Czy Niemcy płacą za Ronaldo?

​Wojna z bańką futbolową, czyli niepohamowaną spiralą wzrostu kwot transferowych i pensji piłkarzy płaconą przez kluby tonące w długach, przypomina pojedynek Don Kichota z wiatrakami. Porównanie to jest tym bardziej na miejscu, że dotyczy przede wszystkim Hiszpanii, największego imperium futbolowego w Europie.

Po remisie w Paryżu z odradzającym się za katarskie pieniądze kolosem PSG, FC Valencia odpadła z Champions League zarabiając w tym sezonie 16 mln euro. Czeka ją teraz jednak poważniejsza bitwa, poza boiskiem: Komisja Europejska sprawdzi, czy władze lokalne zainwestowały w klub zgodne z prawem.

Reklama

W styczniu tego roku rząd regionu zdecydował, że ze swojej kasy wyda aż 118 mln euro na pokrycie części długów trzech miejscowych klubów: Valencii, Herculesa Alicante i Elche. W ten sposób stał się głównym udziałowcem, a więc i właścicielem klubów. Jest to wątpliwe prawnie pod kilkoma względami.

Czczą stopę chłopca z Rosario


Tłumy oniemiałych ludzi na całym świecie z zapartym tchem przyglądają się rozwojowi najbardziej popularnej dyscypliny sportu. Informację o odlewie ze złota lewej stopy Leo Messiego, wartej ponoć, co najmniej cztery mln euro, można uznać za jeden z symboli aberracji współczesnego świata. Powszechna cześć dla stopy chłopca urodzonego w biednej dzielnicy argentyńskiego Rosario, wznieca zażartą dyskusję: kto za to wszystko płaci? Czy bańka futbolowa tworzona przez kluby tonące w długach, których od lat nie stać na podatki, za to stać na setki milionów na piłkarzy, na serio zagraża piłce nożnej?

Dla przeciętnego mieszkańca Ziemi futbol to najwspanialszy spektakl naszych czasów: kochany do szaleństwa nie tylko w zamożnej Europie, rosnącej w siłę Azji, ale tak samo w biednych jak mysz kościelna Afryce i Ameryce Łacińskiej. Najbardziej zagorzali i zaślepieni fani wiedzą jednak, że zawodowa piłka to znakomite miejsce dla różnego rodzaju przekrętów.

Nie tylko bukmacherskich, sędziowskich, czy łapówkarskich, ale także, a może przede wszystkim finansowych. Wszyscy zadają sobie pytanie: czy jest na świecie, choć jeden klub działający absolutnie uczciwie? Za wzór uchodzi Bundesliga, w jakimś stopniu także liga francuska, ale reszta?

Życie jak w Madrycie, czyli szczodre miasto


W Hiszpanii o to bardzo trudno. Kiedy w 2000. roku jeden z najbogatszych przedsiębiorców w kraju Florentino Perez stawał na czele tonącego w długach Realu Madryt, władze miasta za równowartość 480 mln euro odkupiły od niego tereny starego ośrodka treningowego. Po czym oddały je klubowi do dyspozycji.

Protestowali nie tylko lokalni rywale, ale także Bayern Monachium i Manchester United, dowodząc, że takie praktyki zagrażają normalnej konkurencji: oni sami muszą wypracować fundusze na działalność, tymczasem ich wielki, hiszpański przeciwnik dostaje je za pomocą sprawnego tricku z kasy miejskiej. Sąd umorzył postępowanie w tej sprawie.

Przez ponad dekadę Real stał się najbogatszym klubem na świecie. Co nie znaczy, że nie ma długów. Na liście najbardziej zadłużonych zajmuje miejsce na podium.

Większość klubów w Hiszpanii i Europie żyje z kredytów. Dwa lata temu okazało się, że pierwsze miejsce na futbolowej liście dłużników zajmuje tak szacowna firma jak Manchester United. Jego nowy, amerykańscy właściciele - rodzina Glazerów dokonała rzeczy niebywałej: wzięła kredyt na zakup klubu, a potem wpuściła go w koszty jego działalności.

A więc w praktyce Glazerowie nie wydali na Manchester grosza, zostali jego właścicielami, a jeszcze głowa rodziny wypłacała z kasy klubu grube miliony za doradztwo swojemu synowi. Faktycznym bogactwem Manchesteru są jego fani i genialny trener. Alex Ferguson sprawia, że wydając na transfery znacznie mniej niż inne kolosy, klub z Old Trafford utrzymuje się w europejskiej czołówce.

Dalej śrubują wydatki na transfery


Wyścig zbrojeń trwa: Liga Mistrzów jest mrocznym przedmiotem pożądania dla wszystkich. Nic dziwnego, że w owładniętej kryzysem Europie kluby biją rekordy wydatków transferowych. Cześć pieniędzy pochodzi od szejków i oligarchów.

Roman Abramowicz z Chelsea swoje marzenie o futbolowym tytule nr 1 w Europie spełnił 9 miesięcy temu. Kosztowało go to koło miliarda euro wpompowane w klub przez dekadę. To samo robią szejkowie z Manchesteru City czy Paris Saint Germain, których do inwestycji w paryski klub nakłaniał jego wielki fan, były prezydent Francji Nicolas Sarkozy.

Jego rodak, szef UEFA Michel Platini oficjalnie jest zwolennikiem walki z bańką futbolową. UEFA wprowadza przepisy finansowego fair play, które mają doprowadzić do tego, by kluby wydawały nie więcej niż zarabiają. Nikt nie ma jednak wątpliwości, iż bogacze znajdą kruczki prawne na wpompowanie w futbolowy krwioobieg milionów z zewnątrz.

Pół biedy, gdy bogacz szasta własną kasą na futbol. Gorzej, że rywale, niemający bogatych właścicieli, chcąc dotrzymać kroku w tej piłkarskiej wojnie, zaczynają żyć na kredyt. Nie płacąc podatków, zaciągając długi, łamiąc prawo, byle tylko kupić nowych graczy i mknąć po sukces.

W pogrążonej w kryzysie Hiszpanii, kraju mistrzów świata i Europy, długi klubów wobec samego fiskusa przekroczyły wszelkie dopuszczalne normy - 752 mln euro. Ale Primera Division wciąż jest nr 1 w światowym rankingu. Jak długo? Kiedy ta bańka pęknie? To pytanie wciąż pojawia się w tamtejszych mediach.

Valencia CF, czyli życie na kredyt


Valencia to przykład powolnego upadku mrzonek o piłkarskiej wielkości. W latach 2000-2001 klub dwa razy docierał do finału Champions League, co wśród jego kibiców rozbudziło poczucie wielkości na miarę Realu i Barcelony. Skoro Kastylijczyków i Katalończyków stać na luksus wielkiego klubu, który byłby wizytówką regionu, dlaczego nie mieliby sobie pozwolić na to mieszkańcy Walencji?

20 maja 2004 roku Francisco Camps, zagorzały kibic FC Valencii, ale też polityk u szczytu sławy, szef rządu Walencji aż do 2011 roku, świętował zdobycie przez ukochany klub Pucharu UEFA. Valencia pokonała w finale Olympigue Marsylia 2-0, rywala, który w 1993 roku zdobył dla Francji jedyny Puchar Europy pod przywództwem kontrowersyjnego polityka Bernarda Tapiego.

Przykład Tapiego (jego klubowi udowodniono kupowanie meczów, a on sam został skazany na więzienie za malwersacje) nie okazał się odstraszający dla innych. Camps chciał budować wielkość Valencii wszelkimi sposobami, klub wpadł w spiralę wielkich transferów, operacja zakończyła się fiaskiem.

Jednym z pomysłów na wydobycie Valencii z długów była budowa nowego stadionu i sprzedaż ziemi, na której znajduje się Estadio Mestalla. Dziś budowa stoi i jest jak jak ciężki wyrzut sumienia dla całego miasta. Drużyna gra na starym stadionie, więc nie można go sprzedać.

Rząd Walencji zdecydował pokryć część długów (86 mln), nabywając akcje klubu, więc tym samym stał się jego właścicielem. Mimo tego, zadłużenie FC Valencii wciąż wynosi 379 mln euro. W podobnej sytuacji jest zresztą większość hiszpańskich klubów, które od dawna nie płacą podatków lub wstrzymały wypłaty dla piłkarzy.

UEFA wykluczyła za to z europejskich rozgrywek Mallorkę, a od przyszłego sezonu Malagę. Klub z Andaluzji za kilka dni gra rewanż z Porto o awans do ćwierćfinału Ligi Mistrzów, mimo wszystko sen o szejku budującym sukces sportowy nie jest tam tak błogi jak w Manchesterze, czy Paryżu.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje