Guardiola: Wielką siłą MU będzie pamięć o porażce

Już za tydzień wielki finał Ligi Mistrzów. Na stadionie Wembley w Londynie ucztę piłkarską stworzą dwie najlepsze drużyny świata: FC Barcelona i Manchester United.

Trener Barcelony Pep Guardiola powiedział coś, co czują prawie wszyscy: - Wielką siłą Manchesteru United w finale Ligi Mistrzów na Wembley będzie pamięć o porażce sprzed dwóch lat z Rzymu.

Dotarli do finału, by wygrać

Reklama

Myślenie magiczne? W jakimś stopniu na pewno. Pod względem logicznym mecz z 2009 roku nie ma nic wspólnego z tym, który czeka nas za osiem dni. Na Wembley spotykają się te same drużyny, które mierzyły się w Rzymie, ale w żaden racjonalny sposób nie da się uzasadnić, że ten, kto przegrał dwa lata temu, ma tym razem większe szanse. Myśli tak jednak bardzo wielu kibiców, a nawet trener Barcelony czuje to samo.

Oczywiste jest, że zwycięstwo zaspokaja i rozleniwia, porażka zaostrza apetyt. Dlaczego jednak piłkarze Aleksa Fergusona mieliby być bardziej głodni sukcesu na Wembley, skoro dotarli do finału Ligi Mistrzów już trzeci raz w ostatnich czterech latach? Jedni i drudzy chcą przede wszystkim rehabilitacji za poprzedni rok: Manchester za kuriozalną porażkę z Bayernem w ćwierćfinale - prowadził w obu meczach 1-0 i 3-0, by w końcu odpaść z rozgrywek, Barca za półfinałowe męczarnie z Interem Jose Mourinho.

Jeśli drużyna taka jak Guardioli, czy Fergusona dociera do finału najważniejszych rozgrywek, to wyłącznie po to, by wygrać. Istnieje jednak w świecie piłki irracjonalna wiara w sumę szczęść i nieszczęść wychodzących na zero. Skoro szczęście sprzyjało Barcy w Rzymie, teraz kolej na Manchester. Tak było w 2005 i 2007 roku w ostatnim przypadku, gdy dwa te same klubu spotkały się w finale Ligi Mistrzów. Za pierwszym razem w Stambule Milan miał gigantycznego pecha, a Liverpool w bramce Jerzego Dudka. Dwa lata później Włochom udał się rewanż.

Ferguson szuka rad u Mou

Na siedem dni przed najważniejszym meczem sezonu u obu finalistów panuje spokój. Zaraz po półfinałach katalońskie media przestraszyły się słów Fergusona, że przed meczem na Wembley poszuka rady u Jose Mourinho. Zaczęły już nawet ogłaszać, że Szkot zastosuje przed finałem kilka specjalnych zagrań wywierając presję na sędziego, by zwrócił uwagę na piłkarzy Barcy mających skłonność do robienia "teatru" na boisku. Kataloński "Sport" donosił też całkiem na serio, że według zaleceń Fergusona Wayne Rooney będzie miał za zadanie prowokowanie Daniego Alvesa, by temperamentny Brazylijczyk nie dotrwał do 90. min gry.

Na razie nic szokującego się nie dzieje. Ferguson mówi, że Barca to w światowej piłce "gruba ryba", Guardiola rozpływa się nad dziełem Fergusona. "Sprzedali Cristiano Ronaldo i wciąż wygrywają. To tak jakbyśmy my musieli dać sobie radę bez Leo Messiego" - mówi. Trener Barcy podziwia dokonania Szkota, na szczęście wśród tej długiej, poprawnej politycznie przemowy pozwolił sobie na żarcik, iż najbardziej zazdrości mu włosów. Ma 30 lat więcej i 30 razy więcej na głowie.

Premier Hiszpanii trzyma kciuki za "Dumę Katalonii"

Oba kluby lubią Wembley - zdobyły tam pierwszy w swojej historii Puchar Europy, po dramatycznych meczach z dogrywkami. 29 maja 1968 roku Manchester zwyciężył Benficę 4-1, 20 maja 1992 roku Barca pokonała Sampdorię 1-0. Prezesem Katalończyków był wtedy Jose Luis Nunez, który po zwycięstwie powiedział, że będzie mógł umrzeć spokojnie. Dziś Barca zaprosiła Nuneza na Wembley, by przeżył to jeszcze raz, do Londynu wybiera się też inny wielbiciel drużyny, premier Hiszpanii Jose Zapatero.

Kluby z Barcelony i Manchesteru były w dawnych czasach kolosami wypadającymi jednak znacznie poniżej swoich możliwości w najważniejszych rozgrywkach. Dziś to hegemoni Champions League, każdy ma prawo marzyć o czwartym triumfie stawiającym go w jednym szeregu z Bayernem Monachium i Ajaksem Amsterdam.

Wygrywając na Wembley Alex Ferguson dogoniłby legendarnego Boba Paisleya, który trzy razy zdobywał Puchar Europy z Liverpoolem. Z kolei Guardiola zwycięstwem w tym jednym meczu mógłby dorównać Fergusonowi i przebić wszystkich trenerów w historii Barcelony. Żaden nie zdobył Pucharu Europy dwa razy, a kiedy w 1994 roku najwybitniejszy z nich Johann Cruyff dotarł do finału ponownie, przegrał go 0-4. W pojedynku z Milanem w Atenach Guardiola, Christo Stoiczkow, Ronald Koeman, Romario okazali się całkowicie bezradni. To był początek końca Dream Teamu.

Dyskutuj na blogu Darka Wołowskiego!

Dowiedz się więcej na temat: united | Pep Guardiola | FC Barcelona | Liga Mistrzów | alex ferguson

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje