Piłkarski skok Beamona

Dopóki kluby takie jak Borussia Dortmund będą odnosiły sukcesy w Champions League, dopóty futbol będzie nieprzewidywalny i fascynujący.

Bójki o bilety na półfinałowy mecz z Realem Madryt były zawstydzającym epizodem dla klubu z Signal Iduna Park. Ludzie koczowali pod stadionem dwa dni, szefowie Borussii dostarczali im napoje i hot dogi, porządek w kolejkach zburzyły jednak zorganizowane szajki koników chcących wykorzystać rekordowe zainteresowanie pojedynkiem z "Królewskimi". 

Reklama

Klub z Dortmundu sprzedawał bilety w cenach od 45 do 175 euro, czyli średnio aż o 100 euro mniej niż żąda Real za wejście na rewanż (od 70 do 325).To samo dotyczy drugiej pary niemiecko-hiszpańskiej. O ile za wejście na pojedynek z Barceloną na nowoczesny Allianz Arena Bayern pobiera od 40 do 150 euro, prawo wstępu na rewanż na Camp Nou będzie kosztowało kibica od 91 do 359 euro. Wygląda na to, że ciężki kryzys dotknął Niemcy, a nie Hiszpanię.

Polityka ograniczania cen biletów we wszystkich klubach Bundesligi przyniosła znakomite efekty. Liga niemiecka wyprzedziła Premier League pod względem średniej liczby widzów na meczach, mimo iż jeśli chodzi o wydatki transferowe z czołówką klubów w Anglii może się równać tylko Bayern Monachium. O ile kwota 40 mln euro za Javiego Martineza była rekordem w Niemczech, o tyle w najbogatszej lidze świata jest standardem. Bundesliga przeżywa jednak boom także pod względem sportowym. Jego przejawem są aż dwa kluby w półfinale Champions League.

- Jeśli Bayern jest niemieckim Realem, to my będziemy Barceloną - słynne zdanie Hansa Joachima Watzke jest pod pewnymi względami mocno naciągane. 

Dyrektor generalny Borussii wierzył, że silną drużynę można oprzeć na wychowankach i umiarkowanej polityce transferowej. 

Porównanie do kolosa z Camp Nou jest jednak nie na miejscu, Barcelonę stać na piłkarzy z topu, to marka globalna, jej roczne wpływy do budżetu przekraczają 450 mln euro, do najbogatszego na świecie Realu brakuje Katalończykom zaledwie 25 mln. Na tej samej półce jest Bayern z wpływami 320 mln, Borussia, mimo najwyższej frekwencji w Europie, zarabia rocznie 190 mln.

Pod względem statusu ekonomicznego czwórka półfinalistów dzieli się więc na dwie grupy. Klub z Dortmundu jest w tym gronie wyjątkiem. Utrzymanie drużyny kosztuje go rocznie 80 mln euro, czyli jest na poziomie słabych zespołów angielskich takich jak Fulham lub Sunderland. W Bayernie ta kwota jest dwa razy większa, w Barcelonie i Madrycie przekracza 200 mln euro.

Jedynym "drogim" transferem do Dortmundu w ostatnim czasie był zakup Marco Reusa za 17 mln euro, który został zrekompensowany oddaniem Shingiego Kagawy do Manchesteru United (16 mln). Tymczasem w minionych pięciu latach Real wydał na nowych graczy 642 mln, Barcelona 385, Bayern prawie 200. W tym czasie klub z Dortmundu podnosił się po traumie z przełomu wieków, kiedy wszedł na giełdę, by ratować byt, a jego akcje kupiło 70 tys. wiernych fanów. 

Nowe władze musiały odkupić stadion, sprzedać jego nazwę, poszukać nowych sponsorów, słowem zbudować wszystko od początku. Kiedy w 2008 roku w Dortmundzie pojawił się Juergen Klopp płace w klubie spadły do poziomu 30 mln. Od tamtej pory urosły prawie trzykrotnie, sam trener pobiera z kasy 4 mln euro, tylko trochę mniej niż gwiazdy zespołu: Reus, Geotze i Hummels.

W poprzednich dwóch latach skromna Borussia wyleczyła się z kompleksu Bayernu, w którym tkwią wszyscy lokalni rywale Bawarczyków. Klub z Dortmundu zdobył dwa tytuły mistrza Niemiec, w minionym sezonie wywalczył pierwszą w 103-letniej historii podwójną koronę. W lidze pobił rekord zdobytych punktów (81), nie przegrał 28 kolejnych meczów, w finale krajowego Pucharu zdeklasował Bayern 5-2. 

Kiedy Watzke i Klopp nasycili się triumfami lokalnymi, postanowili rzucić wyzwanie Europie. I rzucili. W 10 meczach tej edycji Champions League Borussia nie przegrała ani razu pokonując na swoim boisku Ajax, Real, Manchester City, Szachtar i Malagę. Klopp został wschodzącą gwiazdą wśród trenerów, ze swadą stroi sobie żarty z Jose Mourinho, czy Juppa Heynckesa. Czy to możliwe, by był aż tak pewny siebie?

Sukces w Lidze Mistrzów ma swoją cenę. Borussia ma za krótką ławkę, by walczyć na dwóch frontach, dlatego oddała Bayernowi tytuł mistrza Niemiec. Do bojów z Realem o finał Ligi Mistrzów przystąpi jednak prawdopodobnie w najsilniejszym składzie, co znaczy, że Kloppowi sprzyja nawet ślepy los.

Większość komentatorów uważa, że Borussia doszła do ściany. Że dysponujący znacznie większymi środkami i doświadczeniem Mourinho weźmie rewanż na Kloppie za porażkę w fazie grupowej. Trener Borussii rzuca wyzwanie głodnemu sukcesu, najbogatszemu futbolowemu imperium zatrudniającemu największego fachowca od zadań specjalnych w Lidze Mistrzów. Gdyby wyszedł z tej konfrontacji zwycięsko, zostałby okrzyknięty cudotwórcą.

Dokonania Borussii w ostatnich latach magazyn "Kicker" porównał kiedyś do legendarnego skoku Beamona na igrzyskach w Meksyku. Klub z Dortmundu może służyć za przykład wszystkim romantykom, którzy jeszcze nie przestali wierzyć, iż wielki futbol można budować za rozsądne pieniądze. Kiedyś tak jak Klopp zaczynał Mourinho. Dziewięć lat temu wygrywał Ligę Mistrzów z FC Porto, gdzie zarabiał znacznie mniej od Niemca. W Madrycie jego pensja jest aż trzy razy wyższa niż trenera Borussii, bo też "The Special One" jest w futbolu instytucją.

Od czasu triumfu Porto najważniejsze klubowe rozgrywki wygrywali wyłącznie futbolowi krezusi: Liverpool, Milan, Barcelona, Manchester United, Inter i Chelsea. Za każdym z tych klubów stały fortuny, o których Borussia nie może marzyć. Siłą zespołu z Westfalii nie jest księgowy, ale fanatyczni kibice, Watzke, Klopp i piłkarze. Urodzony w Queens w Nowym Jorku amerykański skoczek Bob Beamon nigdy nie poprawił swojego osiągnięcia z Meksyku, zespół z Dortmundu ma wciąż na to szansę.

Autor: Dariusz Wołowski

Dyskutuj z autorem artykułu na jego blogu

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama