LM. Liverpool - Roma 5-2. Salah bohaterem "The Reds"

Strzelił dwa gole, przy dwóch kolejnych asystował. Udowodnił niedowiarkom, że w kilka miesięcy z gracza wyróżniającego się stał się gwiazdą światowego formatu. I to świecącą najjaśniejszym blaskiem. Mohamed Salah to niekwestionowany bohater starcia Liverpoolu z Romą w półfinale Ligi Mistrzów (5-2), ale kto zasłużył tu jeszcze na wyróżnienie? Sprawdźcie analizę serwisu eurosport.interia.pl.

Lennon swoich czasów

Reklama

Egipcjanin z każdym kolejnym meczem przekonywał do siebie kolejnych malkontentów. Jeszcze przed debiutanckim sezonem w Liverpoolu, ale także i w jego trakcie, zarzucano mu, że jest piłkarzem jednowymiarowym, że znajdzie się jakaś drużyna, która obnaży jego słabości. I ta jak się nie mogła znaleźć, tak się nie znalazła. Nad murawą Anfield i rywalami z Rzymu Salah praktycznie lewitował, robił z piłką i byłymi klubowymi kolegami, co chciał. Zaowocowało to dwiema fenomenalnymi bramkami, dwiema nie gorszymi asystami i niemal pewnym dla Liverpoolu finałem w Kijowie.

Czy Salah to obecnie najlepszy piłkarz świata? Z tak jednoznacznymi i odważnymi sądami należy uważać, ale skoro mówimy o klubie z tego właśnie miasta, to nietrudno o pewne skojarzenie. Salah jest tym dla LFC, kim dla Beatlesów był John Lennon. Charyzmatycznym, długowłosym frontmanem grającej pięknie i pomysłowo kapeli z Liverpoolu, która sprawia megasensację w całej Europie.

Firmino McCartneyem?

Wszyscy po wtorkowym spotkaniu wspominają i wspominać będą o tym, jak niesamowite pięć kwadransów rozegrał najważniejszy z piłkarzy "The Reds", lecz największym paradoksem jest to, że dokładnie tyle samo punktów do klasyfikacji kanadyjskiej dorzucił tego dnia Roberto Firmino. Strzelił dwa gole w drugiej połowie, w pierwszej miał dwie asysty, obie przy jakże ważnych golach największej gwiazdy LFC.

Brak skuteczności Brazylijczyka przez rozstrzelaną drużyny Kloppa nie byłby być może odczuwalny tak jak brak geniuszu Egipcjanina, niemniej i tak jego umiejętności oraz kapitalne wpasowanie się w charakterystykę klubu jest nieocenione. Może skoro nazywamy Salaha Lennonem, to w takim razie Firmino powinien być Paulem McCartneyem? Też niezwykle ważnym dla gry zespołu, ale też będącym trochę w cieniu lidera.

Szczęściarz Klopp

Nikt oczywiście motywacyjnych i taktycznych umiejętności Niemca nie powinien umniejszać, choć faktem jest, że ma on szczęście do wybitnych występów swoich podopiecznych w meczach najlepszej europejskiej czwórki. Przeciwko Romie i Salah, i Firmino zanotowali mecz, w którym maczali palce w aż czterech golach zespołu. Ostatnim i jak dotąd jedynym zawodnikiem w historii półfinałów Ligi Mistrzów, który brał udział przy czterech półfinałowych golach, był Robert Lewandowski w 2013 roku, gdy czteropakiem skarcił Real Madryt. Borussię Dortmund z Polakiem w składzie prowadził wtedy Klopp. Bo i kto inny?

Mistrzowski, ale i ryzykowny heavy metal

Klopp wielokrotnie wspominał o tym, że chciałby, aby gra jego drużyny przypominała heavymetalowe kawałki. Aby było głośno, aby cały czas coś się działo. I trzeba mu oddać, że piłkarze Liverpoolu jego wizję futbolu rozumieją jak mało kto, przez co ich gra - jeżeli trzymać się wspomnianego porównania - swoją błyskotliwością i brawurą przypomina najlepsze i najbardziej pamiętne numery Iron Maiden, AC/DC czy Black Sabbath. Nie było ani chwili na nudę.

W przypadku "The Reds" istnieje jednak jedno "ale". Tym są braki w obronie i koncentracji, które kosztowały już klub w tym sezonie wiele punktów. Kosztowały także i w rywalizacji z Romą. Niemniej taka jest już natura ekip prowadzonych przez Niemca. Ofensywna finezja i defensywne zapominalstwo są jak broń obusieczna. Zazwyczaj giną od niej rywale, czasami druga ze stron. Tego, że przypadkiem broń obusieczna Liverpoolu wymierzona przeciwko Romie nie ukatrupi przypadkiem samego Liverpoolu, wykluczyć nie można nawet przy wyniku 5-2 na półmetku półfinałów.

Kolejna Romantada? Czemu nie

Piłkarze Eusebio Di Francesco wyglądali we wtorek bardzo blado. Brakowało im wszystkiego. Organizacji w defensywie, pomysłu i pasji w defensywie. I kogoś, kto mógłby podjąć rękawicę rzuconą z takim impetem przez Salaha. Tylko do czasu, gdy ten był boisku. Przez kolejny kwadrans Roma zaczęła łapać wiatr w żagle i po cichu próbować odmieniać losy rywalizacji. I swój cel częściowo osiągnęła.

Do momentu, gdy Salah był na boisku, rzymianie sprawiali wrażenie drużyny, która tęskni za byłym liderem tak bardzo, że po prostu przyjechała do Anglii go oklaskiwać. I akurat to udawało się jej naprawdę dobrze. Potem jednak zabrała się do pracy, strzeliła dwa gole i teraz w rewanżu musi wygrać 3-0. A chyba wszyscy pamiętają, jaki wynik osiągnęła w drugim meczu z Barceloną w poprzedniej rundzie. Jeszcze do 81. minuty i gola Edina Dżeko na 1-5 wydawało się, że w tej parze jest już po herbacie, ale z tymi dwoma zespołami - ich skłonnością do piłkarskiego szaleństwa i gry ofensywnej - wszystko jest możliwe. W tym także kolejna Romantada.

Dowiedz się więcej na temat: Mohamed Salah | Liverpool FC | Liga Mistrzów

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje