Real Madryt - Liverpool 3-1. Finał naznaczony łzami z bohaterami drugiego planu

Zapłakany Loris Karius, który przeprasza kibiców Liverpoolu za dwa niewyobrażalne błędy już pewnie pozostanie najbardziej ujmującym obrazkiem z Kijowa. Ale tegoroczny finał Ligi Mistrzów miał wiele twarzy. I kilku bohaterów drugiego planu.

Nie byłoby trzynastego triumfu Realu Madryt w najważniejszych europejskich rozgrywkach, gdy nie kapitalna zmiana niedocenianego Garetha Bale'a, katastrofalne pomyłki zaślepionego Kariusa i szybka kontuzja Mohameda Salaha, która całkowicie zmieniła przebieg gry. Już po dwóch kwadransach.

Reklama

To był pierwszy kluczowy moment. A w zasadzie cios dla Liverpoolu, który całkiem nieźle radził sobie od początku meczu i nagle - pozbawiony swojego najlepszego zawodnika - jakby zupełnie stracił pomysł na grę. Bezradne spojrzenie Jurgena Kloppa w kierunku ławki rezerwowych, gdzie wyraźnie brakowało wartościowego zmiennika mogło być tylko zapowiedzią nadchodzących kłopotów. I było, bo pojawienie się na boisku Adama Lallany nie zmieniło nic, w przeciwieństwie do późniejszego wejścia smoka Garetha Bale'a drużynie Realu.

Ale ta całkowita zmiana wydarzeń nie byłaby możliwa bez innego bohatera - Sergio Ramosa. Zadziorny kapitan Realu już dawno przyzwyczaił do tego, że walczy bez pardonu, często na granicy faulu i nie ma żadnej litości dla napastników. Tym razem jego ofiarą padł Salah. Chwyt, który zastosował Ramos, pociągając Egipcjanina w dół i jeszcze na dodatek przygniatając własnym ciałem, okazał się nie tylko skuteczny, ale też brzemienny w skutkach dla napastnika Liverpoolu. Oprócz niewątpliwego osłabienia w tym meczu, kontuzja Salaha już mogła wykluczyć go z udziału w mistrzostwach świata. Na razie jednak sztab medyczny reprezentacji Egiptu "z optymizmem" patrzy na jego powrót do zdrowia. Jeśli wierzyć Ramosowi, który od razu wysłał na ten temat tweeta, ma on takie samo życzenie...

Gdy na początku drugiej połowy Karim Benzema strzelał najdziwniejszego gola meczu, wystawiając jedynie nogę przy wyrzucie piłki przez Lorisa Kariusa, trudno było wyobrazić sobie, jak w ogóle taki błąd jest możliwy na tym poziomie. W finale Ligi Mistrzów! A jeśli również w tym maczał palce... Sergio Ramos?

Już się pewnie nie dowiemy, jakie były powody nagłego zaślepienia bramkarza Liverpoolu, ale faktem jest, że tuż przed tą feralną interwencją, przy innej akcji w polu bramkowym, z impetem wpadł w niego hiszpański obrońca, uderzając akurat w głowę z lewej strony, tuż przy oku. Karius skarżył się sędziemu na bezpardonowy atak, ale serbski arbiter pozostał niewzruszony. Czy to zdarzenie mogło zaburzyć pole widzenia bramkarza, który najpierw najwyraźniej nie zauważył Benzemy czyhającego tylko na błąd, a potem nie zdołał złapać piłki lecącej wprost na niego po strzale Bale'a z bardzo daleka?

To by trochę więcej wyjaśniało, choć na pewno nie tłumaczyło fatalnego zachowania Kariusa.

Przy okazji trudno oprzeć się wrażeniu, że zamiast trzymać w zespole dwóch średnich bramkarzy (25-letni Niemiec pokonał w tej wewnętrznej walce Simona Mignoleta), trener Klopp znacznie lepiej by na tym wyszedł, gdyby sprowadził przed sezonem bardziej klasowego zawodnika na tę pozycję. Zresztą, niezwykłym proroctwem wykazał się kilka dni przed finałem Mark Lawrenson, były zawodnik Liverpoolu z lat 80. "Jestem pewny, że Real bacznie przygląda się Kariusowi, uważając, że to jest najsłabsze ogniwo", zwracał uwagę Lawrenson.

Nie byłoby historycznego, trzeciego z rzędu zwycięstwa "Królewskich" w Lidze Mistrzów, gdyby nie nadzwyczajne wyczucie Zinedine'a Zidane'a. Francuz siedzi na ławce Realu dopiero niecałe dwa i pół roku, a pobił już najbardziej nieoczekiwane rekordy. Żadnemu z wielkich trenerów nie udało się dotychczas dwa razy obronić tytułu. Nawet jeśli w pierwszym triumfie można było doszukiwać się szczęśliwej ręki, to kolejne zwycięstwa - a szczególnie to najnowsze z Kijowa, odniesione z takim samym wyjściowym składem (!) jak przed rokiem - nie zostawia żadnych wątpliwości. Zizou ma coś więcej niż szczęście.

A jednak to jego historyczne osiągnięcie jakby zginęło wśród innych informacji i wcale nie chodzi o kapitalny strzał przewrotką Bale'a - jako żywo przypominający uderzenie Zidane'a z finału LM z 2002 roku, tam też podawał Brazylijczyk! - ani nawet o łzy Kariusa i Salaha. To byłoby jeszcze zrozumiałe.

Medialnie, wyczyn Francuza został przyćmiony przez zaskakującą deklarację Cristiano Ronaldo, który zasugerował, że to mógł być jego ostatni sezon w barwach Realu, a być może nawet w Champions League. Innymi słowy, Portugalczyk - który wyrównał osiągnięcie legendy Realu Alfredo Di Stefano, pięciu triumfów w Lidze/Pucharze Mistrzów - znowu najwyraźniej skradł show, choć na boisku był cieniem samego siebie i jednym z najsłabszych zawodników. Zresztą, już na murawie świętował większość czasu nie wspólnie z kolegami, ale na samym środku z rodziną.

Co taka sugestia oznacza? Czy tylko wywarcie presji na prezesie Realu, aby jeszcze głębiej sięgnął do kieszeni, bo różnica w zarobkach z Leo Messim ciągle jest bardzo duża? Czy Portugalczyk rzeczywiście chce zmienić otoczenie i mimo kontraktu ważnego jeszcze kilka lat pragnie odejść po historycznym wyczynie? A może są jeszcze jakieś inne powody?

Dzisiaj można powiedzieć tylko tyle, że mimo słabej postawy, Ronaldo znalazł znakomity sposób, aby ciągle o nim mówiono. To też sztuka. Szczególnie dla bohatera drugiego planu.

Remigiusz Półtorak z Kijowa

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje