Legendarne mecze Ligi Mistrzów

Najlepsi piłkarze, pełne stadiony, fanatyczni kibice - do tego przyzwyczaiły nas rozgrywki Ligi Mistrzów. Co jednak najważniejsze - najbogatsza liga na kuli ziemskiej to także mecze na absolutnie najwyższym poziomie. INTERIA.PL wybrała dla Was spotkania, które wstrząsnęły światem! Jest wśród nich znakomity występ Polaka Jerzego Dudka w Liverpoolu.

Wygraj bilet na finał Ligi Mistrzów w Londynie!

Reklama

5. Borussia Dortmund - Juventus Turyn 3-1, finał, 28.05.1997

Było to w czasach już dość zamierzchłych, kiedy mistrz Polski grał w fazie grupowej Ligi Mistrzów, a koszulki piłkarzy wyglądały, jakby były o dwa rozmiary za duże. Borussia Dortmund, która wcześniej w grupie rywalizowała z Widzewem Łódź, w finale na Olympiastadion w Monachium zagrała z Juventusem Turyn. Mecz był bardzo wyrównany i pomimo, że do przerwy było 2-0 dla niemieckiego zespołu, końcowy wynik pozostawał sprawą otwartą. Alessandro del Piero w 66. minucie zdobył bramkę kontaktową i gdy wydawało się, że Juve wróci do gry, trener Borussii, Ottmar Hitzfeld zdecydował się na zmianę. W miejsce szwajcarskiego gwiazdora, Stephane Chapuisata, na placu gry zameldował się 20-letni Lars Ricken.

Pomocnik Borussii już w pierwszym kontakcie z piłką pokazał, że to będzie jego wieczór. Po podaniu Andreasa Moellera z głębi pola, Ricken pognał na bramkę Angelo Peruzziego. Potem oddał fenomenalny strzał, a golkiper "Bianco-nerich" mógł tylko odprowadzić piłkę wzrokiem. Nigdy wcześniej, ani nigdy potem Ricken nie zdołał już zagrać tak wspaniale, jak tamtego wieczoru. Borussia Dortmund pokonała wielki Juventus, a piłkarze Widzewa mogli po tym spotkaniu dumnie stwierdzić, że w Łodzi udało im się zremisować (2-2) z najsilniejszą wówczas drużyną Europy!

4. Manchester United - Chelsea Londyn 1-1 (karne 6-5), finał, 21.05.2008

Starcie tytanów angielskiej ligi przyniosło w finale edycji 2007/8 ogromne emocje. Giganci futbolu byli w klinczu przez 120 minut. Początkowo bliżej zwycięstwa był Manchester, potem inicjatywę przejmowała Chelsea. Rozstrzygający gol wisiał w powietrzu. Ale nie padł i o wszystkim musiały zadecydować rzuty karne. W tych najbardziej dramatycznych próbach wielcy pudłowali. Do piłki podbiegł Cristiano Ronaldo. Podbiegł i... stanął. Petr Czech już wtedy wiedział, że obroni ten strzał. Nie mogło być inaczej.

Inni zawodnicy Manchesteru byli jednak bezbłędni. Roman Abramowicz, rosyjski miliarder i właściciel Chelsea, Puchar Mistrzów miał na wyciągnięcie ręki w piątej serii jedenastek. John Terry, żywa legenda "The Blues" poślizgnął się jednak i strzelił obok słupka. Kapitan Chelsea po chwili ukrył twarz w dłoniach. Coś wtedy pękło w zespole prowadzonym przez Avrama Granta. Salomon Kalou jeszcze zdołał bramką odpowiedzieć na trafienie Andersona, ale Nicolas Anelka spudłował w decydującej serii. Sir Alex Ferguson, trener "Czerwonych Diabłów" triumfował.

3. Chelsea Londyn - FC Barcelona 1-1, półfinał, mecz rewanżowy, 6.05.2009

Starcia tych dwóch zespołów zawsze wzbudzały gigantyczne emocje. Doskonale zdyscyplinowana, silna fizycznie i mentalnie drużyna Chelsea kontra grająca z niebywałym polotem FC Barcelona. Podopieczni Pepa Guardioli słabo rozpoczęli mecz na Stamford Bridge. Stracili gola już w 9. Minucie po strzale Michaela Essiena. Aby przejść do kolejnej rundy, Katalończycy musieli zdobyć wyrównującą bramkę, bo w Barcelonie padł remis 0-0. Łatwo powiedzieć, znacznie trudniej zrobić - zwłaszcza, gdy naprzeciwko stoi znakomicie zmotywowana przez Guusa Hiddinka Chelsea.

- Już dwa razy śnił mi się mecz z Barceloną. Najpierw był remis, ale w drugim meczu wygraliśmy - zapewniał swoich podopiecznych holenderski mag. Piłkarze Chelsea mu uwierzyli i do 90 minuty grali tak, że w prorocze słowa Hiddinka wierzyła także cała piłkarska Europa. Sezon 2008/9 miał jednak należeć do Barcelony. Człowiek, który zawsze strzela najważniejsze bramki, czyli Andres Iniesta tamtego wieczoru nie zawiódł. Wychowanek Barcy strzelił zabójczo precyzyjnie i dał ukochanemu klubowi awans do finału. Finału, dodajmy, w którym Barcelona pokonała Manchester United.

2. Liverpool FC - AC Milan 3-3 (karne 6-5), finał, 25.05.2005

Polska nie jest piłkarską potęgą i pewnie przez najbliższe lata nią nie będzie - to fakt, który z bólem serca musimy zaakceptować. Czasem jednak możemy być dumni, bo piłkarze znad Wisły są pierwszoplanowymi aktorami spotkań o najwyższą stawkę. Tak było w maju 2005 roku, gdy Jerzy Dudek stanął w bramce Liverpoolu w finale Ligi Mistrzów edycji 2004/5.

"The Reds" w pierwszej połowie nie istnieli. Po murawie stadionu Ataturka biegali co prawda piłkarze w czerwonych strojach, ale piłkrskie umiejętności zostawili chyba w szatni. Efekt był taki, że w 46. sekundzie było już 1-0 dla Milanu, a strzelcem bramki był długowieczny geniusz Paolo Maldini. Potem dwa gole dołożył Hernan Crespo i Liverpool był niemal znokautowany. Jak gong kończący rundę zabrzmiał gwizdek sędziego kończący pierwszą połowę meczu.

W drugiej odsłonie kibice obejrzeli jednak inny zespół. Najpierw Steven Gerrard głową skierował piłkę do siatki Milanu, potem Vladimir Smicer strzelił bramkę na 2-3. Trudno orzec, jak mu się to udało. Wydawało się, że to nie prawa noga Czecha prowadziła piłkę do bramki Didy, ale siła jego woli. Liverpool uwierzył, że może wyrównać, co wkrótce się udało - gola zdobył Xabi Alonso.

Milan stracił trzy bramki, ale pokazał, że jest wielkim zespołem. Nie załamał się, ale atakował. Na trzy minuty przed końcem dogrywki, w której fenomenalnie bronił Dudek, Andrij Szewczenko uderzył głową z 5 metrów. Polski bramkarz odbił piłkę przed siebie, po chwili z odległości metra (!) dobijał napastnik Milanu. Dudek wyciągnął tylko rękę i wybił piłkę. Interwencja meczu? Dla polskiego bramkarza to była raczej interwencja życia. Ale jego show dopiero się rozpoczął! Przed serią rzutów karnych "Dudi" wpadł na szalony pomysł. Dekoncentrował piłkarzy Milanu tańcząc na linii bramkowej! Wygibasy Polaka zdeprymowały Serginho, Andreę Pirlo i w decydującej serii Szewczenkę. Ukrainiec najpierw strzelił wprost w Polaka, a potem wściekły kopnął tylko piłkę w trybuny. To była noc Dudka, noc Liverpoolu. Dla takich chwil warto oglądać piłkarskie mecze!

1. Manchester United - Bayern Monachium 2-1, finał, 26.05.1999

To najbardziej pamiętny mecz w mojej sędziowskiej karierze - powiedział kilka lat po tym, jak odbyło się to spotkanie, legendarny włoski sędzia Pierluigi Collina. Nie tylko dla niego wieczór na Camp Nou w Barcelonie był niezapomniany. To był prawdziwy spektakl, w którym nie było przypadkowych aktorów.

W 6. Minucie meczu bramkę dla Bayernu Monachium zdobył z rzutu wolnego Mario Basler. Bawarczycy, objęli zatem szybko prowadzenie i przez 90 minut mieli pełną kontrolę nad przebiegiem spotkania. Gdy Collina przedłużył mecz o trzy minuty, wydawało się, że to już tylko formalność. Puchar Mistrzów został już wówczas przystrojony w niebiesko-czerwone wstęgi, czyli barwy ekipy z Monachium.

I wtedy zdarzył się cud. Cud, który uratował Manchester United! Z rzutu rożnego dośrodkował David Beckham, Thorsten Fink nie zdołał wybić piłki poza pole karne i ta spadła na nogę Ryana Giggsa. Walijczyk zagrał do ustawionego 5 metrów od bramki Teddy'ego Sheringhama, a ten skierował piłkę do bramki obok bezradnego Kahna. Szok. Niedowierzanie Bawarczyków, szał radości na ławce rezerwowych Manchesteru. Gramy dalej, a raczej wracamy do gry musieli myśleć piłkarze "Czerwonych Diabłów"!

Nie było już wtedy na boisku wybitnego stopera Lothara Matthaeusa. To właśnie jego załamaną twarz pokazał realizator telewizyjnej transmisji po tym, jak Sheringham zdobył bramkę. Bayern był kompletnie zaskoczony, wiedział, że nie zdoła odpowiedzieć już do ostatniego gwizdka Colliny w drugiej połowie meczu. Czekał na dogrywkę.

Manchester jednak uwierzył, że przegrany mecz można jeszcze wygrać. Zadał drugi cios. Znowu z narożnika boiska dośrodkował Beckham, piłkę głową strącił Sheringham. Wprowadzony na boisko po przerwie Ole Gunnar Solskjaer strzelił, a raczej odbił piłkę czubkiem buta wprost pod poprzeczkę bramki Bayernu. Szał radości "Czerwonych Diabłów", gwiazda ataku zwycięzców, Dwight Yorke płacze ze szczęścia. Obrońca Bayernu Monachium Sami Kuffour też płacze, ale z rozpaczy. Najważniejsze trofeum w klubowej piłce przeszło Bayernowi koło nosa!

Wygrał charakter, nieustępliwość i szalona wiara w zwycięstwo do ostatniej sekundy meczu. Pokonani przegrali z honorem, oddajmy im sprawiedliwi, że to właśnie oni byli lepsi przez 90 minut. Mehmet School trafił w słupek, a Carsten Jancker w poprzeczkę bramki Petera Schmeichela. Drużyna Ottmara Hitzfelda musiała wygrać tamten finał. Ale tamten finał trwał 93 minuty. Manchester United i Bayern Monachium napisały tego wieczoru legendę.

Czytaj inne teksty Bartka i dyskutuj z nim na blogu!

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy