Ekstraklasa hokejowa. Zawrzało po walkowerze dla GKS-u Tychy

​Po drugim walkowerze, jakim w ciągu niespełna ośmiu miesięcy spółka Polska Hokej Liga ukarała drugi klub - tym razem mistrza Polski GKS Tychy, w środowisku hokejowym zawrzało.

W czwartek PHL zdecydowała o zweryfikowaniu - wygranego przez GKS Tychy na wyjeździe z Ciarko PBS Bank STS Sanok meczu (4-1) - na walkower 5-0 dla sanoczan. Powód? Brak limitu grających młodzieżowców w składzie GKS-u.

Reklama

Pierwszy podobny walkower na korzyść MMKS-u Podhala Nowy Targ, po meczu z Comarch/Cracovią, miał miejsce 5 marca. Różnica jest taka, że wówczas walkower orzeczono niespełna 24 godziny po meczu, w którym "Pasom" brakowało młodzieżowca.

Tym razem walkower orzeczono aż 13 dni po rozegranym meczu. W klubach wybuchła burza. Nie bez znaczenia dla nich jest fakt, że dobiega końca rywalizacja o awans do pierwszej "szóstki", gdyż po 22 kolejkach tabela zostanie podzielona na grupę silniejszą i słabszą. Kto nie awansuje, ten będzie grał mniej atrakcyjne mecze ze słabeuszami.

Zaciekle o "szóstkę" rywalizują: czwarty w tabeli JKH GKS Jastrzębie-Zdrój (39 pkt), piąty Orlik Opole (36 pkt), szósta Unia Oświęcim (35 pkt), siódma Polonia Bytom (33 pkt) i ósme Ciarko PBS Bank STS Sanok (30 pkt). Do zdobycia pozostało jeszcze dziewięć punktów przed podziałem.

- To już nawet nie jest szopka, ani kabaret. Idą na całość, żeby wepchnąć Sanok do "szóstki" - alarmuje jeden z klubowych działaczy.

- Jestem za tym, aby przepisy przestrzegać, ale kara powinna być nałożona w ciągu 48 godzin po meczu. W przeciwnym razie rodzi to - być może niesłuszne - podejrzenia, że skoro Sanok potracił punkty, to trzeba mu pomóc przy zielonym stoliku - powiedział Interii red. Stanisław Snopek z TVP, komentujący hokej.

Pikanterii sprawie dodaje fakt, że od września prezesem spółki Sanockie Towarzystwo Sportowe S.A., pod której szyldem występuje w lidze Ciarko Bank PBS Sanok, jest Damian Delekta. Ten sam Delekta, który jest jedną z ważniejszych person w zarządzie PZHL-u Dawida Chwałki. 

Janusz Wierzbowski, szef PHL i sekretarz generalny PZHL-u tłumaczy Interii: - W odróżnieniu od pierwszego walkowera, jakim ukaraliśmy Comarch/Cracovię, tym razem sytuacja była o wiele bardziej skomplikowana. Cracovia nie wpisała do protokołu meczowego wymaganej liczby młodzieżowców. W wypadku tyszan w protokole ta liczba była zgodna z limitem, natomiast jeden z młodzieżowców nie grał. Musieliśmy uruchomić procedurę wyjaśniającą i dlatego to trwało.

W podobnym duchu wypowiada się Grzegorz Leśniak z biura prasowego PZHL:

- Termin rozpatrywania wynikał ze złożoności sprawy. Kontuzji doznał młodzieżowiec, tuż przed meczem. Zawodnik nie wziął udziału w spotkaniu, zatem zespół nie wypełnił limitu młodzieżowców. Aby gruntowanie zbadać sprawę, musiała zostać uruchomiona procedura wyjaśniająca - podkreśla. 

Sam zamysł surowego przestrzegania limitu młodzieżowców jest słuszny. Tyszan nie broni nawet fakt, że młodzieżowiec Bartłomiej Pociecha doznał kontuzji na rozgrzewce przedmeczowej i przez to nie mógł wystąpić w Sanoku. Nic przecież nie stoi na przeszkodzie, aby kluby miały w składzie po pięciu, sześciu młodzieżowców, by zabezpieczyć się na wypadek kontuzji, bądź choroby któregoś z nich (limit nakazuje występy czterech graczy poniżej 23 lat). Czy PHL faktycznie musiała procedować w tym oczywistym temacie - Pociecha był w protokole, ale nie grał - aż 13 dni?

W innych dyscyplinach, jak np. w piłce nożnej jurysdykcja jest znacznie bardziej klarowna. Za przewinienia z danego meczu kluby i piłkarze są karani najpóźniej kilka dni po wykroczeniu, jeszcze przed rozegraniem kolejnej serii meczów. To jest uczciwsze i nie rodzi podejrzeń o próby mataczenia, jakich PHL i PZHL nie uniknęli tym razem.

Faktem obecności w strukturach zarządu prezesa jednego z klubów - Damiana Delekty, PZHL zawsze będzie narażony na podejrzenia o stronniczość. Oto Sanok, któremu prezesuje Delekta dostaje trzy punkty niejako w prezencie, bo tak zdecydowała hokejowa góra, w której on odgrywa niepoślednią rolę. Prezesi innych klubów ekstraklasy nie zasiadają w zarządzie PZHL-u, więc mają prawo czuć się pokrzywdzeni. Podobnie było, gdy przez lata obsady sędziowskie ustalał wiceprezes JKH GKS Jastrzębie-Zdrój Jan Miszek. Po co narażać i tak wątły polski hokej na takie zamieszanie? 

Autor: Michał Białoński

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje