Polski klub PFC Victoria Londyn awansował do 11. ligi w Anglii

Fachowcy chwalą ich za najlepszy w niskich ligach styl gry. Kibice przeciwnych drużyn niemiłosiernie obrażają. - Biją głównie w nasze pochodzenie - opowiadają. Poznajcie historię polskiego klubu PFC Victoria Londyn, który pnie się po szczeblach piłkarskiej Anglii.

Trzy awanse w trzy sezony - taki był cel na pierwsze lata działalności Victorii Londyn. Dwie trzecie planu zostało już wykonane. 15 maja polski klub awansował na 11. szczebel rozgrywkowy w Anglii. Zespół prowadzony przez Emila Kota dopiero się rozkręca.

Reklama

Emil Kot, pasjonat z doświadczeniem – tak chyba w skrócie można opisać menedżera, trenera i skauta Victorii Londyn. To, co większość z nas robi w świecie wirtualnym przy okazji prowadzenia klubów w Football Managerze, Kot postanowił urzeczywistnić. I tak oto, w 2016 roku, wraz z pomocą Tomasza Słowiaka, powstał polski klub w angielskich strukturach rozgrywkowych. Wkrótce do zespołu dołączył Robert Błaszczak, który od razu zajął się sprawami organizacyjnymi.

Ambitni Polacy zaczynali na 13. szczeblu rozgrywkowym. W przyszłym sezonie, po zwycięstwie w ostatniej kolejce tegorocznych rozgrywek z New Hanford 3-1 i zapewnieniu sobie mistrzostwa Middlesex County League Division One, Victoria zagra już na szczeblu jedenastym. Śmieszny poziom? Być może w wielu przypadkach tak jest, jednak wszyscy w PFC do tematu podchodzą bardzo poważnie. Zresztą wystarczy spojrzeć na skład: Bartłomiej Fogler, Dawid Krzemień czy Piotr Murawski to piłkarze z ligową przeszłością – od Ekstraklasy do I ligi. W środku pomocy Victoria może liczyć na Michała Janickiego, wicemistrza Europy U-16 z 1999 roku, który w barwach Wolfsburga dwa razy zagrał w Bundeslidze. W serwisie 90minut.pl jego kariera ucina się na 2008 roku.

- Cieszę się, że udało się namówić Michała do gry dla nas. Duża w tym zasługa Tomka Słowiaka. Mimo małej nadwagi Michał cały czas daje nam wiele jakości na boisku. Gry w piłkę się nie zapomina – mówi z uśmiechem Kot.

"Jakość", to słowo-klucz w Victorii. Aż przypomina się słynna konferencja Allena Iversona, na której z ust byłego koszykarza wielokrotnie padło słowo "practice". Tutaj wszyscy myślą o "jakości". Od samego powstania klubu, drużyna miała grać ładnie dla oka, co na "trawnikach", jak nazywa niektóre boiska Błaszczak, wcale nie należy do najłatwiejszych rzeczy. Ale to właśnie „jakość” i próby budowania akcji z głową, w przeciwieństwie do najczęściej stosowanego w amatorskich rozgrywkach "kick & rush" sprawia, że PFC zyskuje coraz to szersze grono sympatyków.

- Ostatni mecz z New Hanford musieliśmy wygrać, by zdobyć mistrzostwo. Szybko straciliśmy jednak bramkę, ale ostatecznie wygraliśmy 3-1. Kiedy świętowaliśmy awans w pubie, podszedł do mnie gość, który prowadzi popularnego bloga „London Football Guide”. Stwierdził, że na tak niskim poziomie nie widział jeszcze drużyny, która grałaby tak przemyślany futbol – opowiada Błaszczak, obecnie dyrektor sportowy PFC.

- Powiedział również, że choć przegrywaliśmy na początku, ani przez chwilę nie martwił się o korzystny dla nas wynik. Ma teraz pojawiać się na meczach Victorii znacznie częściej – dodaje.

Poziom? Na tak niskich rozgrywkach to prawdziwa loteria. Związane jest to z nieustabilizowaną sytuacją kadrową praktycznie wszystkich zespołów. Hej, to w końcu pełna amatorka i ludzie normalnie pracują. Dzięki kontaktom, niektóre zespoły, jak właśnie PFC, są w stanie namówić na grę piłkarzy z ligową przeszłością, ale są też ekipy złożone z osób, które od zawsze z dyscypliną związane były tylko na poziomie rekreacyjnym.

- Każdy, kto z mną rozmawia, pyta o poziom (śmiech). Zdarzają się mecze na poziomie naszej III ligi. Przekrój umiejętności zespołów jest bardzo szeroki – ocenia Kot.

- Na jednym z meczów obecny był trener rezerw Queens Park Rangers Paul Hall. Był pozytywnie zaskoczony stylem naszej gry – wspomina Bartosz Andryszak, środkowy obrońca PFC i… analityk w pierwszej drużynie QPR. Tę postać zostawmy na później.

Próby gry ładnej dla oka pozytywnie wpływają na frekwencję. Już teraz zespół może pochwalić się rekordem – 350 widzów na meczu. 12. szczebel rozgrywkowy, tak tylko dla przypomnienia.

- Jesteśmy swego rodzaju ciekawostką na piłkarskiej mapie Londynu. Tutaj większość zespołów ogranicza się do „lagowania”. Klasyczna angielska piłka. My proponujemy coś innego i na razie dobrze to nam wychodzi – mówi Błaszczak.

Kosa z Larkspur Rovers

Choć klub ma niespełna dwa lata, już teraz można mówić o największych rywalach. Wszak hasło „bić mistrza” obowiązuje wszędzie. I tak Polacy mają na pieńku z… Rumunami, którzy na podobnych zasadach tworzą klub VOS. To właśnie w starciu z nimi doszło do najbardziej kuriozalnej sytuacji w krótkiej historii Victorii. Najlepiej opowie o niej Emil:

- Mecze z VOS to zawsze prawdziwe bitwy. Dosłownie, bo ani oni, ani my aniołkami nie jesteśmy. Tak było i w spotkaniu, które udało nam się wygrać 3-2. Po meczu sprawdziliśmy, że rywale wystawili do gry nieuprawnionego zawodnika. Co ciekawe, był to Razvan Tudor, którego można znaleźć w serwisie Transfermarkt.de. Komisja przyznała nam walkower. Okazało się jednak, że kilka spotkań wcześniejw trakcie meczu sędzia wdał się w pyskówkę z jednym z naszych kibiców. Chcąc pokazać kto tu rządzi, w protokole wpisał, że czerwoną kartkę „za dyskusje” pokazał Bartkowi Foglerowi. Pechowo dla arbitra, Bartka nie było nawet wtedy w mieście. Z Robertem ustaliliśmy, że nie zapłacimy kary za czerwoną kartkę. Stanęło na tym, że za mecz z VOS żadnej z drużyn nie przyznano punktów ze względu na to, iż nie zapłaciliśmy przed meczem za ową kartkę. Bardzo to wszystko zagmatwane, ale takie są uroki niższych lig.

Jeszcze bardziej zawzięci od Rumunów z VOS są gracze Larkspur Rovers. Z tą drużyną Victoria do końca biła się w tym sezonie o mistrzostwo.

- Goście z Rovers potrafią przychodzić na nasze mecze tylko po to, by dopingować rywali. Chyba szczerze nas nienawidzą (śmiech) – mówi Błaszczak.

Pozostając w temacie kibicowskim, nie brakuje prowokacji ze strony Anglików. „Obcy” nigdy nie będą mieli łatwego życia.

- Nie ma meczu, na którym nie nasłuchalibyśmy się obelg pod naszym adresem. Głównie fani przeciwnych drużyn biją w nasze pochodzenie. Co nam pozostaje? Zamykamy im usta wynikami – komentuje Andryszak.

"Kariera-widmo" defensora

Bartosz Andryszak to równie ciekawa postać. Od wielu miesięcy związany z występującym na zapleczu Premier League QPR. Niedawno awansował na analityka pierwszej drużyny. Pracę u Steve’a McClarena dzieli z grą dla PFC. Swoją drogą, na Loftus Road powinni być zadowoleni z takiego układu.

- Daje mi to możliwość jeszcze innego spojrzenia na rozgrywanie akcji. Co innego analizowanie systemu z wysokości trybun, co innego przebywanie w samym centrum wydarzeń. QPR ma więc analityka pełną gębą – żartuje Bartek.

Nie ma natomiast mowy o jakimkolwiek rozpracowywaniu rywali przy okazji PFC. Nigdy do końca nie wiadomo, w jakim składzie przyjadę przeciwnicy. Istnieje natomiast analiza na bieżąco, w trakcie trwania meczów. Przerwy zazwyczaj są bardzo merytoryczne. W klubie są osoby, które naprawdę wiedzą, o co w tej grze chodzi.

O ile doświadczenie w pełnionej przez siebie roli w QPR Andryszak ma już spore, tak nie można tego powiedzieć o piłkarskiej karierze.

- Piłkarska kariera? W moim przypadku do „kariera-widmo” (śmiech). Nigdy nie byłem w żadnym systemie szkoleniowym. Piłkę próbowałem kopać najwyżej w naszej A klasie, a jeśli chodzi o sport wyczynowy, to zdecydowanie bliżej mi do judo, które trenowałem przez dziewięć lat. Trener jest ze mnie zadowolony, więc jak na piłkarskiego samouka to chyba nieźle –mówi.

- Emil doskonale wie, jak wygląda sytuacja ze mną. Jeśli tylko mam wolne w QPR, jestem gotowy do gry. Plusem jest to, że na razie nie muszę jeździć na wyjazdy z zespołem McClarena. Zamierzam więc w przyszłym sezonie powalczyć o kolejny awans – dodaje Andryszak.

Skauting wcale nie taki amatorski


Awans po awansie nie jest dla ludzi w Victorii zaskoczeniem. Taki był plan. Kot, który wcześniej doskonale poznał niższe rozgrywki, nie ukrywał, że na pierwszych trzech szczeblach Victoria nie powinna mieć problemów. 2/3 planu zostało więc wykonane. W klubie już myślą o kolejnym sezonie i przygotowują wzmocnienia. Szeroko pojęty skauting w Victorii jest całkiem solidnie rozwinięty. W końcu Kot ma za sobą dwa lata pracy w West Hamie United, gdzie wyszukiwał młodych piłkarzy dla „Młotów”.

- Zawodników szukamy na kilka sposobów. Kilka razy do roku organizujemy otwarte treningi. Mogą na nie przyjść praktycznie wszyscy, którzy czują się na siłach, by zaprezentować swoje umiejętności na tle reszty zespołu. Drugim sposobem jest korzystanie z siatki kontaktów. W Londynie przebywa wielu byłych ligowców, również tych z przeszłością w Ekstraklasie. Jeśli sami nie są zainteresowani grą, to zawsze mogą kogoś polecić. Trzecia opcja to prowadzony w Polsce projekt „Ty też masz szansę”. Dzięki niemu trafili do nas choćby Łukasz Niemiec, Grzegorz Wąś czy Jakub Perske. Pierwszy z nich ma za sobą treningi z pierwszą drużyną Piasta Gliwice, gdy zespół prowadził Radoslav Latal. Ostatnim sposobem wyszukiwania ciekawych piłkarzy z polskimi korzeniami jest obserwacja akademii klubów z wyższych lig. Wielu młodych zawodników nie ma tam większych szans na przebicie się wyżej i wtedy dajemy im szansę. Najlepszym przykładem jest Filip Chałupniczak z rocznika 2001, nasz podstawowy bramkarz, który trenuje w College’u Queens Park Rangers – opowiada Kot.

Menedżer PFC pozostaje w dobrych kontaktach z Marcinem Matuszewskim, który odpowiadał m.in. za transfer Igora Angulo do Górnika Zabrze. To właśnie dzięki Matuszewskiemu na testy do Victorii trafił jakiś czas temu Alex Gogić, bramkarz szkolony przez akademię Reading oraz New York Red Bulls, mający za sobą epizod w akademii Nike oraz Fleetwood Town. Obecnie klub stara się namówić na grę Krzysztofa Nalborskiego, byłego zawodnika klubów z walijskiej ekstraklasy – m.in. Aberystwyth Town, który zdaniem Kota byłby ogromnym wzmocnieniem.

- Na początku naszej przygody rozmawiałem długo z Mariuszem Ujkiem, z którym znam się z czasów Polonii Warszawa. Niestety, wtedy Victoria była jeszcze w powijakach, więc było zdecydowanie za wcześnie na taki transfer. Myślę, że teraz nie byłoby z tym problemów – mówi Kot.

PFC nie ogranicza się wyłącznie do graczy z Polski lub piłkarzy z polskimi korzeniami. Całkiem niedawno na treningi do Victorii miał zawitać były pomocnik Arki Gdynia Rashid Yussuff, jednak jak opowiada Kot, Anglikowi tak długo nie zgrywały się terminy i odległość do Feltham, że w końcu wylądował… na Islandii. Obecnie gra w klubie Vikingur Olafsvik.

- Nie zamykamy się na zawodników z innych krajów. Zdajemy sobie sprawę, że czym wyżej będziemy w piramidzie rozgrywkowej, tym ciężej będzie nam opierać skład wyłącznie na Polakach. W zeszłym sezonie grał już u nas np. Anglik, który pochodzi z Ghany, Perry Osei-Tutu (rocznik 1999). Nie przebił się w akademii Reading i chętnie do nas dołączył. Teraz jest w klubie z dziewiątego szczebla, ale nie gra tam zbyt wiele i wcale nie wykluczam, że do nas wróci – ocenia Kot.

- Trenował również z nami Rosjanin, obecnie często w zajęciach bierze udział Mołdawianin, przez chwilę był z nami Bułgar. Próbujemy również pozyskać pewnego Rumuna, którego chłopaki wypatrzyli w lidze szóstek, a który ma całkiem bogatą przeszłość ligową – dodaje.

„By coś po nas pozostało”

Teraz przed Victorią rywalizacja na 11. szczeblu. Przeskok jeden poziom wyżej robi różnicę.

- Dobrze, że udało nam się wygrzebać szybko z tego bagienka – przyznaje Andryszak.

Do tej pory polski klub zmagał się nie tylko w rywalami, ale również z… niepełną obsadą sędziowską. Na tym poziomie wymogiem była tylko obecność na meczu arbitra głównego. W wielu przypadkach na liniach chorągiewkami machali wyznaczeni gracze, po jednym z dwóch zainteresowanych drużyn. Dochodziło do absurdalnych decyzji.

- Było to bardzo frustrujące. W końcu zadecydowaliśmy, że będziemy płacić dodatkowe pieniądze, by rozgrywać spotkania przy pełnej obsadzie sędziowskiej. Z jednej strony nasz budżet mocno na tym ucierpiał, ale z drugiej, jeśli byśmy tego nie zrobili, być może nie moglibyśmy się teraz cieszyć z awansu – mów Błaszczak.

PFC pnie się coraz wyżej. Wzrastają również wymagania licencyjne. Liga, w której w nadchodzącym sezonie o punkty walczyć będzie polski klub, jest ostatnią, która nie wymaga od drużyn posiadania zespołów U-23. W Victorii już teraz jednak o tym myślą.

- Chcemy być zawsze dwa kroki do przodu. Staramy się myśleć przyszłościowo. Marzeniem Emila było stworzyć klub, który będzie prezentował dużą jakość. Nie chodzi tu tylko o styl gry. Teraz wszyscy ciężko pracujemy, by za 10-15 lat dostać się nawet do National League (piąty szczebel rozgrywkowy w Anglii – przy. red.). Chcemy, by coś po nas pozostało – kończy Błaszczak.

Mateusz Kalina

Dowiedz się więcej na temat: PFC Victoria Londyn

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje