FC Barcelona i Wisła Kraków mają podobny problem

"Dobrych piłkarzy do sukcesu poprowadzi nawet teściowa" - głosi znane porzekadło. Ostatnie upadki Barcelony, a na krajowym podwórku Wisły Kraków, dowodzą, że nie zawsze tak jest.

"Guardiola odszedł, ale to żaden problem, bo po nim stery okrętu "Duma Katalonii" przejmie Tito i doprowadzi nas na wyspy szczęścia" - pomyślał zapewne latem prezes Barcelony, Sandro Rosell. Teraz kołata mu w głowie hasło: "Houston mamy problem".

Reklama

Nie tylko do Rosella pewnie dociera, że bez znalezienia charyzmatycznego następcy Pepa pewnie się nie obejdzie. Pytanie tylko, jakie trofea oprócz Pucharu Króla zespół zdąży do tego momentu przegrać?

Dzisiaj okazuje się, że na Camp Nou mają problem i on nie musi zniknąć wraz z powrotem Tity z USA. Z Vilanovą Barca zanotowała najlepszy start w historii, ale już wówczas przestawała imponować stylem. Bramki były bardziej efektem wirtuozerii Messiego czy Iniesty, niż zasługą zespołowej gry.

Teraz do tego doszło zmęczenie organizmów - fizyczne i mentalne. Ileż można wygrywać, ile meczów na najwyższym poziomie rozegrać bez krótkiego choćby kryzysu? Okazuje się, że każdego dopada "dołek" - pytanie tylko, kiedy i jak długo będzie trwał.

Nawet silna i ambitna Justyna Kowalczyk przekonała się ostatnio, że nie da się zostawać w tyle Norweżek podczas mistrzostw świata, skoro robiło się to kilka tygodni wcześniej podczas Tour de Ski.


Piłka jest jednak sportem zespołowym, więc tu rola trenera jako mentora, który z wielu różniących się osobowości tworzy jedną całość, jest jeszcze bardziej istotna.

Przy zachowaniu odpowiedniej skali błąd Barcy powieliła Wisła Kraków. Jesienią pierwszy zespół - jak na krajowe warunki pełen silnych piłkarzy - powierzyła niedoświadczonemu szkoleniowcowi z Młodej Ekstraklasy. Teraz winę za słabą grę i kiepskie wyniki próbuje zrzucić głównie na tegoż trenera. Tymczasem dzisiejszy Tomasz Kulawik nie jest w niczym gorszy od Kulawika z 3 października 2012 roku, któremu klub powierzał misję doprowadzenia zespołu do końca sezonu.

Nie rozumiem zatem zdziwienia, że "Biała Gwiazda" gra czasem poniżej krytyki (w poniedziałek Kulawik został wezwany przez zarząd klubu na dywanik). Fakty są takie, że zimą klub sprzedał najlepszego pomocnika Maora Meliksona, że od dawna nie jest w stanie znaleźć skutecznego napastnika, że nie zatrudnił także doświadczonego i charyzmatycznego trenera. Tych wszystkich zaniechań nie naprawią nawoływania właściciela klubu Bogusława Cupiała w "Rzeczpospolitej": "Widzę Wisłę w Lidze Mistrzów".

Tu dotykamy sedna problemu - dawniej prezes Cupiał od czczej gadaniny wolał czyny. Chciał sukcesów, ale nie opowiadał o nich w gazetach, tylko nie szczędząc grosza kupował najlepszych polskich młodych piłkarzy z Tomaszem Frankowskim, Maciejem Żurawskim, Kamilem Kosowskim, Arkadiuszem Głowackim czy Mirosławem Szymkowiakiem na czele. Z zagranicy sprowadzał nieoszlifowane talenty na miarę Maura Cantora czy Kalu Uche. Adamowi Nawałce, którego tak bardzo teraz pragnie odzyskać, pozwalał zbudować młodzieżowe zaplecze, które rekrutowało się niemal z połowy reprezentacji Polski U-17 i trzech mistrzów Europy U-18 (Łukasz Nawotczyński, Paweł Brożek, Dariusz Zawadzki).

A jak wygląda dzisiaj młodzieżowe zaplecze Wisły? Jak wypada jej atak? Prezesowi Cupiałowi wypada przypomnieć napad "Białej Gwiazdy" sprzed dekady: zawodnikami pierwszego wyboru byli Maciej Żurawski i Marcin Kuźba, na swą szansę czekali Tomasz Frankowski, Daniel Dubicki i Paweł Brożek. Jak jest z tym dzisiaj? Przy całym szacunku dla obu panów, ale Cwetan Genkow z Danielem Sikorskim Wisły nie zbawią. Bez względu na to, kto będzie jej trenerem.

Obecny skład "Białej Gwiazdy" - nawet bez skutecznych snajperów - nie jest jednak na tyle słaby, by zajmować 13. pozycję w lidze i drżeć przed dwumeczem z Jagiellonią Białystok w Pucharze Polski. Charyzmatyczny szkoleniowiec (zimą klub próbował sprowadzić Franciszka Smudę) obudziłby pewnie potencjał drzemiący w tej ekipie, ale Wisła wywiesiła białą flagę, stawiając na oszczędniejszy wariant z Kulawikiem.

Problem w tym, że zaciskanie pasa powinno być również rozsądne. Jeśli Wisła nie przeciśnie się przez furtkę Puchar Polski do Ligi Europejskiej, straci na tym znacznie więcej niż wydałaby na kontrakty dla doświadczonego trenera i np. Pawła Brożka.

Topór (rewanż z Milanem po porażce 0-2 na wyjeździe) wisi też nad Barceloną. Dysponującemu gigantycznym budżetem Rosellowi nie zabraknie środków na znalezienie skutecznego przywódcy szatni "Dumy Katalonii", ale to tylko pozornie łatwe zadanie. Barca to nie Chelsea czy Manchester City, gdzie trenerem może być każdy fachowiec z głośnym nazwiskiem i kontraktem na kwotę z sześcioma zerami na końcu.

Guardiola był skutecznym szkoleniowcem, lecz też żywą ikoną klubu, co w strategii budowy aury unikatowości klubu ze stolicy Katalonii było równie ważne. Guardiola jest Katalończykiem, zwolennikiem dążeń niepodległościowych tej krainy. Guus Hiddink, Roberto Mancini czy jakikolwiek inny wielki trener nie musiałby pasować do układanki "Dumy Katalonii" i tu jest pies pogrzebany.

Poprzedni fachowiec "spoza rodziny", jaki prowadził Barcę, to Radomir Antić, który 10 lat temu cudów z nią nie osiągnął. Wcześniej na Camp Nou białymi chusteczkami kibice pożegnali wielkiego Louisa van Gaala. Trenowanie Barcelony nie jest proste. Zwłaszcza w erze po Guardioli, która rozkaprysiła jej kibiców.

Autor: Michał Białoński

Zobacz wyniki, strzelców bramek i terminarz Pucharu Króla

Dyskutuj na forum, czy to już koniec wielkiej Barcy?

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje