Kominy, race, żywe legendy. Mozaika na szlaku za Borussią

Mozaika. Może nieszczególnie wielobarwna, w końcu dominowały kolory czarny i żółty, ale jednak: tak zróżnicowana, jak chyba żaden sektor gości w Polsce. Ramię w ramię skaczą goście, którzy dopiero przed chwilą zdjęli kominiarki, kilkudziesięcioletnie legendy trybun z wyjazdowym stażem jeszcze w końcówce lat siedemdziesiątych, kobiety, ultrasi w polskim stylu, kompletnie przypadkowi ludzie w koszulach i marynarkach. To chyba największa różnica między tym, co można obejrzeć na sektorze gości podczas ligowego meczu, a przy tej odświętnej, pierwszej po dwudziestu latach próbie polskiego klubu w Lidze Mistrzów.

Wszystkie multimedia wykonano smartfonem Samsung Galaxy S7 (więcej o GalaxyS7

Kilkanaście autokarów na autostradzie, do tego trochę samochodów, ekipa weteranów podróżująca pociągiem, emigranci, którzy docierali na wszystkie możliwe sposoby. Ogółem jakieś 1500 osób, z kilkunastu grup kibicowskich. To kolejna różnica, widoczna choćby w sposobie odpalania rac - nie do końca zsynchronizowanym, bardziej spontanicznym.

- Desperados, The Unity, Riot, jeszcze kilka innych, mniejszych - tłumaczy nam Thomas, jeden z fanatyków BVB. Spotykamy się dzień wcześniej, w Warszawie, gdzie przyjechał wraz z kilkoma starszymi kibicami, w tym żywą legendą trybun Signal Iduna Park czy wcześniejszego Westfalenstadionu.

Gdy rozpoczynał przygodę na swoim wyjazdowym szlaku, Borussia Dortmund dopiero wracała na europejską mapę futbolu. Po banicji w 2. Bundeslidze w połowie lat siedemdziesiątych, wreszcie dochodziła do miejsca, które dziś wydaje się oczywiste - do gry w europejskich pucharach. Pierwszy międzynarodowy wyjazd? Sezon 1982/83, chybotliwy pociąg w kierunku Wysp Brytyjskich, potem jeszcze bardziej chybotliwy rejs przez kanał La Manche. Tasse od ponad trzech dekad podąża za swoim klubem, nie inaczej było wczoraj.

- Przestałem już liczyć te wszystkie podróże. Na pewno samych zagranicznych wojaży uzbierałoby się pewnie koło setki, szczególnie, że w ostatnich latach mamy okazję naprawdę sporo jeździć - uśmiecha się siwy dżentelmen w okularach, z którym spotkaliśmy się w warszawskim Bulldogu. Na szlaku poza krajem zadebiutował podczas meczu z Glasgow Rangers w Szkocji, w 1982 roku. W składzie między innymi młodziutki, dwudziestoletni Michael Zorc, który miał pozostać w klubie równie długo jak Tasse. - Pamiętam to doskonale. Trzęsienie przez całą drogą. Najpierw pociągiem, moim ulubionym środkiem transportu, gdzie naprawdę zastanawialiśmy się, kiedy wypadniemy z torów. Potem na promie, którym przepływaliśmy do Zjednoczonego Królestwa. Nawet droga do Londynu była ciężka, wlekliśmy się jakimś podmiejskim kursem, niewiele lepszym niż ten na kontynencie. Dopiero pociąg z Londynu do Glasgow był w miarę komfortowy, choć pogoda była typowo brytyjska przez cały pobyt. Całe szczęście, że przynajmniej już nie trzęsło, bo po degustacjach, choćby na promie, dalsze kołysanie mogłoby się źle skończyć dla naszych żołądków. Na łajbie naprawdę przypinaliśmy się pasami i oburącz trzymaliśmy kufle, by piwa się nie rozlewały - wspomina Tasse.

- W Glasgow zresztą nawiązaliśmy sporo fajnych znajomości, co ciekawe - ponad tym ich klasycznym podziałem, bo ja jestem katolikiem, a zaprzyjaźniliśmy się z protestantami. Trwało to kilka lat, do czasu, gdy pojechaliśmy na kolejny europejski wyjazd, znów do Szkocji, ale tym razem na Celtic i to tam poznałem ludzi, z którymi utrzymuję kontakt do dziś. Wtedy zresztą, słuchając ich opowieści o starciach między protestanckimi lojalistami a tą drugą stroną, doszliśmy wspólnie do wniosku, że to bardzo, bardzo odległe od piłki nożnej. Historie o terrorystach po obu stronach barykady były wstrząsające - opowiada Tasse. - Zaczęło się więc od dwóch szkockich wyjazdów, teraz trochę ich przybyło.

Sto zagranicznych wyjazdów. W dobie zakazów, czasem trwających po kilka miesięcy, stadionów zamykanych przez wojewodów czy remontów sektorów gości, u nas niezłym wynikiem jest sto wyjazdów w kraju. - Ale my też mieliśmy jeden problem z policją, czy ogólnie z organizatorem meczu - wtrąca się Thomas, inny fanatyk BVB, który jest obecny przy naszej rozmowie. - Rotterdam, pamiętasz Tasse?

- Tak, to był jedyny przypadek, gdy nie mogliśmy jechać na mecz, bo holenderskie władze sobie tego nie życzyły. Prosty komunikat - ani jednego kibica z Niemiec na trybunach pod groźbą surowych kar. Zazwyczaj w przypadku meczu, w którym nie może brać udziału grupa gości, jadąc incognito możesz się obawiać kibiców gospodarzy. Tutaj musiałeś się wystrzegać policji, która mogła cię zatrzymać za obecność na stadionie. Było kilku gości, którzy mimo to zdecydowali się na wycieczkę na stadion, kupując bilety od tamtejszych fanatyków. Z tym zresztą wiąże się ciekawsza historia, o tym jak w podobny sposób rozgrywało się to u nas na stadionie.

Żółta Ściana. Gelbe Wand. Sektor słynny w całej Europie, jeśli nie na całym świecie. Fanatyczne dwadzieścia pięć tysięcy głów, które od pierwszej do ostatniej minuty podskakują w rytm dortmundzkich pieśni. Dwa elementy, które wyróżniają ścianę na tle konkurencji - jedna wielka trybuna, bez balkonów, bez pięter, bez podziałów, w dodatku w całości stojąca. No i drugi - głośna, fanatyczna, melodyjna, wyprzedająca rokrocznie bilety na wszystkie mecze. Ale nie zawsze tak było.

- Dwumecz z Galatasaray. Mecz, który odmienił naszą trybunę. Dziś to absolutnie nie do pomyślenia, ale w tamtym okresie, na koniec lat dziewięćdziesiątych, byliśmy zdecydowanie gorzej zorganizowani. Tureccy kibice byli zaś wyjątkowo zdeterminowani, by obejrzeć ten mecz - słyszę od fanów Borussii. - Bardzo dużo naszych fanatyków uznało, że mecz z Galatasaray to żadne wielkie wydarzenie i odsprzedali swoje miejsca Turkom. To był tragiczny widok. Borussia grała u siebie, a na trybunach większość stanowili kibice gości, nawet na tej słynnej trybunie za bramką, nawet w naszej świątyni - wspomina Tasse. Thomas zaś dopowiada: to właśnie wtedy rozpoczęły się zmiany. Ruch kibicowski zaczął się organizować, powstał zalążek tego, co dziś jest murem złożonym z 25 tysięcy osób, zawsze obecnych za plecami swoich ulubieńców na murawie. - W Stambule byliśmy zresztą ledwie kilka tygodni przed Leeds, przed tym ich feralnym meczem. Dwie osoby zginęły podczas zamieszek. Sektor gości na którym siedzieliśmy z krzesełkami, po wizycie Leeds miał już tylko puste mocowania od krzesełek...

Drugim wydarzeniem, które zmieniło trybuny w Dortmundzie była utrata flag. - Pamiętam, że dostałem wtedy wiadomość od mojego kumpla - Thomas, wszystkie nasze flagi zostały skradzione. Nawet twoja - wspomina kibic BVB. - To była flaga, którą naprawdę kochałem, jedna z pierwszych, trzymałem ją w domu. Od razu odpowiedziałem - nie no, to niemożliwe, nie wierzę, by ktoś ją ukradł. Było po meczu, byłem już wstawiony, ale podjąłem męską decyzję: dzwonię do mamy! - śmieje się Thomas. - Oczywiście była wściekła, ale dwa razy sprawdzała, czy na pewno flaga jest na swoim miejscu. Zażądałem nawet wysłania mi fotografii, żeby się dodatkowo upewnić. Tak, mimo utraty wielu z nich - moja została.

Wtedy w Dortmundzie narodzili się również nieco bardziej "radykalni" kibice, którzy za punkt honoru postawili sobie odegranie się na Schalke Gelsenkirchen oraz zadbanie, by już nigdy nie tracić swoich najważniejszych flag. Mogliśmy obejrzeć część z nich przy łączeniu sektora gości z trybuną zachodnią. - Starcie? Gaz? Nie byliśmy jakoś szczególnie zaskoczeni, spodziewaliśmy się tego. Ale zanim do czegokolwiek doszło, na stadionie pojawiło się tyle policji, że obie grupy się cofnęły - usłyszeliśmy po dotarciu na sektor. Zresztą, już na nim, odsiewając naturalnie, że w rytmicznych podskokach uczestniczyli 60-letni dostojni panowie, panował całkiem polski klimat. Race, kilka stroboskopów, gdzieniegdzie kominiarki, mnóstwo tatuaży, flag, naklejek.

Tasse? Cały i zdrowy, na szczęście.

- A ja w ogóle miałem szczęście do bywania w miejscach, w których coś się działo. Na przykład Mostar odwiedziłem, gdy już czuć było napiętą atmosferę przed nadchodzącą wojną. Po wygranym dwumeczu z Celtikiem, zagraliśmy w obecnej Bośni, wówczas jeszcze Jugosławii z Velezem. Ten słynny most, łączący muzułmańską i katolicką część miasta... Było naprawdę dziwnie oglądać to miejsce w kanałach informacyjnych, gdy w kamiennym moście pojawiły się dziury po kulach - ciągnie swoją opowieść dortmundzki kibic. - Ten wyjazd zapamiętam jednak z uwagi na fantastyczna postać taksówkarza. Poprosiliśmy go z kumplami, żeby zawiózł nas gdzieś, gdzie można zjeść i się napić. Wywiózł nas... 40 kilometrów dalej. Powiedział tylko: dobra, wracam za trzy godziny. I wrócił! To była knajpa jakiegoś kumpla tego kierowcy, nigdy się tak nie najedliśmy, wszystko oczywiście w tak niskich cenach, że moglibyśmy tam zostać z tydzień. To miłe wspomnienie, nieco mniej przyjemne są ze stadionu i hotelu. Na stadionie zostaliśmy obrzuceni kamieniami - rodzaj pozdrowień z Mostaru - a pod hotelem czekali na nas chuligani Velezu.

- Wtedy jednak po prostu to zignorowaliśmy, gorzej było po meczu. Musieliśmy uciekać, schowaliśmy się w hotelu... piłkarzy. Było tam mnóstwo policji i oczywiście cała nasza ekipa. Jeden z pracowników Borussii podszedł do nas i wręczył każdemu z nas butelkę wina. Wtedy stwierdziliśmy, że w sumie możemy tam posiedzieć dłużej - śmieje się Tasse. - Dzięki temu mogliśmy być świadkami świetnej scenki, jak nasi piłkarze stali ze zwykłymi ludźmi w kolejce do telefonu, w tamtych czasach bez komórek do automatu w hotelu ustawiały się tłumy. Daniel Simmes, jeden z zawodników, gdy w końcu dopchnął się do telefonu, powiedział łącznie trzy zdania: witaj, mamo; czuję się w porządku; do zobaczenia mamo. Nie nasłuchałem się za dużo przemyśleń idola. Ale plus był taki, że usłyszeliśmy też, że wszystko jest dopisywane do rachunku pokoju numer 17, w którym mieszkali działacze. Więc też się ze swoim dopisaliśmy.

A wyjazd do Polski? W końcu Borussia grała z Widzewem w Łodzi.

- Tego akurat za dobrze nie pamiętam, podróż pociągiem była na tyle długa, że po prostu padłem. Najpierw pomyliliśmy dworce, na których mieliśmy wysiąść, potem siedzieliśmy w jakichś pubach, wreszcie ukradziono nam plecak. To znaczy... Właściwie pożyczono, bo po chwili ktoś przyniósł nam dokładnie taki sam, jak ten który zaginął. Problem polegał jednak na tym, że my mieliśmy w naszym prowiant i ciuchy, a w tym przyniesionym były szkolne książki, piórnik i zeszyty. No ale plecak jest plecak! - wspomina Tasse. - Dalszej części jednak wolę nawet nie wspominać. Zatrzymywanie taksówki, którą jechaliśmy, żeby zwymiotować, spanie w ubraniu gdzieś na dworcach... Nie, to była przesada. Drugi taki był chyba tylko w Porto na meczu z Boavistą, gdzie udaliśmy się przez Francję. Francja, Porto... To musi kojarzyć się z winem. Mieliśmy takie baniaki, że ledwo się z nimi zmieściliśmy w przedziale. Na tym wyjeździe zresztą rozstałem się z moją ówczesną kobietą - staliśmy na moście, jak w jakimś filmie romantycznym, ona płakała, a kilka metrów dalej mój kumpel pił wino z tej ogromnej flaszki.

***

Na koniec zostaje coś, czego my już prawdopodobnie nigdy nie uświadczymy. Mecze finałowe Ligi Mistrzów.

- Ten wcześniejszy w Monachium, z Juventusem, był kapitalny. Szczególnie dobrze wspominamy dyskoteki dzień przed meczem, napchane ludźmi i pięknymi kobietami, które w pewnym momencie tańczyły w toplessie razem z policjantami zabezpieczającymi całe wydarzenie. Do tego gol naszego chłopaka, Rickena, zwycięstwo... Tak, jeden z najlepszych meczów. Choć piłkarsko największe wrażenie zrobił mecz wcześniej, gdy Jurgen Kohler kompletnie wyłączył Erika Cantonę w starciu z Manchesterem United. Piękne czasy - wspominają fani, z którymi rozmawialiśmy w Warszawie.

- Wbrew pozorom, na tym kolejnym nie było już tak kolorowo - przekonuje Thomas, który był obecny na meczu z Bayernem na Wembley. - Wiązaliśmy naprawdę duże nadzieje z tym meczem, nawet nie chodzi tylko o murawę. Byliśmy tam już wcześniej z naszymi przyjaciółmi z Leeds, atmosfera była genialna, naprawdę świetnie się bawiliśmy. No i przyszedł moment meczu. Okazało się, że fanów z Dortmundu, w naszych barwach, jest niby pół stadionu, ale 90% nigdy w życiu nie widziałem nie tylko na żadnym wyjeździe, ale nawet na meczu u siebie - twierdzi Thomas.

- To był jeden z najgorszych meczów, na jakich byłem. Rozsiani po całym stadionie, bez organizacji, bez głośnych śpiewów, bez klimatu, jaki powinien mieć tego typu mecz. Stawka - okej. Ale wolę klimat na meczach u nas, czy wyjazdach takich jak ten do Warszawy. Legia zresztą zrobiła bardzo dobrze sprzedając bilety na Ligę Mistrzów ludziom, którzy mają karnety, albo chociaż byli na kilku meczach w tym roku - twierdzi nasz rozmówca.

A jedyne minusy tego warszawskiego wyjazdu? 41 euro za bilet i wyjście o 23.55, kawał czasu po końcowym gwizdku. No i może jeszcze 15-godzinny powrót autokarami. - Ale czasem podróż bywa fajniejsza, niż to, co dzieje się na sektorze - słyszymy na pożegnanie, razem z dźwiękiem odkapslowywanych butelek i ostatnimi przyśpiewkami żegnającymi stolicę.

Mozaika ruszyła. Jakkolwiek oceniać zachowanie z końca pierwszej połowy, jakkolwiek oceniać wzajemne napinki zza pleksi - było miło ich poznać.

Wszystkie multimedia wykonano smartfonem Samsung Galaxy S7 (więcej o GalaxyS7

Najlepsze tematy

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje