Zatrważające dane dla Barcelony. Milan wykona wyrok?

- Wielu czeka na nasz mecz z Milanem, tylko po to, żeby ogłosić, że ta drużyna jest już skończona – mówi Leo Messi. Od lat Katalończycy nie mieli egzaminu bardziej znaczącego niż ten jutrzejszy, którego stawką jest zaledwie ćwierćfinał Champions League.

"Czy włożyłbym rękę do ognia za nasz awans? Wskoczyłbym do niego cały" - mówi Dani Alves. Od trzech tygodni, od sensacyjnej porażki na San Siro 0-2, magiczne słowo "remontada", czyli odwrócenie losów rywalizacji, pada w Barcelonie częściej niż kiedykolwiek. Zaczął Xavi Hernandez tuż po porażce z Milanem ogłaszając, że wśród wszystkich tytułów zdobytych przez złote pokolenie wychowanków La Masii, brakuje takiego doświadczenia, które można by nazwać wydobyciem się z dna na szczyty.

Reklama

Można się z nim kłócić. Przecież już w finale Champions League w 2006 roku, w Paryżu, Barcelona przegrywała z Arsenalem 0-1, by w końcówce odwrócić losy spotkania. Tamtego pojedynku Xavi nie brał jednak pod uwagę, pamiętają go już tylko nieliczni z obecnej kadry drużyny. Ale gol Andresa Iniesty w półfinale Champions League z Chelsea na Stamford Bridge w 2009 roku był rodzajem "remontady", remis 1-1 dawał grającym w dziesiątkę Katalończykom awans do finału. To samo na mundialu w RPA, rozpoczętym od porażki ze Szwajcarią, zakończonym złotym medalem. Było więc kilka takich przypadków, w których Xavi i jego koledzy znajdowali w sobie dość charakteru, by wyjść z opresji.

Sąd nad Barceloną

Najwyraźniej jednak batalia z Milanem jest czymś szczególnym. Przez pięć ostatnich lat Katalończycy zawsze docierali, co najmniej do półfinału Champions League i nawet jeśli tam odpadali, nikt nie miał podstaw kwestionowania ich wielkości. Tym razem jest inaczej. Po klęsce na San Siro, drużyna dostała dwa razy lanie od Realu Madryt. Passa 13 spotkań ze straconą bramką została przerwana dopiero w sobotę przeciw Deportivo. Barcelona grała ostatnio źle, a jej gigantyczny potencjał zdawał się wyczerpany. Stąd jutrzejszy rewanż z Milanem jest rodzajem sądu nad drużyną, jej sposobem gry, który przez ostatnie lata traktowany był z atencją we wszystkich zakątkach globu.
 
"Coś więcej niż mecz" - taki transparent przygotuje na powitanie mediolańczyków 95 tysięcy fanów na Camp Nou. Dla Barcelony to jest dzień obrony jej futbolowej tożsamości. "Wygramy 3-0 i zadedykujemy to Tito Vilanovie" - obiecuje Gerard Pique. Niedawno Leo Messi opowiadał, że aby zgromadzić w sobie moc do boju o przetrwanie w Champions League, myśli o walce z nowotworem wątroby Erica Abidala. "Jego obecność w szatni, dodaje nam sił. Zrobimy to dla niego i Vilanovy" - obiecał.

Wszystkie te przysięgi podszyte są poważną obawą. Zaledwie przed rokiem na tym etapie Champions League Barca rozbiła Bayer Leverkusen 7-1 po pięciu golach Leo Messiego. Potem w ćwierćfinale wyrzuciła za burtę Milan z Ibrahimovicem i Thiago Silvą, których popadający w kłopoty Silvio Berlusconi zmuszony był sprzedać latem do PSG za 65 mln euro. I teraz, ten dziesiątkowany Milan, w fazie przebudowany ma skazać niedawnych herosów na pożegnanie z Ligą Mistrzów już w 1/8 finału? Coś takiego nie przytrafiło się Katalończykom od 2007 roku. Wtedy wyeliminował ich Liverpool, który zawędrował aż do finału przegranego z Milanem.

Dekada sukcesów w Champions League


Ostatnie lata rywalizacji europejskiej "rozpuściły" kibiców z Katalonii. Od 2006 roku Barca wygrała Champions League trzykrotnie, a co dla jej fanów równie istotne, już od dekady nie wypadła w tych rozgrywkach gorzej niż wielki Real Madryt. Ostatnio zdarzyło się to w sezonie 2003-2004, ale wtedy Katalończycy zakończyli ligę hiszpańską na katastrofalnym szóstym miejscu i w Lidze Mistrzów po prostu nie grali. Potem zaczął się ich triumfalny marsz w górę, aż do finału na Wembley w 2011 roku, kiedy po zdeklasowaniu Manchesteru United, ogłoszono, że nie mają sobie równych.

Jutro będą chcieli pokazać, że dwa lata to nie wieczność. Że Messi jest wciąż tak dobry, a nawet lepszy, tak samo jak Iniesta. Do zdrowia wrócił Xavi, bez niego nic, co ważne dla drużyny się nie odbywa. Tyle, że ten niedoceniany przed zaledwie trzema tygodniami Milan, notuje serię świetnych wyników. W 10 meczach Serie A tego roku nie przegrał (7 zwycięstw, 3 remisy), stracił w nich zaledwie sześć goli. W dwóch ostatnich spotkaniach pobił Lazio 3-0 i Genoę 2-0. Dwie bramki wbił mu tylko Juventus, ale dopiero w dogrywce batalii w Pucharze Włoch. Barca musi więc przełamać jutro defensywę niezwykle solidną, nie mającą nic wspólnego z pokonanym w sobotę 2-0 Deportivo.

Wszyscy jednoczą się w jednym celu


Legendarny Arrigo Sacchi przewiduje, że gracze Milanu poczują strach stawiając stopę na Camp Nou. Atmosfera ma być podniosła, nawet skrajni fani wyłączyli to starcie z protestu przeciw władzom klubu. Tłumy ludzi utworzą mozaikę w narodowych barwach Katalonii, jakby gra szła o coś znacznie więcej niż futbol. Doping ma być najlepszy z możliwych, wszyscy jednoczą się w jednym celu. Tylko czy forma drużyny pozwala na optymizm? Przewidywalna do bólu Barca jest dziś niewiadomą. Trenerzy (kierowani przez leczącego się w Nowym Jorku Vilanovę) próbowali ostatnio korekt taktycznych i roszad w ustawieniu. Wszystko po to, by zaskoczyć Milan, tak jak on zaskoczył Barcę trzy tygodnie temu.

Jeśli więc Katalończycy, przy pełnej koncentracji sił i środków, nie uzyskają jutro swojej wymarzonej "remontady", to będzie dla nich cios nokautujący. Drużyna wciąż jest młoda: tylko Xavi i Puyol przekroczyli trzydziestkę, ale pożegnanie z Ligą Mistrzów już w 1/8 finału to byłaby potwierdzenie najgorszych przeczuć wywołanych trzema porażkami w pięciu ostatnich meczach. W tych pięciu spotkaniach Barca zdobyła zaledwie 5 goli tracąc 8. To są dane zatrważające dla tego zespołu.

Niedawno kapitanowie Barcy zwołali spotkanie drużyny w magicznym dla niej miejscu - restauracji Can Ferran. Jutro wszystko ma wrócić na właściwe tory. Jeśli nie wróci, Katalończycy skupią się na walce o mistrzostwo kraju, ale z obolałym sercem. Wczoraj Real Madryt wyprzedził w tabeli Atletico pierwszy raz w sezonie. Pierwszy raz jego kibice patrzą dumnie na Barcelonę. 13 pkt straty to dużo, ale dla obu hiszpańskich kolosów, od dawna Liga Mistrzów jest najważniejszym miernikiem ich aktualnego stanu. Real, jako główny faworyt, czeka już spokojnie na piątkowe losowanie ćwierćfinałów.

Autor: Dariusz Wołowski

Dyskutuj o artykule z Darkiem Wołowskim

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje