem tego stanu. Kłótnia z Kucharczykiem, beznadziejna decyzja o wyrzuceniu go, później przywróceniu. To sprawy, które na wszystko rzutują.

- Ale Legia ma też dużo zwycięstw i stąd jest w grze. Wcale nie wykluczam, że po ten tytuł nie sięgnie. Wydaje się, że Legia ma największy margines poprawy, bo jej gra jeszcze nie przekonuje, więc co będzie jeżeli zacznie przekonywać, kiedy Eduardo w końcu się wstrzeli w bramkę tak jak to robi już trzeci miesiąc i nie może - zastanawia się Tomasz Frankowski.

Piotr Kwiatkowski

Terminarz i tabela grupy mistrzowskiej Ekstraklasy

Terminarz i tabela grupy spadkowej Ekstraklasy

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje