Jak Camp Nou podejmie Mourinho?

Czy mina Sfinksa, z którą przyjmuje zaczepki Jose Mourinho Pep Guardiola sprawi, że Gran Derbi przebiegną pokojowo? Jeśli gorączka na Camp Nou sięgnie poziomu tej sprzed dekady, będzie to pierwsze "zwycięstwo" Portugalczyka.

Zdjęcia świńskiego łba na murawie stadionu Barcy stały się symbolem zbiorowej histerii, do której mogą doprowadzić kibiców nieodpowiedzialne zachowania prezesa. Dziesięć lat mija od Gran Derbi, gdy do Barcelony w koszulce Realu Madryt przyjechał jej były piłkarz Luis Figo. Joan Gaspart tak podjudzał fanów przeciwko "zdrajcy", że mecz zszedł na drugi plan. Światowe media nie relacjonowały goli, akcji i finezyjnych zagrań, ale katalońską manifestację nienawiści wobec piłkarza, który po pięciu latach gry dla Barcy ośmielił się przejść do obozu wroga.

Reklama

Figo jest dla Barcelony postacią symboliczną. Wykorzystał to Jose Mourinho, jeszcze jako trener Interu. Gdy w półfinale ubiegłej edycji Champions League mistrz Włoch mierzył się z drużyną Pepa Guardioli Portugalczyk poprosił rodaka, by usiadł na ławce obok niego. Figo kończył karierę w Interze, dostał tam posadę ambasadora klubu, mecze zawsze oglądał jednak z trybun, aż do chwili, gdy Mourinho wymyślił, iż jego obecność wśród trenerów źle wpłynie na Katalończyków.

Po spotkaniu na Camp Nou dającym Włochom awans do finału gospodarze kompletnie stracili nerwy - uruchomili system nawadniający murawę, by wodą przepędzić z niej świętujących graczy Interu. Mourinho triumfował podwójnie. "Od dziś już nawet Figo może spokojnie przyjechać do Katalonii, mają tam nowego wroga nr 1. Jestem nim ja" - ogłosił.

Dyrektor generalny Milanu Adriano Galliani nazwał kiedyś Mourinho "nieodpowiedzialnym prowokatorem gwałtu". W świecie piłki trudno znaleźć ludzi obojętnych wobec Portugalczyka. Nowy trener Realu sam przyznaje, że gdy ogląda powtórki meczów unika spojrzeń w stronę ławki rezerwowych, by nie wstydzić się za siebie. Wyznał też, że jego żona nienawidzi "The Special One". Ale to właśnie "The Special One" jest najlepszym trenerem świata i Jose Mourinho nigdy się go nie wyrzeknie.

Pep Guardiola stara się nie reagować na zaczepki. Wie, że to gra obliczona na destabilizację przeciwnika. Prywatnie obaj się lubią, choć chyba z każdym dniem coraz mniej. Podczas ich ostatniego spotkania na boisku, w ferworze walki półfinału Champions League na Camp Nou, kiedy Thiago Motta wylatywał z boiska z czerwoną kartką, Mourinho podszedł do Guardioli z twarzą pokerzysty i coś mu szepnął do ucha. "Mylisz się, jeśli sądzisz, że to koniec" - powiedział. Miał rację. Barca musiała odrobić dwa gole z pierwszego meczu, odrobiła tylko jednego, mimo iż rywal przez godzinę bronił się w dziesiątkę.

Przed Gran Derbi 29 listopada prasa hiszpańska przypomina sielski obrazek sprzed 14 lat, gdy Pep Guardiola jeszcze jako piłkarz stanął w obronie Jose Mourinho przed atakującym go trenerem Athletic Bilbao Luisem Fernandezem. "Mou" był wtedy asystentem Bobby Robbsona, a Fernandez zaczął sprzeczkę słowami, że może dyskutować tylko z Anglikiem, bo pomocników ma gdzieś. Fani z Camp Nou do dziś stosują tę samą taktykę. Gdy chcą dopiec Mourinho krzyczą z trybun "traductor" (tłumacz) - bo i taką rolę spełniał u Anglika.

Mourinho mógłby odpowiedzieć w stylu byłego polskiego premiera, że nieistotny jest początek, ale koniec. Każdy trener stawiał pierwsze kroki u czyjegoś boku, ale tylko najwięksi docierają na szczyt samodzielnie. Mou jest właśnie na szczycie, a Gran Derbi to kolejny ważny epizod w drodze po trzeci tytuł mistrzowski w trzech najsilniejszych ligach (angielska, włoska i hiszpańska). Dlatego z każdym dniem mniej będzie w mediach Jose Mourinho, a więcej "The Special One". Ktoś znów nazwie go nieodpowiedzialnym prowokatorem, kto inny wytrawnym graczem, używającym słowa jak oręża.

Mourinho ma wsparcie w swoim rodaku. Nawet po towarzyskim meczu reprezentacji Portugalii z Hiszpanami wygranym aż 4-0 mama Cristiano Ronaldo poskarżyła się prasie hiszpańskiej, że piłkarze Barcelony polowali na nogi jej synka.

Fanów z Katalonii martwić może jednak co innego - Ronaldo zdaje się być w życiowej formie. Na Estadio da Luz w Lizbonie zagrał tylko 45 minut zdążył jednak ośmieszyć kilka razy nie tylko stoperów Barcy Puyola i Pique, ale także kolegów klubowych Ramosa, Xabiego Alonso i Casillasa. Gdy sędzia "ukradł" mu wspaniałego gola zerwał z ręki opaskę kapitana i cisnął o ziemię. Pod wpływem współpracy z Mourinho krew szybciej krąży w żyłach nowego symbolu Realu Madryt. Jego rywalizacja z Leo Messim nabiera niewiarygodnego wręcz tempa.

Ponieważ Guardiola nie daje się sprowokować, zapytano nowego prezesa Barcy, jak fani na Camp Nou przyjmą trenera Realu 29 listopada? "Przywitamy tego pana, jak na to zasługuje" - stwierdził Sandro Rosell przypominając nieco wstydliwe czasy Gasparta. Jeśli przyjazd "The Special One" i Cristiano Ronaldo na Camp Nou obudzi zmory sprzed 10 lat, największym przegranym będzie klub z Katalonii.

A przecież tak niedawno wydawało się, że między wielkimi rywalami zapanowała niespotykana wręcz sielanka. Xavi, Iniesta, Pedro, Puyol, Pique, Villa, Busquets, Valdes, a także Xabi Alosno, Casillas, Ramos, Arbeloa i Albiol świętowali razem w RPA życiowy sukces - tytuł mistrzów świata.

Mecze Realu z Barceloną mają wpisaną pasję w swoją historię. Czasem przeradzała się ona w wojnę uświadamiając obu stronom jak cienka jest granica. Za 10 dni się przekonamy, ile warta była ta nauka?

Dyskutuj o artykule z Darkiem Wołowskim!

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje