Real i Barcelona - dwa różne punkty

Real Madryt trwa w niemocy - po porażce z Levante, zremisował bez bramek w Santander "nie dając oznak życia". Barcelona dwa razy przegrywała w Walencji, ale Pep Guardiola był dumny z postawy drużyny i zdobytego punktu.

Gdy zabrzmiał ostatni gwizdek na "El Sardinero" Florentino Perez zbiegł do szatni, by dodać otuchy swoim piłkarzom. Uścisnął też Jose Mourinho, który przybity szedł właśnie na konferencję prasową. Czy ostentacyjny przypływ uczuć prezesa osłodził trenerowi Realu fatalną grę jego piłkarzy? "Jestem poważnie zaniepokojony" - powiedział "The Special One" dodając oczywiście w swoim stylu, że rywale z Racingu wciąż symulowali, co uniemożliwiło jego ludziom konstruowanie płynnych akcji.

Reklama

"Real nie daje znaku życia" - komentuje stołeczny dziennik "Marca" mający coraz więcej pretensji do trenera "Królewskich". Faktycznie nawet w madryckich mediach "Mou" przestał być nietykalny, pojawiło się też sporo doniesień o jego konfliktach z piłkarzami. Za porażkę z Levante publicznie obwinił Samiego Khedirę, w Santander wysłał na ławkę Sergio Ramosa, podobno dlatego, że ośmielił się powiedzieć, iż tamta klęska nie była winą sędziego.

Co mają te wszystkie nieporozumienia wspólnego z prostym faktem, że w dwóch ostatnich meczach drużyna z Madrytu nie zdobyła gola, oddając zaledwie cztery uderzenia na bramkę? Cztery. A przecież jej średnia strzałów jest zwykle zdecydowanie najwyższa w całej lidze! "Nie dorastamy do poziomu Realu Madryt" - powiedział samokrytycznie Iker Casillas. Te słowa kontrastują ostro z wywiadem udzielonym miesięcznikowi GQ, w którym legendarny bramkarz reklamuje obecny zespół "Królewskich" jako najlepszy na świecie. Kibice Manchesteru United musieli pękać ze śmiechu.

Drużynę Jose Mourinho wciąż dzieli od szczytu daleka droga. Trudno zgadnąć skąd tak dobre samopoczucie w Madrycie, skoro w ostatnich trzech latach drużyna zdobyła zaledwie jedno trofeum (Puchar Króla). Ten sezon miał być przełomowy - "Mou" prowadzi zespół drugi rok, latem dostał właściwie wszystkich graczy, jakich chciał. Po efektownym starcie Real szybko zaczął gasnąć. Nie znaczy to, że się nie obudzi. W Primera Division traci do Barcy zaledwie punkt, w Champions League wszystko będzie się decydowało dopiero wiosną. Na razie nie ma jednak przesłanek pozwalających twierdzić, że w stolicy Hiszpanii rodzi się drużyna zdolna zdetronizować Manchester United i Barcelonę.

Zespół Pepa Guardioli także stracił wczoraj punkty, tyle, że w zupełnie innym stylu. Trener Barcelony popełnił błąd wystawiając na Mestalla trójkę obrońców. Daniel Alves był ustawiony wysoko, więc Jeremy Mathieu szalał bez przeszkód lewym skrzydłem. Valencia miała w pierwszej połowie kolosalną przewagę prowadząc niemal wszystkie ataki właśnie tą stroną boiska. Tak padły oba gole dla lidera, a gdyby w 25. minucie najskuteczniejszy gracz gospodarzy Roberto Soldado potrafił wpakować piłkę do pustej bramki, Barca pewnie by już nie wstała z kolan.

W przerwie Guardiola skorygował swoje błędy wracając do ustawienia 4-3-3 i Katalończycy zaczęli dominować. Lionel Messi zmarnował sytuację sam na sam z bramkarzem, ale asystował przy golach Pedro (13.) i Cesc Fabregasa (76.). Byłby "ojcem sukcesu" gdyby w 85. minucie David Villa wykorzystał jego kolejne genialne podanie, ale "El Guaje" przegrał pojedynek z Vicentem Guaitą. Trener Barcy był jednak zachwycony reakcją drużyny i wynikiem, a media w Hiszpanii oceniły mecz, jako najlepszą promocję Primera Division.

Fabregas znów jest na ustach wszystkich. Piłkarz z numerem cztery na koszulce został pierwszym pomocnikiem Barcy, który zdobył gole w czterech meczach otwierających sezon. Ma tyle bramek, co Cristiano Ronaldo, a przecież zaledwie kilka miesięcy temu "CR7" poprawił historyczny rekord Hugo SanchezaTelmo Zarry (40 goli w sezonie).

Widmo "ligi dwojga" przestało na chwilę prześladować Hiszpanów. Tuż po pierwszej kolejce, gdy Real wygrał 6-0 w Saragossie, a Barca 5-0 z Villarreal, prezes Sevilli Jose Maria del Nido zebrał szefów pozostałych klubów, by przekonać ich do dokonania rewolucji w podziale pieniędzy za transmisje telewizyjne. To przez finansowe dysproporcje Primera Division stała się, według del Nido, "wielkim g", w którym dwa najbogatsze kluby biją wszystkich rywali nie wrzucając nawet piątego biegu.

Tymczasem okazuje się, że rywale nie są tak bezradni wobec pary kolosów. Fani Realu obawiają się wręcz, że na Levante i Racingu się nie skończy, bo oba skromniutkie kluby pokazały reszcie sposób na drużynę Jose Mourinho. Wystarczy ustawić trzy linie zasieków obronnych przed swoją bramką, by doprowadzić Ronaldo, Mesuta Oezila, Kakę i resztę do bezsilności i frustracji.

Prasa hiszpańska świętuje także inne odkrycie. Że walka o tytuł króla strzelców też nie musi być "sprawą dwójki". Soldado, a także nowy piłkarz Atletico Madryt Radomel Falcao zdobyli już po pięć goli, tyle co Leo Messi i więcej niż Cristiano Ronaldo. Lokalny rywal Realu przechodzi piłkarską metamorfozę, zaczyna grać futbol tak kombinacyjny, jak nigdy wcześniej z Diegiem ForlanemSergiem Aguero. W statystykach posiadania piłki wyprzedza go tylko Barcelona, która pod tym względem nie ma sobie równych w historii futbolu.

W sobotę na Camp Nou kolejny hit Primera Division. Barca podejmuje Atletico (dogoniło w tabeli Real). Messi zmierzy się więc z Falcao bezpośrednio. Tymczasem "Królewscy" podejmują Rayo Vallecano, idealnego rywala, by przełamać impotencję strzelecką.

Dyskutuj o artykule z Darkiem Wołowskim

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje