Malaga da się lubić

Gracze Malagi przygotowują się do najważniejszego meczu w swojej historii sami. Trener Manuel Pellegrini poleciał do Chile na pogrzeb ojca.

Zaczęło się od minihorroru w San Sebastian. Lecący na mecz z Realem Sociedad piłkarze Malagi przeżyli chwile grozy nad lotniskiem, szalejąca burza nie pozwalała na normalne lądowanie. Kiedy w samolot uderzyły trzy pioruny, pilot zdecydował, że poleci do pobliskiego Bilbao, skąd drużyna dotarła na spotkanie autobusem.

Gra szła o znaczącą stawkę, Sociedad to bezpośredni rywal Malagi w boju o czwarte miejsce w Primera Division dające prawo gry w barażach Ligi Mistrzów. Choć klub, za długi został wykluczony z rozgrywek międzynarodowych przez UEFA, Manuel Pellegrini i jego gracze robią co w ich mocy, by ten europejski sen, który przeżywają w tym sezonie miał dalszy ciąg. Po półgodzinie gry przegrywali jednak 0-3 (skończyło się 2-4).

Pellegrini przybył na konferencję prasową, by wytłumaczyć się z porażki. Zrobił to, mimo iż czekał już na niego samochód, by rozpocząć wielogodzinną podróż przez Madryt do Santiago de Chile. Przed meczem otrzymał wiadomość o śmierci ojca. Dziś drużyna wyruszyła do Dortmundu bez trenera, by przygotowywać się do najważniejszego meczu w swojej historii. W swoim debiucie w Champions League mały, andaluzyjski klub bije się z Borussią o prawo gry w półfinale.

Pellegrini grał już w nim z Villarreal w 2006 roku, kiedy karny przestrzelony przez Juana Romana Riquelme w o ostatniej minucie rewanżu z Arsenalem przekreślił marzenia o paryskim finale. Sukcesy z zespołem z przedmieść Walencji grającym pięknie i skutecznie stały się rekomendacją dla chilijskiego trenera do pracy w Realu Madryt. Tam jednak Pellegrini sobie nie poradził. W półmilionowej, andaluzyjskiej Maladze nad Morzem Śródziemnym znów stał się jednak futbolowym guru. Najpierw uchronił drużynę przed degradacją, potem wywalczył z nią prawo gry w Lidze Mistrzów, wreszcie awansował do ćwierćfinału.

Reklama

Kibice maleńkiego klubu zapamiętają ten czas, jak podarunek od losu. Na tym poziomie co Malaga, w Champions League nie był ani Betis, ani nawet Sevilla. Burmistrz miasta Francisco De la Torre zaproponował, by jedną z ulic nazwać imieniem Pellegriniego. Stanie się tak, jeśli chilijski trener wyrazi zgodę. W końcu to człowiek, który zmusił legendarny Milan z Silvio Berlusconim na czele, by odnaleźli na mapie nic nieznaczący dotąd w futbolu punkcik w Andalizji, znany wyłącznie jako nadmorski kurort, lub miejsce urodzin Pablo Picasso i Antonio Banderasa. W dodatku zespół Malagi pokonał siedmiokrotnego triumfatora Champions League 1-0, w rewanżu remisując na San Siro 1-1. Dla mieszkańców miasteczka to dni dumy i chwały, o jakich nawet nie marzyli.

Powie ktoś, że Malaga bawi się w wielki futbol za pieniądze Abdullaha Al Thaniego z Kataru, który wpakował w transfery 90 mln euro. Potem jednak słuch o nim zaginął. Klub tonie w długach, Pellergini kilka razy musiał przekonywać piłkarzy, by grali na kredyt. Odchodzili wszyscy, którzy znaleźli bogatych kupców. Dziwnie musiał się czuć Santi Cazorla, do dziś wierny kibic Malagi. Opuszczał ją, by żyć lepiej i zarabiać więcej w Arsenalu. "Kanonierzy" przepadli jednak w 1/8 finału Ligi Mistrzów.

Czy Malaga stawi jutro czoła Borussii Dortmund? Bezbramkowy remis w pierwszym spotkaniu nie odbiera jej szans całkowicie. Faworytem będą jednak gospodarze, którzy w tej edycji Champions League wygrali wszystkie mecze na Signal Iduna Park, łącznie z tym z Realem Madryt. Malaga już niczego nie musi. Może tylko kandydować do miana najskromniejszej i najsympatyczniejszej drużyny w rozgrywkach. Jest jeszcze czas ją polubić, zanim drużyna z polskim trio pozbawi ją złudzeń?

Zobacz wyniki, strzelców bramek i terminarz 1/4 finału Ligi Mistrzów

Autor: Dariusz Wołowski

Porozmawiaj o artykule na blogu Darka Wołowskiego

Dowiedz się więcej na temat: Borussia Dortmund | Malaga CF | Liga Mistrzów

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama