Marzenia się spełniają

"Jesus, ale finał" – pisze na okładce dziennik „Marca”. Po 120 minutach walki i 14 rzutach karnych mistrzowie świata zmogli Włochów, by o triumf w Pucharze Konfederacji zagrać z Brazylią.

Po kuriozalnym finale Euro 2012 stosunki włosko-hiszpańskie wróciły do normy. Mecz sprzed roku w Kijowie był niewytłumaczalnym odstępstwem od reguł, które zapewne nigdy się już nie powtórzy. Hiszpanie pobili wtedy Italię łatwo (4-0), aż zdumiony Iker Casillas prosił sędziego w końcówce, by nie przedłużał włoskich męczarni z szacunku dla nich samych. Ten, kto wyobrażał sobie, iż coś tak dziwacznego jak zdecydowane zwycięstwo mistrzów świata mogło powtórzyć się wczoraj, musiał być w szoku.

Po czterech miesiącach spędzonych na ławce Realu, Casillas sportowo "zmartwychwstał", by ocalić szanse Hiszpanów. W pierwszej części gry Włosi powinni byli mu wbić kilka bramek. W fazie grupowej drużyna Cesare Prandellego grała w defensywie katastrofalnie, w trzech meczach straciła 8 bramek. Kiedy jednak przyszło do prestiżowego rewanżu za Kijów, Hiszpanie długo nie mogli oddać celnego strzału na bramkę Gianluigi Buffona.

Na jak cienkiej linii balansowały szanse "La Roja" uzmysławia przykład Sergio Busquetsa. Defensywny pomocnik Barcelony drugi raz w karierze odważył się podejść do piłki ustawionej 11 metrów od bramki. Przy czym pierwszego karnego przestrzelił, wczoraj przełamał opory uderzając bezbłędnie. W serii 14 jedenastek pomylił się tylko Bonucci, ostatnią wykorzystał Jesus Navas, co pozwoliło prasie hiszpańskiej na wykonywanie triumfalnych gier słownych z wykorzystaniem imienia gracza Manchesteru City.

Puchar Konfederacji jest oczywiście trofeum niższej kategorii. Ale wielu kibiców od startu czekało na finał Brazylia - Hiszpania. Pięciokrotni mistrzowie świata, przeciw mistrzom aktualnym, drużynie, która zdominowała futbol od Euro 2008. Wtedy, w ćwierćfinale także "La Roja" wyeliminowała Italię dzięki ruletce karnych, co zdaniem Xaviego Hernandeza stanowiło psychologiczny przełomem dla Hiszpanów. Z Włochami nie wygrywa się łatwo.

Reklama

Brazylia i Hiszpania nie grały ze sobą oficjalnego meczu od 27 lat. Na mundialu w Meksyku zwyciężyli "Canarinhos" 1-0, ale arbiter nie zauważył, że po strzale Michela Gonzaleza piłka minęła linię bramkową. Obie drużyny awansowały z grupy, ale poległy w ćwierćfinale. W niedzielę zagrają o Puchar Konfederacji, jedyne trofeum, którego "La Roja" nie ma. Do takiej konfrontacji miało dojść już cztery lata temu. Ale w półfinale turnieju w RPA Hiszpanie polegli z Amerykanami.

W niedzielę będą bardziej zmęczeni, ale Vicente Del Bosque zapewnia, iż nie ma zamiaru używać tego argumentu, jako wymówki. U Casillasa, Xaviego, Iniesty i całej reszty możliwość gry przeciw pięciokrotnym mistrzom świata na legendarnej Maracanie wywołuje najwyższy stopień motywacji. Ostatni mecz sezonu może być wydarzeniem przerastającym jego faktyczną stawkę.

Brazylia ma dość globalnych zachwytów nad Hiszpanami. Sama gra brzydko. Ale zwycięża. Z efektownym bilansem 4 zwycięstw i 11-3 w bramkach dotarła do finału rozprawiając się w środę z jednym z najbardziej niewdzięcznych swoich rywali. Tak jak dla Hiszpanów Italia symbolizuje drogę przez mękę, tak dla "Canarinhos" Urugwaj.

Z dwóch półfinalistów w Belo Horizonte, zdecydowanie łatwiej było rozpoznać gości. Urusi to w światowej piłce największy fenomen, można go wręcz nazwać najmniejszą z potęg. Nie ze względu na osiągnięcia (dwa mistrzostwa świata i 15 tytułów mistrza Ameryki Płd), ale obszar i liczbę ludności, z których wyrasta piłkarskie supermocarstwo. Plamkę na mapie wciśniętą między gigantów z Argentyny i Brazylii zamieszkuje 3,5 mln ludzi, wszyscy zmieściliby się w mieście, w którym w środę rozegrano półfinał Pucharu Konfederacji.

"Charrua" - przydomek urugwajskiej drużyny pochodzi od Indian zamieszkujących to terytorium w czasach konkwisty. Tyle mają wspólnego z Urugwajczykami, co mieszkańcy Paragwaju z Guarani, lub Meksykanie z Aztekami. Pozostał mit o determinacji i dzielności, z którym kolonizatorzy nowego świata w bezwzględny sposób rozprawili się mieczem. W jakiś dziwaczny sposób piłkarze oddają hołd ludom spisanym na straty.

Charakter i sposób gry piłkarzy Urugwaju pozostaje jednak niezmienny. Nie ma tam miejsca dla skupionych na sobie gwiazdorów, zajmujących się futbolowym kuglarstwem. Największe indywidualności jak Diego Forlan, Luis Suarez i Edinson Cavani harują niczym woły. W czasach wielkości "Urusi" budzili podziw całego świata, w czasach kryzysu traktowani byli jak pospolici, boiskowi zabijacy. Nigdy nie oddawali jednak ważnego meczu za darmo, identycznie jak Włosi.

W środę ich szanse zredukował najbardziej kultowy piłkarz. Diego Forlan, który wydaje się grać już raczej za zasługi, nie wykorzystał rzutu karnego. Luis Suarez pozbawił go tytułu najskuteczniejszego gracza w historii drużyny narodowej, tłumaczy jednak, że nikt nigdy nie odbierze Diego miłości całego kraju. Trzy lata temu na mundialu w RPA właściwie w pojedynkę Forlan przeprowadził zespół do strefy medalowej. Malutki kraj znów mógł poczuć się piłkarsko wielki.

Urugwajczycy grali w środę po swojemu. Zaskakujące, że ten styl przejmuje 200-milionowe imperium z Brazylii. "Canarinhos", uznawani za największych artystów w świecie piłki, doczekali zespołu, który więcej walczy niż czaruje faulując przy tym częściej niż przeciwnicy. Z estetycznego punktu widzenia drużyna Luiza Felipe Scolariego jest "ciężkostrawna", ale osiąga swoje cele. Na Pucharze Konfederacji wygrała wszystkie mecze, wbijając rywalom aż 11 goli.

Póki co, o "jogo bonito" troszczy się Neymar. Czasem wychodzi mu to pokracznie, gdy wdaje się w boiskowe awantury, lub nadużywa dryblingu, ale coraz częściej dorasta do roli gwiazdy, na którą został skazany. Obserwujący Puchar Konfederacji z drugiej strony oceanu Leo Messi komentuje: "Oby Neymar grał tak na Camp Nou, jak teraz w Brazylii".

W niedzielę dojdzie do starcia z kumplami z Barcy. Neymar i Iniesta rywalizują o tytuł gracza turnieju. Po Euro 2012 Brazylijczyk, jeszcze nie mając pewności, że zagra w Barcelonie, napisał sms-a do Hiszpana: "dobra robota, czekamy na was na Maracanie". I oto życzenie się spełnia na rok przed mundialem.

Mecz ma tak wiele podtekstów, że nie jest przesadą nazywanie go finałem marzeń. Publiczność w Brazylii przyjmuje Hiszpanów cierpko, najczęściej gwizdami. Brazylijskie media opisały, że po inauguracyjnym starciu z Urugwajem, gracze "La Roja" urządzili sobie seksualnego pokera z miejscowymi dziewczynami. Piłkarze Del Bosque grożą sądem. Na pewno nie bez znaczenia byłby rewanż na wypełnionym po brzegi legendarnym stadionie.

Autor: Dariusz Wołowski

Porozmawiaj o artykule i przebiegu finału na blogu Darka Wołowskiego

Dowiedz się więcej na temat: Jesus Navas | Neymar | Vicente Del Bosque | Luiz Felipe Scolari

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje