Wołowski: Co uratowało Barcę?

Chelsea padła ofiarą własnej taktyki. Przez 180 minut trzymała Barcę w żelaznym uściusku, z którego w chwili agonii wyrwał ją Iniesta. Gdyby nie wychowanek LaMasia Guusa Hiddinka znów okrzyknięto by geniuszem strategii.

WOŁOWSKI: INIESTA, ANTYBOHATER

Reklama

Pomysł Chelsea był prosty: klinczować, trzymać w szachu, nie dopuszczać do bramki Petra Czecha. Wykonanie przez 180 minut ocierało się o ideał. W półfinałowym dwumeczu Barca pokazywała klasę tylko incydentalnie, rywalizacja cały czas toczyła się pod dyktando Anglików. I według planu Hiddinka.

W 90. min na Stamford Bridge drużyna Guardioli była w zasadzie pobita. Bez jednego celnego strzału, grając w dziesiątkę, a może nawet w dziewiątkę, bo najlepszego strzelca Samuela Eto'o właściwie nie było na boisku.

Chelsea się przeliczyła

Ale Chelsea, która pół godziny grała w przewadze w jednym się jednak przeliczyła. Mając wszystkie atuty w ręku trzeba było zdobyć drugiego gola, bo dopóki rywal przegrywał 0:1, dopóty jednym strzałem mógł odwrócić losy rywalizacji.

Każdy, kto gra z Barceloną musi się liczyć z tym, że jedna akcja na 180 minut udać jej się musi. Że jak nie Messi, to Xavi, a jak nie Xavi, to Iniesta - ktoś z trójki genialnych maluchów zrobi coś nad czym nie da się zapanować. Gdy piłkarski świat po raz kolejny bił pokłony przed taktycznym geniuszem Guusa Hiddinka, bohater meczu Essien popełnił błąd, który wykorzystali Messi z Iniestą. Okazało się, że poza wirtuozerią, której w półfinale Barca nie miała szansy pokazać, ma też charakter, który uratował dla niej finał w Rzymie.

Barca ścierała rywali z powierzchni ziemi

O ten charakter drużyny Guardioli pytano właściwie przez cały sezon. Trudno go było dostrzec, bo Barca zajmowała się przede wszystkim ścieraniem rywali z powierzchni ziemi. Sześć goli wbiła na Camp Nou Atletico Madryt, które w tym samym czasie w fazie grupowej Champions League oparło się Liverpoolowi. Pokonała też łatwo Valencię, Real, Sevillę i Villarreal - wszystko co najlepszego ma Primera Division i - jak mówią Hiszpanie: nawet się przy tym nie potargała.

Były - rzecz jasna - momenty kryzysu: jak porażka z Espanyolem na Camp Nou, gdy trzeba było bić się o zwycięstwo w dziesiątkę, albo strata punktów na Vicente Calderon, gdzie drużyna Guardioli prowadziła już 2:0. Szybko jednak wszystko wracało do normy, a cierpienia trwały krótko. W półfinale Barca męczyła się przez 180 minut, ale teraz może poczuć się jak Syzyf, który w końcu wtoczył głaz na szczyt wygrywając z siłami wyższymi walkę o godność.

Barca w potrójnej koronie?

O to chodziło Guardioli, gdy zmieniał zasady w drużynie, gdy uznał, że oprze ją na wychowankach, bo ci w momentach krytycznych dadzą z siebie więcej, niż sprowadzane za dziesiątki milionów gwiazdy zaciężne.

Dziś Barca ma swój upragniony finał, a także szansę na potrójną koronę - 13 maja gra finał Pucharu Króla, mistrzem Hiszpanii może być już w ten weekend, jeśli Real nie wygra w Walencji, a ona pokona na Camp Nou Villarreal. Gdyby wszystko się udało byłby to najlepszy sezon w całej historii klubu, ale w Rzymie Manchester Utd będzie rywalem ponad wszystkich rywali. Silni jak Chelsea, w grze kombinacyjnej niewiele Barcy ustępują, z przebłyskami geniuszu Cristiano Ronaldo - taka jest drużyna Fergusona. A Barca zagra bez bocznych obrońców, bo Abidal i Alves są zawieszeni za kartki.

Żal Terrego, Lamparda ....

Piłkarze Chelsea z pewnością zasłużyli w tym półfinale na coś więcej. Moją prawo być wściekli na arbitra, bo powinien podyktować karnego za rękę Pique. Barca wyrównała po jedynym celnym strzale, a Drogba i Anelka zmarnowali kilka szans stuprocentowych. Do tego największym bohaterem gości był bramkarz Valdes - co dopełnia obrazu wielkiego, niebieskiego pecha.

Mnie nie żal Ballacka, nie żal Hiddinka, który na mundialu w Korei cynicznie wygadywał bzdury, gdy sędziowie przeciągali jego drużynę do strefy medalowej. Ale John Terry, Frank Lampard, Mikael Essien, czy Didier Drogba to piłkarze wielcy, którzy od kilku lat dobijają się o triumf w Champions League, a ich praca przypomina trud Syzyfa. Tym razem kamień odpadł od szczytu w 93. minucie.

PS. Nie było w tym sezonie drużyny, której w dwumeczu Barcelona nie strzeliłaby choć jednego gola. Realowi wbiła osiem, Atletico Madryt dziewięć, Sevilli siedem, Valencii sześć, a Wiśle Kraków cztery. Chelsea była szczęścia najbliżej.

Podyskutuj z DARKIEM WOŁOWSKIM na jego blogu!

Dowiedz się więcej na temat: iniesta | finał | blog | Dariusz Wołowski | FC Barcelona

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje