Wołowski: Noc tragiczna Realu Madryt

Miała być w Madrycie noc magiczna, była noc tragiczna. Tak jak dzień wcześniej Barcelona, Real Madryt także pożegnał Champions League w półfinale. Na Santiago Bernabeu Bayern lepiej strzelał rzuty karne i 19 maja zagra na Allianz Arena z Chelsea.

Między obydwoma półfinałami Ligi Mistrzów można znaleźć sporo podobieństw. Barcelona była faworytem we wtorek, Real w środę. Tak jak Katalończycy prowadzili bezdyskusyjnie 2-0 po 44 minutach, "Królewscy" dokonali tego trzy razy szybciej. Już po kwadransie i dwóch golach Cristiano Ronaldo Bayern zdawał się być na kolanach. Szybko jednak wstał, oprzytomniał i do końca nie pozwolił się znów zamroczyć.
 
Ci, którzy po 15 minutach przyznali zespołowi Jose Mourinho miejsce w finale, a Ronaldo "Złotą Piłkę" przeżyli ostatecznie wielkie rozczarowanie. Portugalczyk wykorzystał rzut karny w 6. min, ale w rozstrzygającej serii jedenastek żelazne mięśnie go zawiodły. Najdłużej nie poddawał się Iker Casillas, który przy stanie 0-2 obronił dwa rzuty karne. Wtedy jednak Sergio Ramos kopnął piłkę w niebo, a za chwilę Bastan Schweinsteiger dał finał Bawarczykom.
 
Mourinho oglądał karne na kolanach. Jakby chciał wybłagać uśmiech losu. Po ostatnim strzale wszedł szybkim krokiem do tunelu. "Droga do Monachium" została zamknięta. Real odpadł z rozgrywek z niewiarygodnym bilansem: 10 zwycięstw, jeden remis i jedna porażka.
 
Na Allianz Arena w Monachium bukmacherzy przewidywali Gran Derbi. Jeszcze w środę rano redaktor naczelny madryckiego dziennika "As" pisał, że przestrzelony karny przez Leo Messiego w pojedynku z Chelsea popsuł zabawę całej Hiszpanii. Kto mógł przypuszczać, że wieczorem swoje nieszczęście "dołoży" także ten drugi z dwójki najlepszych graczy na świecie?
 
Real miał zagrać w finale Champions League pierwszy raz od 10 lat. Drugi rok z rzędu zatrzymał się od niego o krok. Po wylosowaniu Bayernu, w Madrycie zaczęła się debata o "czarnej bestii". I bestia znowu wróciła. Na otarcie łez "Królewskim" pozostanie mistrzostwo Hiszpanii.
 
Przez dekadę Real odwykł od sukcesów w Europie, ale tym razem szansa wydawała się wyjątkowa. "The Special One" zaprzepaścił okazję zdobycia trzeciego Pucharu Europy z trzecią drużyną i pozostania na lata w swoim fachu największym guru. Już w 2004 roku poprowadził do zwycięstwa w Champions League skromne Porto. To był drugi rok jego pracy z drużyną. Sześć lat później sukces powtórzył z Interem, także w drugim sezonie na czele zespołu. Ogłosił wtedy teorię, że po 24 miesiącach dowodzone przez niego drużyny osiągają pełnię możliwości.
 
Florentino Perez mocno w nią uwierzył. "Mou" zdobywał jednak szczyty z klubami o ograniczonych możliwościach finansowych, kiedy jednak stawał na czele drużyn, których prezesi spełniali wszystkie jego zachcianki, było gorzej, jak w Chelsea. Drugi rok w Madrycie zakończy połowiczną detronizacją Barcelony. A mogła być ona pełna, gdyby Real sięgnął po 10. Puchar Europy. Po porażce zespołu Pepa Guardioli, "Królewscy" byli w Champions League największym faworytem. Przegrali więc może szansę życiową.

Reklama

Dyskutuj o artykule z Darkiem Wołowskim

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje