Celtic - Barcelona, czyli "messiniezależność"

Dzisiejszy mecz Barcelony na Celtic Park jest rodzajem testu na efektywność zmian wprowadzanych przez Gerardo Martino. Borussia Dortmud przedwcześnie zaczyna bój o przetrwanie w Champions League.

Cesc Fabregas, a może jednak Neymar? Kto zastąpi kontuzjowanego Leo Messiego na Celtic Park, to pytanie mimo wszystko drugorzędne. Tak Hiszpan, jak i Brazylijczyk dostają szansę, by choć na moment opuścić role usługowe wobec gwiazdy nr 1. Na co dzień zajęci tym, by jak najlepiej dograć mu piłkę, dziś będą mieli okazję przejąć odpowiedzialność za wynik bezpośrednio.

Szczególnie przyda się to Neymarowi. Biorąc pod uwagę jak eksponowaną rolę pełni w reprezentacji Brazylii, Barcelonie wciąż daje trochę za mało. Do efektownych dryblingów na skrzydle często przerywanych faulami, 21-letni gracz powinien dodać więcej pasji, determinacji i zdecydowania w polu karnym. Po transferze na Camp Nou Brazylijczyk tak długo powtarzał, że jego podstawowym celem jest pomoc Messiemu, że stał się zakładnikiem własnych słów. Gdy ma okazję do strzału, zawsze szuka wzrokiem kogoś lepszego od siebie, jakby nie był pewny, czy wypada mu kończyć akcję samodzielnie.

Messi stworzył w Barcelonie własne imperium. Jego wpływ na drużynę wydaje się niezmierzony. Przytłacza to czasem kolegów z zespołu, dziś na Celtic Park dostają szansę, by poczuć się swobodniej pozbawieni argentyńskiego gorsetu. Statystyki meczów bez gwiazdy nr 1 wypadają dla Barcelony wręcz imponująco. W ciągu ostatnich pięciu lat Messi opuścił 34 spotkania: z tego 27 zakończyło się zwycięstwami i cztery remisami drużyny z Camp Nou. Trzy porażki? Dwie zupełnie bez znaczenia w ligowych starciach z Mallorką i Osasuną w 2009 roku, kiedy mistrzostwo Hiszpanii było pewne. Jedynym istotnym pojedynkiem, jaki Barca przegrała bez Messiego był rewanż z Bayernem na Camp Nou w półfinale ostatniej edycji Ligi Mistrzów.

Reklama

Oczywiście nikomu nie przejdzie przez usta świętokradcze stwierdzenie, że Katalończycy mogą być równie groźni bez czterokrotnego laureata Złotej Piłki. Trener Celtiku Neil Lennon jak większość ludzi ze świata piłki traktuje Argentyńczyka niczym ikonę. "Dla nas to lepiej, że nie zagra, ale dla futbolu to zdecydowanie gorzej" - mówi. Zapytany o Messiego i Neymara dodaje: "To jak porównanie psa z kotem".

Tak naprawdę jednak medialnie chwytliwe pytania o Messiego nie są dziś wcale najistotniejsze. Rok temu na Caltic Park z Argentyńczykiem w składzie Barcelona przegrała 1-2 mecz, który w spektakularny sposób obnażał jej słabe strony. Prosta, chwilami wręcz prymitywna taktyka gospodarzy polegająca na zagęszczeniu pola przed własną bramką okazała się wystarczająca na drużynę wciąż uważaną za najlepszą na świecie. W zespole Tito Vilanovy nie funkcjonował wysoki pressing, cała gra defensywna zaczynała wołać o pomstę do nieba. Celtic zdobył pierwszego gola po rzucie rożnym, drugiego z kontry zapoczątkowanej dalekim wykopem piłki. Jałowe, monotonne oblężenie pola karnego w wykonaniu Katalończyków miało się potem powtarzać w meczach znacznie istotniejszych.

Gerardo "Tata" Martino przybył na Camp Nou w roli lekarza. Ma nauczyć Katalończyków wariantów zastępczych. Jego drużyna wygrała wszystkie spotkania w Primera Division i zdobyła Superpuchar Hiszpanii, ale sceptycy wciąż uważają, że to raczej efekt indywidualnych możliwości gwiazd Barcy, a nie trafnych poprawek w stylu gry. Dziś na tle Celtiku będzie je można ocenić. Lennon zapowiada, że jego drużyna zagra tak, jak przed rokiem. Będzie liczyć na zmasowaną obronę oraz genialny dzień bramkarza Fostera i greckiego napastnika Samarasa. Czy Martino i jego gracze mają na to odpowiedź?

Poprzedni mecz z Celtikiem Barcelona potraktowała jak epizod bez większego znaczenia. I potem cierpiała za swoje. Argentyński trener chce tego uniknąć, zwiększyć efektywność nawet kosztem płynności i estetyki gry. Drużyna z Camp Nou nie wyrzeknie się swojego stylu, co nie znaczy, że powinna grać równie przewidywalnie jak przed rokiem. Dzisiejszemu testowi na Caltic Park można więc nadać wyższą stawkę niż trzy punkty w fazie grupowej Ligi Mistrzów.

Borussii Dortmund ze stylu gry nikt rozliczał nie będzie. Po porażce w Neapolu, rewelacja poprzedniej edycji Champions League, tym razem zaczyna przedwczesną walkę o przetrwanie. Drużyna Juergena Kloppa trafiła do najbardziej wyrównanej grupy, Napoli i Arsenal są dziś jeszcze mocniejsze, niż w dniu losowania. Po transferze Mesuta Oezila zespół z The Emirates usadowił się na pozycji lidera Premier League. Napoli jest drugie w Serie A tylko przez potknięcie w starciu z najsłabszym zespołem ligi. Jedni i drudzy grają świetnie nabierając pewności w batalii o 1/8 finału Ligi Mistrzów. To zwiastuje poważne kłopoty Borussii.

"Kupienie Oezila do Arsenalu nawet za 45 mln euro to była niebywała okazja. Trenowałem z nim, więc wiem, że to jeden z najlepszych graczy świata" - słowa Gonzalo Higuaina cytowała cała prasa hiszpańska, zwłaszcza, że padły w momencie tak delikatnym, jaki przeżywa Real po derbowej porażce z Atletico. Obaj gracze, niedocenieni na Santiago Bernabeu, zmienili barwy tego lata, z miejsca stając się gwiazdami w nowych klubach.

Tak Argentyńczyk, jak i Niemiec mają ogromny apetyt na sukcesy i sporo do udowodnienia nie tylko sobie, ale choćby poprzedniemu pracodawcy. Robert Lewandowski, Marco Reus i reszta graczy Borussii stoi im na drodze. Dzisiejszy mecz z Olympique Marsylia drużyna Juergena Kloppa ma obowiązek wygrać. Każdy inny wynik w Dortmundzie mógłby stać się początkiem katastrofy. A przecież, mino straty Mario Goetzego, w Bundeslidze wicemistrzowie Niemiec wydają się być jeszcze mocniejsi niż przed rokiem.

Porozmawiaj o artykule na blogu Darka Wołowskiego

Dowiedz się więcej na temat: FC Barcelona | Neymar

Reklama

Reklama

Reklama