Właśnie tak odbudowali potęgę Belgowie, czyli "Czerwone Diabły" na Copacabanie

Arsenal, Chelsea, Manchester United - pretendenci do tytułu w angielskiej Premiership, Atletico Madryt - pierwszy od wielu lat, który ma szansę przełamać hegemonię Realu i Barcelony w Hiszpanii oraz etatowi uczestnicy Ligi Mistrzów, FC Porto i Zenit Sankt Petersburg. Co łączy te znane i wielkie kluby? Ich zawodnicy stanowią o sile reprezentacji Belgii, która z Kopciuszka i dostarczyciela punktów (między innymi Polsce), przeobraziła się w potęgę światowego futbolu, wymienianą jako potencjalny medalista w Brazylii.

Belgijski futbol od zawsze cieszył się szacunkiem. Może nie ze względu na sukcesy reprezentacji, która w całej historii może poszczycić się srebrem i brązem w mistrzostwach Europy oraz czwartym miejscem na MŚ w 1986 roku, ale kluby z tego kraju imponowały grą w europejskich pucharach.

Reklama

Poza tym, zawodnicy rodem z Flandrii i Walonii byli wiodącymi postaciami w silnych drużynach Anglii, Hiszpanii czy Włoch. Złoty okres belgijskiego futbolu przypada na lata 1982-2002, kiedy reprezentacja awansowała na wszystkie możliwe turnieje finałowe mistrzostw  świata.

Pierwszą zapowiedzią końca dobrych czasów stało się współorganizowane z Holandią Euro 2000. Gra na własnym terenie zwiększa presję sukcesu, z czym belgijscy piłkarze zazwyczaj na poziomie reprezentacyjnym nie mieli do czynienia. Mimo dobrego wejścia w turniej (wygrana 1-0 ze Szwecją), dwa następne mecze - z Włochami i Turcją - zakończyły się porażkami 0-2.

Dla każdego gospodarza odpadnięcie w fazie grupowej stanowi upokorzenie, jednak nie można tu mówić o zaskoczeniu. Belgowie prezentowali się słabo, popełniali proste błędy w defensywie, a w ataku wsparcia nie miał - określany wtedy jako złote dziecko - Emile Lokonda Mpenza.

Problem słabej gry i braku utalentowanej młodzieży nie został zlekceważony i mimo awansu na MŚ w 2002 roku, działacze belgijskiej federacji postawili diagnozę: młodzi zawodnicy byli pomijani przez kluby, przez co najzdolniejsi wyjeżdżali za granicę (głównie do Francji i Holandii), gdzie często przepadali w szerokich kadrach tamtejszych zespołów.

Wymyślono środek zaradczy - stworzono system, w którym stawianie na młodych zawodników będzie standardem, a juniorzy wchodzący do dorosłego futbolu mieli świadomość, że dostaną prawdziwą szansę na regularną grę.

Ratowania belgijskiego futbolu podjął się dyrektor techniczny tamtejszej federacji Michel Sablon, którego doświadczenia przedstawił angielski dziennik "Daily Mail". Jego zdaniem, piłka nożna ciągle się zmieniała, a Belgia nie potrafiła się do tego cyklu dostosować.

Dodatkowo zauważył, że nie ma silnej reprezentacji bez profesjonalnie zarządzanych i silnych klubów, a jako wzór stawiał takie państwa jak Francja, Holandia, Hiszpania i Niemcy. Właśnie z przedstawicielami tych krajów Sablon organizował dwa razy w roku spotkania, na których dowiadywał się o systemie szkolenia młodzieży i ich wdrażania do seniorskiej piłki, a następnie wprowadzał te rozwiązania do belgijskiej piłki.

Powstałe w ten sposób założenia trafiły do trzech grup: klubów, drużyny narodowej i trenerów. Głównym założeniem był system gry, którym miały grać wszystkie drużyny U-18 - zdecydowano się na ustawienie 4-3-3 z dwoma skrzydłowymi i czterema obrońcami w linii. W tym czasie tego typu formacja taktyczna nie było popularna, a na większości europejskich boisk dominował system 3-5-2.

Taka unifikacja nie spotkała się początkowo z aprobatą klubów, dla których najważniejszy był wynik. Sablonowi i jego współpracownikom zajęło około 6 lat przekonanie trenerów i właścicieli klubów, że ich podejście, z punktu widzenia rozwoju młodych piłkarzy, jest najzwyczajniej błędne.

Głównymi założeniami planu szkolenia, który wdrożono we wszystkich klubach - od tych znajdujących się najniżej w hierarchii ligowej do lokalnych mocarzy pokroju Anderlechtu czy Standardu Liege - było kompleksowe przygotowanie trenerów, którzy musieli uczęszczać na specjalnie przygotowane zajęcia na uniwersytetach, gdzie podczas zajęć analizowano w najdrobniejszych szczegółach 1 500 meczów drużyn juniorskich.

Tak przygotowani trenerzy otrzymali również założenia, w ramach których najmłodsi ich podopieczni mieli rozgrywać mecze pięciu na pięciu, a starsi - siedmiu na siedmiu, opóźniając tym samym wejście młodych piłkarzy na pełnowymiarowe boisko.

Nie bez znaczenia były również inwestycje w profesjonalne bazy treningowe. Jako modelowy kompleks jest przedstawiany ośrodek Standardu Liege, gdzie kosztem 18 mln euro (równowartość ówczesnego, rocznego budżetu klubu) powstało kilkanaście boisk różnej wielkości, o nawierzchni naturalnej bądź syntetycznej.

Wparcie stanowią budynki, w których umieszczono siłownie, kryte sale treningowe, czy zaplecze socjalno-edukacyjne rodem ze słynnej La Masii. Na pierwszy rzut oka koszty budowy tego ośrodka wydają się zdecydowanie za wysokie i nieadekwatne do wielkości klubu - mimo to, sprzedaż jednego z pierwszych wychowanków pozwoliła zwrócić się inwestycji ze znaczną nawiązką: w 2008 roku Marouane Fellaini odszedł do Evertonu za ok. 20 mln euro.

Tak szybkie efekty doceniła również FIFA, opisując sam ośrodek, jak i podejście działaczy, jako wzór dla całej Europy. W odniesieniu do juniorskich reprezentacji, każdy wyróżniający się zawodnik był automatycznie przenoszony do starszej grupy. Oznaczało to oczywiście osłabienie danej drużyny (głównie pod względem fizycznym) i brak kwalifikacji do młodzieżowych mistrzostw Europy, czy świata. Jednak założenia planu szkolenia nadal obowiązywały i w przypadku młodych piłkarzy wynik nie był sprawą kluczową.

Najlepszym przykładem tego podejścia było przesunięcie Edena Hazarda i Christiana Benteke, najlepszych zawodników drużyny U-17, która podczas mistrzostw Europy w tej kategorii wiekowej dotarła do półfinału, do reprezentacji U-23, która na olimpiadzie w Pekinie zajęła czwarte miejsce. Trzon obecnej, seniorskiej reprezentacji stanowią właśnie ci zawodnicy, którzy mieli swój udział w sukcesach drużyn młodzieżowych. Jakie wyniki dała zmiana podejścia "zwycięstwo za wszelką cenę" do "sukces przyjdzie z czasem"? 

Belgia w eliminacjach do mundialu w Brazylii nie z dziesięciu meczów wygrała 8, nie przegrywając przy tym ani razu; strzeliła 18 bramek, straciła zaledwie 4. Mimo jednej z najniższych średniej wieku (25 lat), wiele osób widzi w Belgii potencjalnego czarnego konia przyszłorocznych Mistrzostw Świata. Na pewno za tą reprezentacją przemawia wiele czynników: wysokie umiejętności poszczególnych graczy, zgranie drużyny, a także panująca tam atmosfera, nad którą czuwa selekcjoner Marc Wilmots.

Niektórzy mogą wytknąć Belgom brak doświadczenia na arenie reprezentacyjnej, ale czy można powiedzieć o takich zawodnikach jak Courtois, Kompany, Hazard czy Lukaku, rywalizujących na co dzień o triumfy w najważniejszych rozgrywkach klubowych, że nie są gotowi wziąć na siebie presję wyniku i udźwignąć oczekiwań kibiców?

Belgia jest idealnym przykładem, jak z upadającego piłkarsko kraju, gdzie głównym celem było osiągnięcie wyniku "tu i teraz", stworzyć świetny system szkolenia młodzieży, na którym skorzystali właściwie wszyscy związani z piłką nożną. I to w zaledwie w ciągu dekady!

Najlepszym tego przykładem są wyniki reprezentacji, ale nie będzie niczym dziwnym, jak belgijskie kluby w krótkim czasie zaczną rywalizować o triumf w Lidze Europy, a później walczyć jak równy z równym w fazie pucharowej Ligi Mistrzów.

Autor: Jakub Rzepka

         

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje