Jerzy Dudek: W futbolu przekraczane są granice absurdu

- Jeszcze zanim przeszedłem do Realu, były już "wycieczki marketingowe". Musiał być Ronaldo, Roberto Carlos, David Beckham - wszyscy z ery Galacticos. Piłkarze specjalnie latali prywatnymi samolotami, aby pokazać się na dwie godziny gdzieś w Azji, a następnie wracali nad ranem na treningi i grali w piłkę - wspomina Jerzy Dudek, były zawodnik Liverpoolu i Realu Madryt oraz reprezentant Polski.

Choć pieniądze niemal od zawsze szły z piłką nożną ręka w rękę, to ostatnimi czasy astronomiczne sumy na rynku transferowym wychodzą na pierwszy plan, przykrywając sportową rywalizację. Przykładów nie trzeba szukać daleko: 222 miliony euro za Neymara, 700 milionów euro odstępnego za Lionela Messiego czy nietypowa pora El Clasico. Jerzy Dudek został ostatnio twarzą firmy bukmacherskiej, dlatego rozmowa z byłym bramkarzem reprezentacji Polski jest świetną okazją do porozmawiania o futbolu i biznesie. Były zawodnik Liverpoolu i Realu Madryt przy okazji powiedział nam, jak wyglądał marketing sportowy za czasów jego występów w kadrze narodowej.

Reklama

Pieniądze od zawsze szły ze sportem w parze, ale czy nie przerażają pana te sumy, o których ostatnio słyszymy?

Jerzy Dudek: Nie da się tego ukryć, że budżety niektórych klubów rosną niemal z dnia na dzień. Czytałem, że prawa telewizyjne do Premier League są warte osiem miliardów funtów. Od takiej sumy może się zakręcić w głowie, a "najśmieszniejsze" jest to, że nie widać granicy, końca. Ostatnio zostałem ambasadorem jednej z firm bukmacherskich, ale od razu uspokajam, że wszystko jest prawnie uregulowane. Te pieniądze na pewno zostaną w Polsce, dzięki czemu będzie można przeprowadzać sportowe inwestycje.

Jeśli o tym mówimy, to faktycznie - są regulacje, które moim zdaniem i tak można lekko zmienić, ale to jest temat na zupełnie inną dyskusję. Chodzi mi o takie przestrzenie w sporcie, które nie mają żadnych regulacji i przez chęć zysku rywalizacja na boisku schodzi na dalszy plan. Najbliższe El Clasico odbędzie się 23 grudnia o godz. 13 tylko po to, by rozpropagować futbol w Azji.

- To jest rzeczywiście przekroczenie pewnej granicy absurdu.

Kiedy pan był w Realu Madryt, to jak daleko klub był od tej granicy?

- Jeszcze zanim przeszedłem do Realu, były już "wycieczki marketingowe". Musiał być Ronaldo, Roberto Carlos, David Beckham - wszyscy z ery Galacticos. Piłkarze specjalnie latali prywatnymi samolotami, aby pokazać się na dwie godziny gdzieś w Azji, a następnie wracali nad ranem na treningi i grali w piłkę. Panował niekiedy gigantyczny chaos, ale takie były wymagania rynku. Trudno jest czasem znaleźć balans między wymaganiami sponsora i kibica. Jednak jeśli ta równowaga zostanie zachwiana - jesteśmy świadkami tego typu absurdów. Niestety, ale niektórzy zapominają, że w tym całym przedstawieniu najważniejsza jest gra w piłkę.

Skoro już jesteśmy przy Realu - "Królewscy" przegrali z Tottenhamem, Gironą, zremisowali derbowy mecz z Atletico i ledwo wygrali z Malagą. Wie pan, jakie słowa znowu są odmieniane?

- No tak... "kryzys". Jeżeli Real słabo gra, to od razu jest "kryzys" i popłoch w prasie. Pojawiają się winni całej tej sytuacji, a dziennikarze co chwilę do mnie dzwonią i pytają, "kiedy Real w końcu kupi Lewandowskiego, bo Benzema nic nie potrafi...".

Albo "czy Ronaldo odejdzie".

- Dokładnie. Zawsze są te same problemy i te same pytania. Wydaje mi się jednak, że każdy wielki klub jest do tego przyzwyczajony. Jak nie idzie, pojawiają się znaki zapytania, a wielu kibiców chce natychmiastowych roszad.

A pan?

- Ja jestem spokojny. Pamiętam doskonale, że dwa lata temu Real miał podobny sezon. Rok temu również był słaby początek, a jaki był koniec?

Triumf w Lidze Mistrzów.

- Właśnie. Zinedine Zidane ma wielu krytyków. Niektórzy cały czas nie są przekonani do jego rotacyjnego systemu, ale rok temu, w tym decydującym momencie - czyli marzec, kwiecień, maj - wszystkie trybiki pracowały jak w szwajcarskim zegarku.

Tylko pytanie brzmi, czy uda się w tym roku?

- Trudno powiedzieć. Przed sezonem wydawało się, że jest to zespół nie do pokonania. Teraz lekki kryzys widać gołym okiem.

Wracając jeszcze do pieniędzy i marketingu - pamięta pan zarzuty po mistrzostwach świata w 2002 roku? Kibice mówili, że piłkarze bardziej skupili się na reklamach niż na grze. Mam wrażenie, że teraz nasi reprezentanci "wyskakują z lodówek".

- Tamte komentarze były bardzo przesadzone, ale trzeba przyznać, że wtedy byliśmy kompletnie zieloni w tych sprawach. Nie znaliśmy smaku wielkiej imprezy. To była niedoświadczona ekipa zarówno w sprawach sportowych, jak i właśnie marketingowych, które raczkowały.

Czyli w Rosji powinien być sukces?

- Za nami znakomity rok. Do mundialu zostało sześć miesięcy, a Adam Nawałka jest gwarantem tego, że nasz zespół będzie odpowiednio zmobilizowany. Na pewno dużo optymizmu będzie po losowaniu 1 grudnia.

To na koniec: grupa śmierci i grupa marzeń Jerzego Dudka.

- Na pewno chciałbym uniknąć Hiszpanii, która jest w drugim koszyku. Nie wiwatowałbym też, gdyby Polska trafiła na Japonię albo Koreę. Jeśli chodzi o drużyny zza Oceanu, to groźnie wygląda Meksyk.... A jeśli chodzi o przyjemniejsze zespoły, to ekipy Arabii Saudyjskiej i Panamy. To są drużyny, na które fajnie byłoby trafić.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje